myslimy
| 3 marca 2015 ]

Bez czułości nie ma zmiany

Każdy z nas tęsknił, tęskni albo będzie tęsknił za zmianą. Żyjemy w czasach przesilenia, w czasach, w których unosi się w powietrzu świadomość rewolucji, która jest za rogiem. Dużo mówi się i pisze o potrzebie reform społecznych. Dużo pisze się i mówi o potrzebie zmiany swojego życia, o rozwoju swojego „ja”. Tęsknimy. Szukamy. Działamy. Czekamy. I znowu wracamy do punktu wyjścia. Droga opuszczenia tego kołowrotka rozczarowań, jaką proponuje nam Richard Rohr w swojej książce „Prostota. Sztuka odpuszczania”, jest paradoksalna. Tak jak paradoksalne jest chrześcijaństwo, z którego wyrasta autor książki. Chrześcijaństwo, w którym gdy tracisz, to zyskujesz, gdy umierasz, to rodzisz się do życia, gdy okazujesz słabość, to jesteś silny. Droga do zmiany, jaką proponuje nam Rohr w swojej książce, jest tkana na minutach nic nierobienia. Zanurzenia w ciszy i trwaniu na Spotkaniu z Tym, który Jest. Jak to możliwe? O tym właśnie jest ta książka.

Richard Rohr to niezwykle ceniony w swoim kraju kaznodzieja, autor bestsellerowych książek, uczestnik popularnych programów radiowych i telewizyjnych. To taki franciszkanin, który łączy w sobie charyzmat swojego zakonu oraz dewizę zakonu dominikanów, która wzywa do contemplata aliis tradere („przekazywać innym owoce kontemplacji”). Ta średniowieczna maksyma zaczerpnięta z „Summy teologicznej” św. Tomasza z Akwinu to także motto na życie i działalność ojca Richarda Rohra, który w Nowym Meksyku założył i przez długi czas prowadził Centrum dla Działania i Kontemplacji.

Richard Rohr urodził się w 1943 roku w Kansas. Do zakonu franciszkańskiego wstąpił w 1961 roku, a w 1970 przyjął święcenia kapłańskie. Obecnie mieszka w pustelni w pobliżu zakonu franciszkanów w Albuquerque. Nauczanie o. Rohra opiera się na franciszkańskiej ortodoksji – praktyce kontemplacyjnej, kenozie (ogołoceniu się z samego siebie) i radykalnym współczuciu, szczególnie wobec wykluczonych.

Jak sam o sobie mówi: „Mogę przetrwać jedynie budując mosty, dzięki zarówno afirmowaniu, jak i negowaniu większości idei moich oraz innych ludzi. Większość ludzi postrzega mnie jako bardzo postępowego, a ja raczej powiedziałbym, że w rzeczywistości jestem konserwatywny, jeśli chodzi o wartości, i liberalny, jeśli chodzi o sposób działania. Wierzę w sprawiedliwość, prawdę, dotrzymywanie słowa, uczciwość, osobistą i finansową odpowiedzialność, wierną miłość i pokorę – wszystko to bardzo tradycyjne wartości. Jednak według mnie trzeba być pomysłowym, radykalnym, gotowym do dialogu, a nawet na przekór swojej własnej kulturze żyć tymi wartościami. Czy w polityce, czy w kościele, zarówno konserwatyści, jak i liberałowie nie potrafią tego zbyt dobrze. Obie grupy są zbyt dualistyczne, nie widzą i nie myślą jak mistycy”.

Richard Rohr jest autorem ponad dwudziestu książek tłumaczonych na wiele języków, w tym także na polski. Duża w tym zasługa wydawnictwa Charaktery, które w ostaniem czasie dosyć regularnie wydaje książki tego działającego kontemplatyka.

„Prostota. Sztuka odpuszczania” to książka, która opiera się na dwóch założeniach. Po pierwsze, poczucie oddzielenia od Boga to po prostu wynik natłoku myśli i uczuć, stąd konieczna jest praktyka modlitwy kontemplacyjnej będącej „sztuką odpuszczania”, aby spotkać się z żywym Bogiem – Tym, który przekracza nasze myśli i wyobrażenia. Religijna „liturgia ego” może bowiem stać się niebezpieczną pułapką w życiu duchowym, sprowadzonym do powtarzania wyuczonych słów i gestów. Bez praktyki kontemplacyjnej – i to jest drugie założenie, z którego wrasta ta książka – nie da się z kolei przezwyciężyć wewnętrznych napięć w Kościele i świecie. Dzieje się tak, ponieważ rozwiązanie problemów społecznych opiera się na dualistycznym modelu rozwiązywaniu sporów moralnych. Jak zauważa Jonathan Haidt w swojej książce „Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?”, wynika to ze sposobu powstawania ocen moralnych, wielości kryteriów, według których oceny te są formułowane, oraz nieuchronnej sprzeczności pomiędzy różnymi kryteriami dyktującymi, co jest moralnie dobre, a co złe.

Dlatego Richard Rohr nie wikła się w kolejne „plemienne spory” wyznaczane przez „liberałów” czy „konserwatystów”, „progresistów” czy „tradycjonalistów”, jakich można spotkać w kościelnych ławach czy na wiecach politycznych i w studiach telewizyjnych. Zamiast tego powraca do „reformy społecznej” zarysowanej w ewangelicznych Błogosławieństwach. Prostota, o jakiej mówi, to czystość serca i ubóstwo ducha. To na tym opiera się zmiana, którą proponuje nam ten amerykański franciszkanin i którą opisuje w swojej książce.

Dla ojca Richarda Rorhra nie ma wątpliwości, że oto na naszych oczach modernistyczne mity rozpadają się w pył. Wiara w to, że postęp, rozum i technika rozwiążą wszystkie problemy, właśnie się kończy. Dziś, tak samo jak ponad dwa tysiące lat temu, wciąż aktualne pozostaje pytanie „do kogo pójdziemy?” (J 6,68). Odpowiedź na to pytanie jest w dzisiejszych czasach tak samo trudna jak za czasów Jezusa. Rohr w oparciu o swoje osobiste doświadczenie i spotkanych ludzi wie, że nie istnieje żadna grupa wsparcia, terapia, teologia czy mistyczna ceremonia, która jest w stanie złagodzić ból. Jak sam mówi: „Nawet gdybym posiadł wielki dar pisania, twoje czytelnicze doświadczenie nie zdołałoby przynieść ulgi w bólu. Jednak bardzie niż kiedykolwiek wierzę w elementarną prawdę zawartą w Ewangelii. Czuję się więc w obowiązku, aby ją głosić i nauczać, co mam nadzieję, pomoże rozwiązać kilka współczesnych problemów i Ewangelia znów będzie mogła być dobrą nowiną dla wszystkich narodów (Mk 11,17).

Jeżeli w centrum zmiany, do jakiej zaprasza nas amerykański franciszkanin, jest Ewangelia to wydaje się zasadne, aby przyjrzeć się głównemu bohaterowi tej Opowieści, czyli Bogu.

Jak zauważa Richard Rohr, wszelkie dyskusje na temat obrazu Boga za każdym razem wzbudzają wiele kontrowersji i nieporozumień. Niełatwo nam pozwolić być Bogu tym, kim naprawdę jest. Nasz naturalny egocentryzm chce stwarzać Boga – a także innych ludzi − w taki sposób, aby byli tacy, jak chcemy lub potrzebujemy. Zazwyczaj z dużym trudem przychodzi nam pozwalanie Bogu na bycie Bogiem większym niż nasza własna kultura i nasze projekcje. Porzucić swoje projekcje Boga nie jest łatwo. To dlatego wiara jest rzadkością, a tak bardzo rozpowszechniona jest religia. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że religia jest często tylko środkiem służącym utrzymaniu naszego znanego obrazu Boga, nawet jeśli jest on patologiczny i destrukcyjny. Czujemy się lepiej z tym, co znamy. Nawet jeśli to nas wykańcza. Podróż w wierze wymaga, abyśmy porzucili stworzony przez nas wizerunek Boga i własne wyobrażenie na swój temat.

Jak zauważa Rohr, w naszym patrzeniu na Boga zapomnieliśmy o kobiecym, łagodnym obliczu Boga. Zapomnieliśmy, że „Stworzył mężczyznę i kobietę, na swoje podobieństwo ich stworzył”. Ten kobiecy wymiar Boga wpleciony jest bardzo wyraźnie w całą książkę franciszkanina. Jak pisze,

Wcielenie nie miało nic wspólnego z teologią. Chodziło w nim raczej o bezbronność, o rezygnację, wewnętrzne ogołocenie i samopoddanie – a żadna z tych rzeczy nie jest domeną intelektu. To kobieta powiedziała „tak”, aby Jezus mógł przyjść na świat. Im bardziej Kościół „wyjdzie z głowy” i wejdzie w kobiecą duszę, tym łatwiej będzie w stanie począć Chrystusa i donieść do czasu aż będzie mógł narodzić się dla świata. Nie Chrystusa, o którego będą mogli walczyć katolicy z protestantami, czy liberałowie z konserwatystami, ale Chrystusa, którego będziemy mogli spotkać, Chrystusa, który nie pozwoli siebie „poznać”, tylko pokochać.

Odejście od tego kobiecego pierwiastka Boga zaowocowało tym, że wielu ze współczesnych chrześcijan nie zrozumiało i, co ważniejsze, nawet jeśli zrozumiało, to nie zaakceptowało, Kazania na Górze. Jak pisze, „w Kościele mężczyzn nie ma miejsca na nadstawianie policzka i przebaczanie wrogom”. Od czasów Kazania na Górze cywilizacja zachodnia i Ewangelia poruszają się po kursie nieuchronnie prowadzącym do zderzenia. Jak podkreśla Richard Rohr, „zawłaszczyliśmy Jezusa i włożyliśmy mu na głowę koronę, lecz nie koronę cierniową, a królewską, którą On kategorycznie odrzucał. Potrzebowaliśmy jednak królów, aby zaprowadzić porządek w Anglii, Francji i wielu innych krajach. Od czasu Edyktu Mediolańskiego z 313 roku, kiedy cesarz Konstantyn ustanowił chrześcijaństwo religią panującą w rzymskim Imperium, czytamy Ewangelię z perspektywy siły, a nie oczami biednych i odrzuconych”. Mając to w pamięci, Rohr zwraca uwagę na to, że religia jest jednym z najpewniejszych sposobów na uniknięcie wiary i uniknięcie Boga. Przykład tego można znaleźć w Biblii – Jezusa zabili bowiem religijni „teologowie”, kapłani i faryzeusze. Zaakceptowali go natomiast trędowaci, pijacy i prostytutki.

Mądrość i doświadczenie wieloletniej pracy z ludźmi widać u ojca Rohra szczególnie wyraźnie, kiedy pisze o roli wspólnoty w życiu duchowym. Dla Rohra nie ma wątpliwości, że prawdziwa wspólnota rodzi się wtedy, kiedy jej członkowie mają w swoich indywidualnych historiach doświadczenie bezsilności, ogołocenia. To doświadczenie jest korzeniem, z którego wyrasta prawdziwa wspólnota. Samo bycie we wspólnocie jednak nie wystarcza. Bez życia wewnętrznego i czegoś, co nazywamy „uwielbieniem sprawiedliwości”, większość grup będzie służyć tylko samym sobie. To dlatego trzeba cały czas być czujnym, aby nie skupiać się za bardzo na sobie, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym. Jak podkreśla, „(…) nie możemy spędzać całego czasu na pracy nad własnym uzdrowieniem, gdyż to przychodzi jako łaska, jako dar. To nie oznacza, że mamy nie rozwiązywać naszych problemów, ale społeczeństwa terapeutyczne ma swoje ograniczenia. I dobrze o tym pamiętać. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że wspólnota przekształci się w grupę terapeutyczną, obracającą się wokół własnego ego. Powinniśmy jednak pamiętać, że akt naszej wiary polega na tym, aby ofiarować i oddawać to, czego jeszcze nie mamy. Uzdrawiamy innych z pomocą naszej słabości, a nie siły. Wspólnota, która troszczy się tylko o samą siebie i nie służy w bezpośredni sposób innym, po prostu nie jest Kościołem, nie jest Chrystusem. To tyko psychologia lub fałszywa transcendencja. Nie znaczy to, że psychologia jest czymś złym, to po prostu coś całkiem innego.

Zgoda na bezsilność jest kolejnym z fundamentów, na których opiera się Richard Rohr. Walka z pragnieniem sprawowania nad wszystkim kontroli jest szczególnie trudna, jak zauważa Rohr, w czasach, w których tak silnie zakorzenił się kapitalizm, w którym tak dowartościowuje się ego. Tymczasem, jeżeli chcemy być prawdziwie szczęśliwi i wolni, to powinniśmy być gotowi porzucać własne ego, po to aby Bóg mógł zająć jego miejsce. Temu właśnie służy modlitwa głębi i praktyka kontemplacji, którą proponuje nam amerykański franciszkanin. To właśnie w tym czasie pozornego nic nierobienia dzieje się najwięcej. To właśnie wtedy doświadczamy przytulenia „trędowatego w nas”, doświadczamy współczucia i miłosierdzia Boga. Ten czas pozornej bezczynności jest niezbędny, ponieważ wielu z nas, zanim wyjdzie na zewnątrz, aby pomagać innym, musi najpierw nauczyć się przytulać trędowatego, którego nosi w sobie. Tylko wtedy będziemy mogli odpowiedzieć twierdząco na pytanie, z którego będziemy sądzeni w dniu Sądu Ostatecznego: „Czy dostrzegłeś Chrystusa w tych najmniejszych spośród swoich braci i sióstr?”. Tylko dzięki temu czasowi wtulenia w Boga i doświadczenia Jego czułości będziemy mogli realizować wezwanie Ewangelii do dzielenia się z innymi i zajęcia postawy prostoty, wrażliwości, dialogu, bezsilności i pokory.

Dużą zaletą książki ojca Rohra jest przypomnienie, gdzie tkwią źródła prawdziwej zmiany, oraz tego, że prawdziwa rewolucja zaczyna się od serca człowieka. Dobrze o tym pamiętać w dyskusjach o miejscu chrześcijaństwa w życiu publicznym i w obliczu pokusy triumfalizmu, która była, jest i pewnie będzie w sercach niektórych z uczniów Chrystusa.