myslimy
| 8 listopada 2017 ]

Bashert

Bashert – to było sło­wo, któ­re­go bra­ko­wa­ło w moim słow­ni­ku. Intu­icyj­nie wyczu­wa­łam, że ist­nie­je, ale musia­łam je dopie­ro odna­leźć. Odkry­łam je dzię­ki ame­ry­kań­skiej poet­ce o pol­sko-żydow­skich korze­niach Ire­nie Klep­fisz i jej przej­mu­ją­ce­mu wier­szo­wi Bashert (ang. Dedi­ca­tions to Bashert) [1].

W jej poezji jidysz prze­pla­ta się z języ­kiem angiel­skim. Nawet jeże­li jest to jed­no sło­wo w całym wier­szu, to nie­sie ono ogrom­ne bogac­two zna­czeń. „Bashert” ozna­cza to, co nie­unik­nio­ne, prze­zna­czo­ne. W ustach żydow­skiej swat­ki koja­rzą­cej mło­de pary było to okre­śle­nie na ide­al­nie dobra­ną dru­gą połów­kę. Po II woj­nie świa­to­wej w krę­gach oca­la­łych z Zagła­dy „bashert” mówio­no, kie­dy nie wia­do­mo było, jak wyja­śnić pew­ne zda­rze­nia, jak to się sta­ło, że ktoś prze­żył, a ktoś inny zgi­nął. Nie­sie ono w sobie wymiar tajem­ni­cy.

Z pozo­ru utwór ma struk­tu­rę dwu­czę­ścio­wą: pierw­sza poświę­co­na jest pamię­ci tych, któ­rzy prze­ży­li, a dru­ga tych, któ­rzy umar­li. To jak­by odpo­wie­dzi na to, dla­cze­go w sytu­acji eks­tre­mal­nej jed­ni ludzie giną, a inni żyją. Jed­nak­że ta dłu­ga wyli­czan­ka bar­dzo szyb­ko uczy nas, że nie da się z niej wypro­wa­dzić mate­ma­tycz­ne­go algo­ryt­mu. Te same powo­dy mogą zna­leźć się po jed­nej i po dru­giej stro­nie. Umar­li ci, któ­rzy „byli upar­ci i nie zamie­rza­li się pod­dać”, ale i prze­ży­li ci, któ­rzy „nie chcie­li się pod­dać i igno­ro­wa­li sta­ty­sty­ki”. Umar­li i prze­ży­li ci, któ­rzy „podej­mo­wa­li ryzy­ko”.

Kie­dy po raz pierw­szy usły­sza­łam ten wiersz, przy­cho­dzi­ły mi na myśl obra­zy z cza­sów Zagła­dy. Widzia­łam tych, któ­rzy mie­li przy­nieść ratu­nek, a nie przy­szli na umó­wio­ne spo­tka­nie („bo ktoś się w koń­cu wca­le nie poja­wił”), wycień­czo­nych cho­ro­bą miesz­kań­ców get­ta („bo ich cia­ło nie było w sta­nie oprzeć się cho­ro­bie”), sąsia­da po aryj­skiej stro­nie, któ­ry prze­zna­cza szczel­nie skry­tą komór­kę w swo­im miesz­ka­niu na schro­nie­nie („wepchał ich w jakiś kąt w czwar­tek po połu­dniu”), prze­chod­nia uni­ka­ją­ce­go wzro­ku żydow­skie­go poli­cjan­ta w cza­sie łapan­ki na uli­cy („bo patrzy­li w inną stro­nę”). Jed­no­cze­śnie war­to wie­dzieć, że pier­wot­nie wiersz był poświę­co­ny pamię­ci ofiar epi­de­mii AIDS. Widzę więc rów­nież cho­rych, dla któ­rych nie zna­la­zło się miej­sce w szpi­ta­lu („bo omó­wio­no im łóż­ka”), oraz z kolei takich, któ­rzy mie­li dostęp do wie­dzy o lecze­niu („bo mogli zapy­tać”). Nie­za­leż­nie więc od tego, jak odczy­ta­my kon­tekst dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ści, w któ­rych komuś przy­szło wal­czyć o życie, to Bashert mówi o doświad­cze­niu uni­wer­sal­nym.

Tajem­ni­ca, któ­rej doty­ka wiersz, to nie tyl­ko nie­moż­ność odpo­wie­dzi na pyta­nie „dla­cze­go”, ale tak­że pięt­no ogrom­nej samot­no­ści, któ­ra doty­ka zarów­no tych, któ­rzy umar­li, czu­jąc, „że nigdzie nie przy­na­le­żą”, jak i tych, któ­rzy prze­ży­li, bo „umie­li znieść upo­ko­rze­nie”. Wstrzą­sa­ją­ce jest odrzu­ce­nie, któ­re­go doświad­cza­ją umie­ra­ją­cy „bo żyli bez miło­ści i byli samot­ni na świe­cie”, a jed­no­cze­śnie odrzu­ce­nie dru­gie­go czło­wie­ka, przez tych, któ­rzy prze­ży­li, „bo nie mie­li zasad i byli twar­dzi”. Okru­cień­stwo prze­pla­ta się z pięk­nem „bo śmierć jest wiecz­nym odpoczynkiem/ bo śmierć jest wiecz­ną furią”, gorycz ze sło­dy­czą „bo życie to dzicz a oni byli dzicy/bo życie to pora kwit­nie­nia a oni roz­kwi­tli”.

Bashert odczy­tu­ję jako rodzaj ele­gii dla umar­łych i dla żywych. Im czę­ściej sty­kam się z cho­ro­bą i śmier­cią oraz im bli­żej pozna­ję histo­rie osób, któ­re prze­szły przez woj­nę i Zagła­dę, tym bar­dziej jestem prze­ko­na­na, że śmierć odci­ska swo­je pięt­no rów­nież na żywych. To dla­te­go powra­ca­ją­ce jak refren sło­wo „bashert” spi­na obie czę­ści wier­sza w jed­no. Łago­dzi rów­nież wstrząs, jaki wywo­łu­je jego lek­tu­ra. Nie pro­wa­dzi ono jed­nak do bier­ne­go przy­ję­cia rze­czy­wi­sto­ści czy też wzru­sze­nia ramion, że cokol­wiek przy­nie­sie los, to „tak to już jest”. Prze­mie­nia­ją­cej mocy „bashert” doświad­czy­łam we wła­snym życiu.

Zanim dowie­dzia­łam się o ist­nie­niu Ire­ny Klep­fisz, naj­pierw zetknę­łam się z posta­cią jej ojca – Micha­ła Klep­fi­sza. Jego histo­ria poja­wi­ła się w książ­ce, nad któ­rej prze­kła­dem pra­co­wa­łam The Polish Under­gro­und and the Jews 1939-1945 Joshui Zim­mer­ma­na. Był on inży­nie­rem, człon­kiem Bun­du i Żydow­skiej Orga­ni­za­cji Bojo­wej (ŻOB-u) oraz bojow­ni­kiem w cza­sie powsta­nia w get­cie w 1943 roku. Zaj­mo­wał się wytwa­rza­niem środ­ków wybu­cho­wych, któ­rych pro­duk­cji nauczył się od AK. Były one wyko­rzy­sty­wa­ne w cza­sie powsta­nia w get­cie. Zgi­nął w cza­sie dru­gie­go dnia powsta­nia. Pośmiert­nie został odzna­czo­ny Vir­tu­ti Mili­ta­ri. To była jed­na z tych posta­ci z książ­ki, któ­rej histo­ria wywo­ły­wa­ła we mnie głę­bo­kie poczu­cie żalu i stra­ty. Po zakoń­cze­niu pra­cy nad książ­ką cię­żar, któ­ry w sobie nosi­łam, był ogrom­ny. Nie wie­dzia­łam, że miał żonę i cór­kę, któ­rym uda­ło się wydo­stać z get­ta i prze­żyć woj­nę, a następ­nie wyemi­gro­wać do Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Kie­dy więc prze­czy­ta­łam zapo­wiedź spo­tka­nia z Ire­ną Klep­fisz, w dużej czę­ści przy­cią­gnę­ła mnie na nie pamięć o jej ojcu. Wte­dy to wła­śnie [2] usły­sza­łam wiersz Bashert i zachwy­ci­łam się wraż­li­wo­ścią poetyc­ką Ire­ny, jej poszu­ki­wa­nia­mi na prze­strze­ni języ­ków i toż­sa­mo­ści, a tak­że jej świa­dec­twem zaan­ga­żo­wa­nia na rzecz edu­ka­cji kobiet w wię­zie­niach i przy­wra­ca­nia obec­no­ści poetek jidysz w lite­ra­tu­rze. Po spo­tka­niu był też czas na roz­mo­wy z Ire­ną, któ­rej cie­pło, prze­ni­kli­wość i czu­łe powra­ca­nie do pol­sz­czy­zny spra­wi­ły, że poczu­łam, jak jest mi bli­ska. Nasze roz­mo­wy trwa­ją do dziś.

I tak pamięć o zmar­łej oso­bie, któ­rej prze­cież nawet nie zna­łam, sta­ła się zacząt­kiem wię­zi z oso­bą żyją­cą. Trud­ne doświad­cze­nie nie zosta­ło wyma­za­ne, ale prze­mie­nio­ne. Bashert.

Do wier­sza Bashert powra­cam, słu­cha­jąc kola­żu dźwię­ko­we­go [3], któ­ry wydo­by­wa falu­ją­cy, nie­mal psal­micz­ny rytm utwo­ru. Głos poet­ki docie­ra do nas jak­by przez echo nie­sio­ne wia­trem albo z ze sta­rej gra­mo­fo­no­wej pły­ty, pusz­cza­nej za ścia­ną. Sub­tel­na gra dźwię­ków w aran­ża­cji Mar­ci­na Lenar­czy­ka przy­bli­ża dwa świa­ty: żywych i umar­łych.

W wier­szu Bashert istot­na jest jesz­cze dla mnie obec­ność oso­by wypo­wia­da­ją­cej sło­wa wier­sza i słu­cha­ją­cej. Ten, któ­ry wypo­wia­da „sło­wa dedy­ko­wa­ne tym, któ­rzy umar­li” i „sło­wa są dedy­ko­wa­ne tym, któ­rzy prze­ży­li”, i któ­ry ich słu­cha, może wypeł­nić ból samot­no­ści i odosob­nie­nia biją­cy z wier­sza swo­ją współ­czu­ją­cą obec­no­ścią.

Od cza­su kie­dy usły­sza­łam wiersz Ire­ny Klep­fisz wciąż pozna­ję nowe oso­by, nie są jed­nak dla mnie obce. Odkry­wam łączą­ce nas fascy­na­cje i poszu­ki­wa­nia. Spo­tka­nia autor­skie poet­ki, któ­re odby­ły się w czerw­cu w Pol­sce, zor­ga­ni­zo­wa­ła Gabi von Selt­mann z Fun­da­cji Art Histo­ry & Apfel­stru­del. Jest jed­ną z tych osób, któ­rej pasja i zapał przy­wra­ca­ją w prze­strze­ni sztu­ki pamięć o pol­sko żydow­skiej poet­ce Zuzan­nie Gin­czan­ce, któ­ra z kolei zachwy­ci­ła mnie pół­to­ra roku wcze­śniej. Te nie­ocze­ki­wa­ne-ocze­ki­wa­ne spo­tka­nia, to moje wła­sne ucie­le­śnie­nie sło­wa „bashert”.


[1] Cyta­ty z wier­sza „Baszert” w prze­kła­dzie Boże­ny Keff.

[2] Z zapi­sem audio spo­tka­nia w Muzeum Histo­rii Żydów Pol­skich 22 czerw­ca moż­na zapo­znać się tu: http://​www​.polin​.pl/​s​i​t​e​s​/​d​e​f​a​u​l​t​/​f​i​l​e​s​/​k​l​e​p​f​i​s​z​_​2​2​0​6​2​0​1​7​.​mp3

[3] Kolaż audio-video powstał w kopro­duk­cji Fun­da­cji Art, Histo­ry &Apfelstrudel i Cen­trum Spo­łecz­no­ści Żydow­skiej JCC War­sza­wa. Pomysł i pro­duk­cja: Gabi von Selt­mann. Mon­taż i reży­se­ria dźwię­ku: Mar­cin Lenar­czyk. Zare­je­stro­wa­nie gło­su Ire­ny Klep­fisz; Miche­al Wino­grad.