widzimy
| 20 grudnia 2013 ]

Bez Bożego Narodzenia

H. powiedziała mi dziś, że najwspanialsze w miłości Chrystusa do nas jest to, że każdego z nas kocha On najbardziej. Mnie najbardziej, ale ją też najbardziej i w ogóle wszystkich innych ludzi – a raczej każdego z osobna – najbardziej. Mój ciasny umysł nie mógł sobie tego wyobrazić i doszukiwał się sprzeczności, ale tak czy inaczej dobrze było sobie przypomnieć, że Jego miłość jest naprawdę niewyobrażalnie wielka. H. mówiła jeszcze na różne inne tematy – o lokatorce-informatyczce, wynajmującej u niej teraz pokój, i jej niedoszłych planach ślubnych; o profesorze-politologu, w którym z kolei ona sama była kiedyś nieszczęśliwie zakochana; o swojej starej matce, która nie dość, że jakiś czas temu musiała sprzedać wszystkie konie, to jeszcze ostatnio straciła ulubionego psa i teraz, biedna, dziwaczeje.

Gentile da Fabriano, Boże narodzenie, 1423 r.

Siedzieliśmy w dużym pokoju, który mimo iż oświetlony zaledwie kilkoma małymi lampkami, wydawał się, jak zawsze, jasny i przestronny. Trochę różnych mebli od sasa do lasa, dwa czy trzy duże abstrakcyjne obrazy autorstwa H., wielki barokowy krucyfiks, owinięty teraz z jakiegoś powodu firanką, i jeden nowy element – ciężkie żółte zasłony, które znalazła, jak powiedziała, na śmietniku. W kącie – metalowa koza do palenia drewnem. Gdy potem wychodziłem, przyszła akurat G., nowa znajoma H. z kościoła, nieco szalona biedaczka, która sama zaoferowała się, że będzie regularnie przychodzić piłować drewno na kawałki mieszczące się w piecu. Myślałem sobie, że te święta są między innymi po to, żeby przypomnieć, że nieważne, czy jestem silny, czy słaby, mądry, czy głupi, czy ogrywam wszystkich znajomych w scrabble i w ogóle świetnie wychodzi mi wszystko, za co się tylko zabiorę, czy może nic dobrze nie robię i niespecjalnie mam jakichkolwiek znajomych – ważne, żeby być dla innych, żeby Chrystus w nas wzrastał, a my byśmy się umniejszali.

H. ostatnio wciąż popija herbatę z termosu. Teraz też przyniosła z kuchni pełen termos, dwa kubki, w tym jeden z urwanym uchem, dwa noże oraz talerz z kiwi i jabłkami. Byłem bardzo głodny, więc obrałem kilka owoców ze skórki i je szybko zjadłem, po czym zjadłem skórkę i popiłem herbatą. H. powiedziała, że to bardzo zdrowo pić dużo herbaty i że chyba dlatego nieco lepiej wyglądam, że też jej dużo piję. Była to pewna ulga po tym, jak ostatnio ktoś inny powiedział mi, że od tego nałogu – bo to już u mnie chyba nałóg – dostanę niechybnie kamicy nerkowej.

Na pożegnanie H. dała mi, jak zwykle przed świętami, paczkę ze słodyczami, ja z kolei przyniosłem jako prezent świeczkę z pszczelego wosku. Odkąd od przewróconej świecy spłonęły dwa piętra klasztoru znajdującego się przy mojej parafii i jedna ze starszych sióstr doznała strasznego szoku, mam do świec pewien uraz, no ale nie mogłem znaleźć nic lepszego. Zresztą owa siostra już się chyba lepiej czuje.

W świątecznych prezentach też kryje się, jak sądzę, pewna lekcja: wdzięczności. Ktoś kiedyś napisał, że w bożonarodzeniowy poranek każdy z nas znajduje w swojej pończosze najwspanialszy prezent – własną stopę.

H. znów będzie, jak co roku, spędzać święta sama i wieczorem w wigilię rozpakuje prezenty i przeczyta kartki. Ja jutro jadę do domu, do rodziny.

Nie wiem, co by z nami było bez Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie bez naszej pamięci o nim sobie poradzi – nadal pozostanie faktem. Ale czy my bez corocznego przypomnienia, że wszechmocny Bóg z miłości do nas stał się kiedyś bezbronnym dzieckiem – w ogóle moglibyśmy żyć?