myslimy
| 17 listopada 2014 ]

Bez omijania przydrożnych kapliczek

„Genial­nym arty­stą się nie jest – nim się bywa” – pisze Mar­ta Kwa­śnic­ka w pierw­szym roz­dzia­le „Krwi z mle­kiem”. I z pew­no­ścią ma rację. Spraw­dza się to tak­że w przy­pad­ku jej wła­snej książ­ki, któ­ra, choć ogól­nie – co tu dużo mówić – pięk­na, zawie­ra frag­men­ty i nie­co bliż­sze, i nie­co dal­sze od dosko­na­ło­ści. A więc trze­ba się zgo­dzić. Ale prze­cież w pew­nym sen­sie jesz­cze praw­dziw­sze jest zda­nie prze­ciw­ne: genial­nym arty­stą, w ogó­le arty­stą, się naj­pierw jest (lub nie jest), a dopie­ro póź­niej (jeśli nim się jest), się nim rów­nież raz na jakiś czas bywa (w tych naj­lep­szych momen­tach, „o naj­lep­szych poran­kach”, jak by powie­dzie­li Angli­cy).

Lite­ra­tu­ra „żywi się samą sobą, wypły­wa z lek­tur innych pisa­rzy” – czy­ta­my dalej w tym samym roz­dzia­le. I znów trud­no zaprze­czyć, a sama „Krew z mle­kiem” dostar­cza argu­men­tów na tak. Wszak war­tość tego zbio­ru ese­jów – przy­rów­ny­wa­ne­go przez innych recen­zen­tów do „Bar­ba­rzyń­cy w ogro­dzie” Her­ber­ta – zasa­dza się mię­dzy inny­mi na tym, że sta­no­wi on pró­bę dia­lo­gu z wybit­ny­mi, a czę­sto sła­bo zna­ny­mi dzie­ła­mi zachod­niej lite­ra­tu­ry czy sze­rzej – kul­tu­ry. A jed­nak tak­że w tym przy­pad­ku jesz­cze wię­cej praw­dy niż w tezie kry­je się chy­ba w anty­te­zie: bar­dziej niż dia­lo­giem dobra lite­ra­tu­ra jest mono­lo­giem i wypły­wa w pierw­szym rzę­dzie nie z lek­tur, ale z życia, z mózgu, z duszy samej oso­by piszą­cej.

A jeśli tak jest – jeśli arty­stą się naj­pierw jest, a dopie­ro potem bywa i jeśli lite­ra­tu­ra żywi się pier­wej losem i oso­bo­wo­ścią auto­ra niż jego lek­tu­ra­mi – to musi­my napi­sać, że „Krew z mle­kiem” fascy­nu­je nas dla­te­go, że fascy­nu­je nas sto­ją­ca za nią oso­ba. I pozwo­li­my sobie – dalej uży­wa­jąc dla kura­żu tej sta­ro­świec­kiej licz­by mno­giej – wyra­zić proś­bę, by w przy­szło­ści Mar­ta Kwa­śnic­ka rza­dziej kry­ła się za boha­ter­ka­mi dzie­więt­na­sto­wiecz­nych powie­ści, hisz­pań­ski­mi zakon­ni­ca­mi, nad­wraż­li­wy­mi angiel­ski­mi jezu­ita­mi piszą­cy­mi wier­sze do szu­fla­dy, a wię­cej pisa­ła o samej sobie. Mamy w tej książ­ce auto­bio­gra­ficz­ne prze­bły­ski – np. w ostat­nim, wybit­nym szki­cu „Daemo­nium Meri­dia­num” – ale chcia­ło­by się wię­cej. Jeśli potra­fi się o tych wszyst­kich oso­bach tak zaj­mu­ją­co pisać, jeśli potra­fi się nimi wszyst­ki­mi tak prze­ko­nu­ją­co bywać, trze­ba naj­pierw same­mu być – oso­bą wybit­ną. Wszak, jak mawia­li scho­la­sty­cy, „age­re sequ­itur esse”.

O czym jest „Krew z mle­kiem” (lubię powta­rzać te trzy sło­wa – intry­gu­ją­cy tytuł to jed­na z zalet tej książ­ki)? Sko­ro jest to, jak chcą recen­zen­ci, nowy „Bar­ba­rzyń­ca w ogro­dzie”, to tema­tem musi być, co już sygna­li­zo­wa­łem, zachod­nia Euro­pa. Ta fizycz­na – nie­któ­re frag­men­ty zdra­dza­ją, że książ­ka zro­dzi­ła się w czę­ści z oso­bi­stych podró­ży do opi­sy­wa­nych kra­in – ale bar­dziej jesz­cze ta ducho­wa, do któ­rej prze­pust­kę sta­no­wi nie bilet lot­ni­czy czy kole­jo­wy, lecz raczej – cią­gnąc, wbrew elek­tro­nicz­nym rewo­lu­cjom, tę samą papie­ro­wą meta­fo­rę – kar­ta biblio­tecz­na. Przy czym Euro­pa Zachod­nia Mar­ty Kwa­śnic­kiej to nie tyl­ko i nie głów­nie, jak dla Her­ber­ta, Fran­cja i Wło­chy, to tak­że, a może przede wszyst­kim, Hisz­pa­nia i Wyspy Bry­tyj­skie (z Irlan­dią). Moż­li­we jed­nak, że coś prze­ga­pi­łem, bo szki­ce te, czę­ścio­wo zna­ne mi wcze­śniej z blo­gu i cza­so­pism, czy­tam teraz powo­li i raczej na wyryw­ki niż w jed­nym cią­gu.

A więc Euro­pa Zachod­nia. Ale jest chy­ba jesz­cze jeden, może nawet waż­niej­szy wątek prze­wi­ja­ją­cy się przez „Krew z mle­kiem”: kobie­ta i kobie­cość, zwłasz­cza w zesta­wie­niu z twór­czo­ścią; kobie­ta jako twór­ca, czy też ogól­niej jako pod­miot aktyw­nie kreu­ją­cy rze­czy­wi­stość. Co Mar­ta Kwa­śnic­ka ma w tym tema­cie do powie­dze­nia – nie zdra­dzę, bo też trud­no było­by stre­ścić jej mądre myśli w kil­ku zda­niach. Powiem tyl­ko, że jej wizja idzie jak­by w poprzek ide­olo­gicz­nych podzia­łów, do któ­rych jeste­śmy przy­zwy­cza­je­ni. Jakąś wska­zów­kę może nam dać intry­gu­ją­ce zdję­cie z okład­ki: kobie­ty prze­cho­dzą­ce przez drew­nia­ne ogro­dze­nie, zupeł­nie samo­dziel­nie, lecz jed­no­cze­śnie nadal w sta­ro­świec­kich suk­niach i z mister­nie upię­ty­mi wło­sa­mi.

Czy­ta­nie Mar­ty Kwa­śnic­kiej to przy­jem­ność wie­lo­ra­ka i mało tu jed­nej meta­fo­ry. Ale w moim przy­pad­ku nasu­wa się naj­sil­niej wła­śnie jed­na – jaz­dy samo­cho­dem z oso­bą dosko­na­le panu­ją­cą nad kie­row­ni­cą. Przy czym zwy­kle nie jest to spo­koj­na prze­jażdż­ka, lecz bra­wu­ro­we, poetyc­kie wyści­gi. Kie­row­ca budzi jed­nak zaufa­nie – i go nie zawo­dzi. Bieg zawsze wska­ku­je bez tru­du, zakrę­ty bra­ne są gład­ko, nie czu­je się nawet szyb­ko­ści, z jaką samo­chód pędzi – a cza­sem pędzi. O nie­wie­lu jej rówie­śni­kach moż­na powie­dzieć to samo – zwłasz­cza tych piszą­cych w inter­ne­cie, któ­ry przy­zwy­cza­ja nas – piszę to same­mu ude­rza­jąc się w pierś – do sty­lu nie naj­wyż­szych lotów. Ci, o któ­rych moż­na to powie­dzieć, jeż­dżą zwy­kle po tra­sach, któ­re nie bar­dzo mnie inte­re­su­ją, a już zwłasz­cza, dodaj­my, noto­rycz­nie omi­ja­ją przy­droż­ne kaplicz­ki. Z Mar­tą Kwa­śnic­ką jeź­dzi się cie­ka­wiej.