widzimy
| 30 marca 2013 ]

Ach więc to tak

dziś umarł mój Bóg
ostat­ni raz widzia­łem Go na Krzy­żu
co mogłem zro­bić
wszyst­ko zosta­ło zapla­no­wa­ne z Góry
pyta­li czy jestem Jego wyznaw­cą
gło­szo­nych nauk i prawd
prze­sze­dłem mimo
ciem­no­ści skry­ły zie­mię

Olga Boznań­ska, Pej­zaż z wia­duk­tem, 1890 r.

Moje sko­ja­rze­nia zwią­za­ne z Wiel­kim Piąt­kiem oscy­lo­wa­ły zawsze wokół jakiejś nie­po­ję­tej głę­bi czer­ni. Tak jak­bym zanu­rzał się w bez­den­nej otchła­ni, prze­sy­co­nej atmos­fe­rą ema­nu­ją­cą z kart „Boskiej Kome­dii” czy „Mistrza i Mał­go­rza­ty”. Rzad­ko zaglą­da­łem do kościo­ła. Wola­łem przy­glą­dać się wszyst­kie­mu z bez­piecz­nej odle­gło­ści. Jak już, to gdzieś z boku, na obrze­żach. Nie pcha­łem się przed ołta­rze i gro­by. Czu­łem, że muszę mieć za ple­ca­mi tro­chę wol­nej prze­strze­ni, aby w każ­dej chwi­li móc wyko­nać obrót na pię­cie. Nie zna­łem za dobrze porząd­ku litur­gii. Nie­raz zada­wa­łem sobie pyta­nie: a więc to tak? W chwi­li rezy­gna­cji albo znu­dze­nia odda­la­łem się od jądra miste­rium. Zaczy­na­łem krą­żyć wokół świą­ty­ni, nasłu­chu­jąc ech nabo­żeń­stwa na ryn­ku (wte­dy „par­ku”), na łąkach, w otwar­tych jesz­cze knaj­pach. Zasta­na­wia­ła mnie poten­cjal­na nie­uchron­ność kary za tak pre­me­dy­ta­cyj­nie czy­nio­ny grzech. Na prze­kór i na złość tra­dy­cjom i kon­we­nan­som bra­łem ze sobą alko­hol
i coś nie­ko­niecz­nie post­ne­go do jedze­nia. Sia­da­łem w wyschnię­tej tra­wie i ocze­ki­wa­łem gro­mu z ciem­nie­ją­ce­go powo­li nie­ba. Cze­ka­łem roz­dar­cia zasło­ny Przy­byt­ku na dwo­je. Pra­gną­łem doświad­czyć ciem­no­ści bar­dziej inten­syw­nej niż hipo­te­tycz­ne wnę­trze czar­nej dziu­ry.

Wiel­ki Pią­tek, nie­za­leż­nie od kon­kret­nej daty, odkąd tyl­ko się­gam pamię­cią, koja­rzy mi się z mokrą ple­śnią, wil­go­cią ska­pu­ją­cą z gałę­zi drzew i murów, butwie­niem, humu­sem, ple­chą. O ile jest to w ogó­le moż­li­we, tego dnia, i o tym dniu, myślę w odcie­niach sza­ro­ści, bru­du z opił­ków żela­za, rdzy toczą­cej przed­mio­ty róż­no­ra­kie­go użyt­ku. W ustach czu­ję dziw­ny smak, a na dło­niach zapach przy­po­mi­na­ją­cy nagrza­ne słoń­cem skła­do­wi­sko zło­mu. Liza­nie klam­ki jest tutaj w mia­rę ade­kwat­nym sko­ja­rze­niem. Zasta­na­wiam się wte­dy, czy przy­ro­da czu­je podob­nie? Tak naiw­nie, pogań­sko wyobra­żam sobie, że WP to sym­bo­licz­ny koniec zimy i nadej­ście wio­sny. Nawet tak jak teraz, gdy piszę te sło­wa, a śnieg pada sobie w naj­lep­sze, od pół­no­cy będę czuł zmia­nę pory roku. I zno­wu nie będę potra­fił sobie pora­dzić z Wiel­ką Sobo­tą. Z tym, jak to jest leżeć w gro­bie i cze­kać na zmar­twych­wsta­nie.