widzimy
| 27 lipca 2016 ]

#‎ŚDM, dzień 2‬. Hej, hej, jak nazywa się Twój Bóg

Spisana na gorąco impresja Karola Kleczki z ŚDM w Krakowie:

Papież jesz­cze nie dotarł, ale impre­za roz­krę­ca się na całe­go, bo już wszy­scy piel­grzy­mi zje­cha­li. Ponoć jedy­nie miesz­kań­cy Rab­ki jakiś u sie­bie zatrzy­ma­li, bo mają się nauczyć wszyst­kich góral­skich tań­ców. Ludzi jest napraw­dę dużo. Nie wiem ilu, ale trud­no przejść przez Sto­lar­ską w godzi­nach popo­łu­dnio­wych. Jest też mon­su­no­wy gorąc, prze­pla­ta­ny pod­wie­czor­nym desz­czem, ale ani oblę­że­nie Kra­ko­wa, ani tem­pe­ra­tu­ry nie znie­chę­ca­ją mnie, ni piel­grzy­mów.

Na Bło­nia nie posze­dłem i żału­ję, bo Msza Otwar­cia robi­ła wra­że­nie nawet w trans­mi­sji. Mogli­śmy zoba­czyć, że piel­grzy­mi prócz tego, że się pięk­nie bawią, to się jesz­cze pięk­niej modlą. Ołtarz jest dosko­na­ły. Pro­sty, cały w bie­li, przez co tym bar­dziej wydo­by­wa spoj­rze­nie Chry­stu­sa Miło­sier­ne­go w tle. Przed mszą pro­ce­sja z reli­kwia­mi oraz ze Ogniem Boże­go Miło­sier­dzia z Łagiew­nik, któ­re kar­dy­nał Dzi­wisz prze­ka­że papie­żo­wi Fran­cisz­ko­wi, a ten mło­dym z całe­go świa­ta. Pew­nie znaj­dą się kpia­rze, któ­rzy powie­dzą o zapa­la­niu zni­cza olim­pij­skie­go, ale jeśli ten ogień ma peł­nić taką funk­cję jak olim­pij­ski, to w to mi graj. „Niech pło­mień miło­ści ogar­nie nasz świat, by nie było w nim ego­izmu, prze­mo­cy i nie­spra­wie­dli­wo­ści, by na naszej zie­mi umac­nia­ła się cywi­li­za­cja dobra, pojed­na­nia, miło­ści i poko­ju. Nie­ście świa­tu dobrą nowi­nę o Jezu­sie Chry­stu­sie. Dawaj­cie świa­dec­two, ze war­to i trze­ba Mu zawie­rzyć nasz los. Otwie­raj­cie na oścież Chry­stu­so­wi drzwi waszych serc.” - mówił w homi­lii metro­po­li­ta kra­kow­ski. Niech się sta­nie.

Ludzie wracający z mszy otwarcia. Fot. Krzysztof Ławecki

Ludzie wra­ca­ją­cy z mszy otwar­cia. Fot. Krzysz­tof Ławec­ki

Wie­czo­rem byłem z przy­ja­cie­lem (innym niż wczo­raj) na litur­gii Mona­stycz­nych Wspól­not Jero­zo­lim­skich. To małe i mło­de zgro­ma­dze­nie, ale ich modli­twy opie­ra­ją się na pięk­nych pie­śniach i litur­gii sło­wa. Dziś czy­ta­li frag­ment z Ewan­ge­lii wg św. Jana, w któ­rym poja­wia się sce­na obmy­cia stóp uczniów przez Jezu­sa (J 13, 1-15). Ucznio­wie tego nie rozu­mie­ją, tak jak my sami wie­lu rze­czy nie poj­mu­je­my. Nie roz­po­zna­je­my war­to­ści uni­że­nia na co dzień. Myśli­my w logi­ce odwe­tu, a nie miło­sier­dzia, bo tego uczy nas świat.

Piszę o tym dla­te­go, że nie da się ukryć, że to był cięż­ki dzień. Przed połu­dniem miał miej­sce zamach w Nor­man­dii, w któ­rym został zabi­ty 84-let­ni ksiądz Hamel. Pew­nie do dziś o nim nie sły­sze­li­ście, ja też nie sły­sza­łem, ale był eme­ry­to­wa­nym pro­bosz­czem w Saint-Etien­ne-du-Rouvray. Pozo­stał na para­fii, bo spę­dził w niej trzy­dzie­ści lat. Ludzie mówi­li o nim, że był skry­ty i porząd­ny; dostęp­ny dla każ­de­go, ale nie wycho­dzą­cy przed sze­reg. W trak­cie swo­jej posłu­gi jako pro­bosz­cza oddał kawa­łek zie­mi pod budo­wę mecze­tu. Umarł jak męczen­nik, peł­niąc posłu­gę do koń­ca. Wieść jest tra­gicz­na, ale mówi wie­le o tym jaki jest nasz Bóg przez to jacy są jego posłań­cy.

Jedni z najstarszych chrześcijan, Syria i Liban na ŚDM. Fot. Karol Kleczka

Jed­ni z naj­star­szych chrze­ści­jan, Syria i Liban na ŚDM. Fot. Karol Klecz­ka

Bo Bóg, w któ­re­go wie­rzę, ma na imię pokój i na prze­moc zawsze poko­jem odpo­wia­da. Bóg przez Kościół uczy nas poko­ju, pro­wa­dzą­ce­go cza­sem aż do męczeń­skiej śmier­ci. Uczy nas tego, cze­go nie poj­mu­je­my, tak jak apo­sto­ło­wie, któ­rzy nie mogli zaak­cep­to­wać gestu obmy­cia ich nóg przez Jezu­sa pod­czas ostat­niej wie­cze­rzy (sprawdź­cie Pio­tra). Bóg na każ­dą naszą roz­ter­kę, zawa­ha­nie czy roz­bi­cie odpo­wia­da: odnajdź pokój, któ­ry Ci daję zupeł­nie za dar­mo. A taki pokój umoż­li­wia rze­czy nie­moż­li­we, jak na przy­kład odda­nie sie­bie w peł­ni dla innych. Tak jak ks. Hamel, jak chrze­ści­ja­nie z Bli­skie­go Wscho­du, któ­rych gru­pę spo­tka­łem, jak sam Jezus Chry­stus.

Potem wycho­dzi­my na Rynek. Wie­czor­na zaba­wa jesz­cze lep­sza niż wczo­raj. Na głów­nej sce­nie gra zespół z Fran­cji, zło­żo­ny z dwóch duchow­nych i dwóch świec­kich. Gra­ją cove­ry, zasad­ni­czo sza­łu nie ma, ale pod sce­ną jest dzi­ko, a to chy­ba naj­waż­niej­sze. Powie­wa­ją fla­gi róż­nych państw, róż­ni ludzie tań­czą. To jest pokój w prak­ty­ce, któ­ry nie pasu­je chy­ba tyl­ko zatwar­dzia­łym sebik­som, jedy­nym narze­ka­ją­cym, jakich spo­tka­łem, któ­rym prze­sta­ło nagle paso­wać gło­śne zacho­wa­nie w prze­strze­ni publicz­nej. Takim poko­jem odpo­wia­da się na każ­dy ter­ror - poko­jem i miło­ścią. Dołą­cza do nas jesz­cze jeden przy­ja­ciel (tym razem ten z wczo­raj, noszą­cy imio­na dwóch ewan­ge­li­stów). Mamy iść na kon­cert, ale dru­gi kum­pel mówi: „Sor­ry chło­pa­ki, ale napraw­dę cały dzień mnie ciśnie na pomo­dle­nie się no i muszę”. Na Rynek doj­dzie­my póź­niej.