myslimy
| 27 sierpnia 2014 ]

Bezdomność

Kul­tu­ra euro­pej­ska zna przy­naj­mniej trzech nie­szczę­snych kochan­ków bogi­ni Anan­ke. Pierw­szym był król Edyp, któ­ry dla dobra pod­da­ne­go mu ludu, a wbrew prze­stro­gom Kre­ona i Wyrocz­ni, zechciał poznać przy­czy­ny klą­twy cią­żą­cej nad Teba­mi. „Ja zaś cier­pię za mia­sto, za sie­bie, za cie­bie” – mówił. Ale praw­da, jaką odkrył, oka­za­ła się zbyt cięż­ka do udźwi­gnię­cia, zwłasz­cza dla filo­zo­fa, dla­te­go w słyn­nym zakoń­cze­niu tra­ge­dii Sofo­kle­sa Edyp wydłu­bu­je sobie oczy na znak powszech­nej ludz­kiej śle­po­ty.

Dru­gim był Ham­let wraz ze swo­im zawo­ła­niem: „świat wyszedł z for­my: i mnież to trze­ba wra­cać go do nor­my”. Krok po kro­ku wznio­słe zamia­ry zapro­wa­dzi­ły księ­cia Danii do zbrod­ni, owej nie­przy­ja­ciół­ki wszel­kich norm, aby następ­nie zepchnąć go w pie­kło nie­koń­czą­cych się skru­pu­łów. Słu­cha­jąc kolej­nych mono­lo­gów Ham­le­ta odno­si się wra­że­nie, że mozol­nie budo­wa­na świą­ty­nia ku czci god­no­ści czło­wie­ka lada chwi­la runie na gło­wy wszyst­kich posta­ci tra­ge­dii, zabi­ja­jąc tak­że – ode­pchnię­tą w przy­pły­wie sza­leń­stwa – Ofe­lię.

Olga Boznań­ska, „Widok z okna”, 1900

Ten trze­ci to dok­tor Judym, czło­wiek praw­dzi­wie bez­dom­ny, postać ośle­pio­na splen­do­rem pozy­ty­wi­stycz­ne­go ide­ału, sama sie­bie ska­zu­ją­ca na świat pokracz­ny, cho­ry, god­ny poli­to­wa­nia. W peł­ni zasad­ne wyda­je się rów­nież porów­na­nie Joasi Pod­bor­skiej, nie­do­szłej żony boha­te­ra „Ludzi bez­dom­nych”, do Ofe­lii; obie zło­żo­ne zosta­ły w bez­sen­sow­nej ofie­rze w imię tak zwa­ne­go „dobra wyż­sze­go”. Jest zresz­tą para­dok­sem, że ludz­ka bie­da, któ­rą Judym tak znie­na­wi­dził, sta­je się jedy­ną prze­strze­nią, w któ­rej potra­fi egzy­sto­wać. Dla­te­go widzi­my go wiją­ce­go się u stóp roz­dar­tej sosny. Na tym Żerom­ski koń­czy swo­ją histo­rię.

Nie ma w lite­ra­tu­rze pol­skiej powie­ści tak nie­do­ce­nio­nej jak „Ludzie bez­dom­ni”. Spro­wa­dzo­na do dwóch banal­nych sche­ma­tów (z jed­nej stro­ny star­cie szla­chet­ne­go dok­to­ra Judy­ma z bez­dusz­nym świa­tem lekar­skim, z dru­giej − wybór dobra spo­łecz­ne­go nad oso­bi­ste szczę­ście), stra­szy kolej­ne poko­le­nia czy­tel­ni­ków rze­ko­mo mani­fe­sta­cyj­nym, agi­tu­ją­cym wręcz tonem. Jan Tom­kow­ski w swo­im ese­ju „Samot­ność pozy­ty­wi­sty” kon­sta­tu­je, iż dla XIX-wiecz­nych ide­olo­gów pra­cy orga­nicz­nej „życie nie musi być (i bar­dzo rzad­ko bywa) szczę­śli­we”, dla­te­go „jed­no­st­ce każe wyrzec się dąże­nia do wła­sne­go, pry­wat­ne­go szczę­ścia” w imię obo­wiąz­ku, przy­dat­no­ści, uży­tecz­no­ści powszech­nej. Nie­jed­no­krot­nie powieść Żerom­skie­go postrze­ga­no wła­śnie jako doj­rza­ły owoc idei pozy­ty­wi­stycz­nych. Artur Hut­ni­kie­wicz pisał o tym w nastę­pu­ją­cy spo­sób:

[…] czy czło­wiek, mają­cy peł­ną świa­do­mość ist­nie­ją­ce­go w świe­cie zła i odczu­wa­ją­cy w sobie nie­ustę­pli­wy nakaz pod­ję­cia wal­ki o prze­mia­nę owej budzą­cej jego sprze­ciw orga­ni­za­cji życia, zacho­wu­je pra­wo do wła­sne­go, intym­ne­go, oso­bi­ste­go szczę­ścia? Boha­ter powie­ści roz­strzy­ga ten dyle­mat z okrut­ną bez­względ­no­ścią na rzecz idei. Powieść sta­wia­ją­ca tak dra­ma­tycz­nie pro­blem o naj­wyż­szej wadze spo­łecz­nej wywo­ła­ła wstrzą­sa­ją­ce wra­że­nie, przy­ję­ta zosta­ła jako „nowa Ewan­ge­lia”, „Zwia­sto­wa­nie Dobrej Nowi­ny” […].

Ideę tę chęt­nie pod­chwy­ci­ła ówcze­sna lewi­ca, dla któ­rej Judym ura­stał do ran­gi sumie­nia mło­de­go poko­le­nia śnią­ce­go o rady­kal­nej napra­wie świa­ta. Tym­cza­sem Mag­da­le­na Popiel, autor­ka książ­ki „Obli­cza wznio­sło­ści”, wska­zu­je na cał­kiem inne odczy­ta­nie dzie­ła Żerom­skie­go. Jej zda­niem zacho­dzi ści­słe podo­bień­stwo pomię­dzy kon­struk­cją „Ludzi bez­dom­nych” a kla­sycz­ną tra­ge­dią grec­ką (listy i pry­wat­ne zapi­ski pisa­rza dają ku temu pew­ne pod­sta­wy źró­dło­we). Co wię­cej, dzie­li ona kom­po­zy­cję powie­ści na trzy kom­ple­men­tar­ne płasz­czy­zny – na „nową tra­ge­dię cha­rak­te­ru”, na „sta­rą tra­ge­dię Losu” oraz na „samot­ność jako koniecz­ność tra­gicz­ną”. Czyż­by zatem dok­tor Judym – to uoso­bie­nie ide­ali­sty koń­ca XIX wie­ku – był boha­te­rem nie dość pozy­tyw­nym, aby budzić w czy­tel­ni­kach nadzie­ję nad­cho­dzą­cych zmian? Moż­na to pyta­nie zadać w inny spo­sób: dla­cze­go Żerom­ski miał­by uczy­nić z mło­de­go leka­rza postać pozo­sta­ją­cą na usłu­gach powie­ścio­wej publi­cy­sty­ki, u jego boku sta­wia­jąc zara­zem Korzec­kie­go, czło­wie­ka jak gdy­by wydar­te­go z ksią­żek Dosto­jew­skie­go, „ner­wow­ca” tra­wio­ne­go obse­sją wznie­sie­nia się ponad strach przed śmier­cią i osta­tecz­nie – w imię nie­tz­sche­ań­skich „naro­dzin Jutrzen­ki” – strze­la­ją­ce­go sobie w skroń?

Trud­no oprzeć się wra­że­niu, że wszy­scy boha­te­ro­wie „Ludzi bez­dom­nych” gorącz­ko­wo poszu­ku­ją dla sie­bie miej­sca, punk­tu opar­cia, jakie­goś środ­ka, bez­u­stan­nie zmie­nia­ją miej­sce zamiesz­ka­nia, nigdzie nie czu­ją się dość bez­piecz­nie i pew­nie, aby powie­dzieć wresz­cie: „dom”. Nawet w chwi­li, gdy Judym roz­sta­je się z Joasią, mówiąc że naresz­cie zro­zu­miał, iż jego powo­ła­niem jest być bli­sko wiel­kiej rze­szy utru­dzo­nych i bied­nych, jego praw­dzi­wej rodzi­ny, w sło­wach tych pobrzmie­wa wciąż to samo poczu­cie bez­dom­no­ści. Tak oto pro­me­tej­ska posta­wa mło­de­go leka­rza oka­zu­je się śle­pym (iście Edy­po­wym!) pod­da­niem się wynisz­cza­ją­cej sile, a rze­czo­ny mani­fe­sta­cyj­ny ton powie­ści sypie się w pod­sta­wach.

Ktoś powie­dział, że praw­dzi­we zapar­cie się sie­bie w imię służ­by innym nie wyni­ka z bra­ku miło­ści, ale z jej nad­mia­ru. Otóż źró­dłem altru­izmu dok­to­ra Judy­ma jest pęk­nię­cie, osa­mot­nie­nie, ten naj­cięż­szy rodzaj bez­dom­no­ści. Wie­lo­krot­nie zresz­tą na kar­tach powie­ści Żerom­skie­go poja­wia­ją się budzą­ce nie­po­kój wspo­mnie­nia, w któ­rych do mło­de­go leka­rza powra­ca­ją wid­ma utra­co­ne­go dzie­ciń­stwa; jest w nich bie­da i zwią­za­na z nią cho­ro­ba, wal­ka o byt, cią­gła nie­pew­ność, alko­ho­lizm ojca… W sen­sie sym­bo­licz­nym ozna­cza to utra­tę domu („Jesz­cze dziś pamię­tam ten dom, te scho­dy kuchen­ne! Ile ja tam cier­pień…”). I oto rzecz para­dok­sal­na: Judym nigdy nie zdo­łał pogo­dzić się ze złem, któ­re zatru­ło jego wcze­sne lata, ale przez resz­tę życia usi­ło­wał wyra­zić hero­icz­ną zgo­dę na bez­dom­ność, noma­dyzm, nawet wów­czas, gdy kocha­ją­ca go kobie­ta zapra­gnę­ła zało­żyć z nim szczę­śli­wą rodzi­nę. Jak­kol­wiek okrut­nie to brzmi, ofia­ra zło­żo­na przez Judy­ma oka­za­ła się zabój­cza, zatru­ta od same­go korze­nia; za szczyt­nym ide­ałem kry­ło się bowiem zagu­bie­nie, chęć uciecz­ki od wła­snej nie­do­li, być może tak­że oba­wa przed przy­ję­ciem szczę­ścia, ale i roz­pacz­li­wa pró­ba nada­nia swo­jej oka­le­czo­nej egzy­sten­cji jakie­go­kol­wiek sen­su. Bez­na­dziej­na to sytu­acja – zada­ma­wiać się w rze­ko­mo boha­ter­sko przy­ję­tej bez­dom­no­ści.

Mag­da­le­na Popiel w kon­tek­ście „Ludzi bez­dom­nych” przy­wo­łu­je kon­cep­cję „pamię­ci uta­jo­nej”, wpro­wa­dzo­ną do myśli filo­zo­ficz­nej przez Edwar­da Abra­mow­skie­go. „Twór­czość Żerom­skie­go dowo­dzi, że nie było mu obce zagad­nie­nie pod­świa­do­mo­ści” – zauwa­ża. W pewien spo­sób tłu­ma­czy to sym­bo­li­kę pawia, któ­ry swo­im krzy­kiem prze­ra­ził spa­ce­ru­ją­ce­go po par­ku Judy­ma. „Wów­czas gdy sie­dział zadu­ma­ny, roz­darł to mil­cze­nie krzyk prze­ra­ża­ją­cy. To sta­ry paw, któ­ry co noc sia­dy­wał na szczy­cie dwo­ru, wydał z sie­bie ten dzi­ki, suro­wy, żela­zny, zardze­wia­ły wrzask. Echo jego lecia­ło przez pola uto­pio­ne w mil­cze­niu”. Czyż nie jest to znak wypły­wa­ją­cej na wierzch «pamię­ci uta­jo­nej»? Czyż dusza leka­rza, roz­ta­cza­ją­ca wspa­nia­ły i barw­ny ogon szla­chet­no­ści, tro­ski i altru­izmu, w rze­czy­wi­sto­ści nie krzy­cza­ła w akcie roz­pa­czy? Wie­le innych frag­men­tów powie­ści pozwa­la wnio­sko­wać, że dok­tor Judym, patrząc w oczy bied­nych i bez­dom­nych, sta­le poszu­ki­wał w nich sie­bie sprzed lat; poma­ga­jąc im, w rze­czy­wi­sto­ści zapra­gnął pomóc sobie; zechciał napra­wić to, co siłą rze­czy musi pozo­stać bez­pow­rot­nie stra­co­ne. Być może zasad­na jest tu uwa­ga Jerze­go Stem­pow­skie­go, mimo iż odnie­sio­na do następ­ców Żerom­skie­go: „Obaj od stro­ny wewnętrz­nej przed­sta­wia­ją ten sam obraz histe­rycz­ne­go, inte­li­genc­kie­go topie­nia się i zała­my­wa­nia w sobie”…

Wewnętrz­ne roz­dar­cie pro­ta­go­ni­sty „Ludzi bez­dom­nych” nie­uchron­nie wie­dzie do tra­gicz­ne­go koń­ca. W ostat­nim roz­dzia­le powie­ści wpraw­dzie nie roz­le­wa się krew, ale zła­ma­ne zosta­ją ludz­kie dusze. Słusz­nie stwier­dzał Stem­pow­ski, pisząc, że twór­czość Żerom­skie­go cecho­wał zara­zem „zmysł okru­cień­stwa”, jak i żar­li­wy bunt niczym u Jere­mia­sza – widać to w ostat­niej roz­mo­wie zako­cha­nych. Tak więc w chwi­li, gdy Joasia, nowo­cze­sna Ofe­lia, wyja­wia Judy­mo­wi swo­je pra­gnie­nia zało­że­nia rodzi­ny i wspól­nie speł­nia­nej misji pomo­cy ubo­gim, ten odtrą­ca ją, twier­dząc, że dzie­li ich prze­paść; ona bowiem nie nosi w sobie tego same­go fatal­ne­go pęk­nię­ca, któ­re jego popchnę­ło w stro­nę „przy­wra­ca­nia świa­ta do nor­my”.

Widzisz… Ja jestem z motło­chu, z ostat­niej hoło­ty. Ty nie możesz mieć wyobra­że­nia, jaki jest motłoch. Nie możesz nawet objąć tego dale­kim prze­czu­ciem, co leży w jego ser­cu. Jesteś z innej kasty… Kto sam z tego pocho­dzi, kto prze­żył to wszyst­ko, wie wszyst­ko […]. Otrzy­ma­łem wszyst­ko, co potrze­ba… Muszę to oddać, com wziął. Ten dług prze­klę­ty… Nie mogę mieć ani ojca, ani mat­ki, ani żony, ani jed­nej rze­czy, któ­rą bym przy­ci­snął do ser­ca z miło­ścią, dopó­ki z obli­cza zie­mi nie znik­ną te pod­łe zmo­ry. Muszę wyrzec się szczę­ścia. Muszę być sam jeden.

Róż­nie pró­bo­wa­no zała­go­dzić wymo­wę tej sce­ny, mówiąc na przy­kład, że w rze­czy­wi­sto­ści Judym kochał Nata­lię, a nie Joasię. Ale pra­wi­dła, wedle któ­rych rzą­dzi się powieść Żerom­skie­go, są nie­ubła­ga­ne: roz­pacz­li­wy splot „tra­ge­dii cha­rak­te­ru” i jej kon­se­kwen­cji, czy­li „tra­ge­dii Losu” wie­dzie ku „samot­no­ści jako koniecz­no­ści tra­gicz­nej”. Judym dopeł­nia swo­je­go ham­le­tycz­ne­go dzie­ła. Pada na twarz przed roz­dar­tą sosną, a wiatr wokół przy­po­mi­na mu płacz; nie wie tyl­ko, czy jego, czy Joasi.

Bio­rę sobie do ser­ca mani­fest Tho­ma­sa Ste­ar­na Elio­ta, nawo­łu­ją­cy chrze­ści­jan do czy­ta­nia arcy­dzieł lite­ra­tu­ry (nie­ko­niecz­nie pisa­nych z teo­lo­gicz­nym namy­słem) w taki spo­sób, aby wydo­by­wać z nich treść aktu­al­ną dla czło­wie­ka odku­pio­ne­go krwią Chry­stu­sa. Wła­śnie dla­te­go „Ludzie bez­dom­ni” są powie­ścią tak nie­po­ko­ją­cą. Bo prze­cież dok­tor Judym kon­se­kwent­nie zaparł się same­go sie­bie i stra­cił swo­je życie (zob. Łk 9,23-24), a jed­nak nie odna­lazł nicze­go wię­cej prócz pęk­nię­tej sosny na brze­gu zawa­li­ska… Tak, ale pod­sta­wo­wa róż­ni­ca pole­ga na tym, że powieść Żerom­skie­go nie jest histo­rią ziar­na, któ­re obumar­ło, aby wydać plon w posta­ci nowe­go spo­tka­nia Boga i czło­wie­ka. Jest to raczej opis upad­ku ide­ali­sty. Dla­te­go też Judym ma znacz­nie wię­cej wspól­ne­go z Edy­pem i Ham­le­tem, niż mogło­by się wyda­wać. Tak samo śle­py, pod­da­ny igrasz­ce sił, któ­re w nim drze­mią, popeł­nia grzech pychy (hybris), gdy w klu­czo­wym momen­cie wybie­ra marze­nie o samot­nym zba­wia­niu świa­ta, sądząc, że nikt, nawet kocha­ją­ca i kocha­na kobie­ta, nie jest w sta­nie pojąć wznio­sło­ści tej misji. Zapar­cie się same­go sie­bie, ale bez pojed­na­nia; wyrze­cze­nie, ale kosz­tem miło­ści – oto wymo­wa pię­ciu ostat­nich roz­dzia­łów „Ludzi bez­dom­nych”.

Rysy Judy­mo­we pró­bo­wa­no nadać rów­nież Jezu­so­wi (mam na myśli „Ostat­nie kusze­nie Chry­stu­sa” Niko­sa Kazan­dza­ki­sa oraz „Ewan­ge­lię według Jezu­sa Chry­stu­sa” José Sara­ma­go). Ale bez­dom­ność, do jakiej wzy­wa nie­któ­rych chrze­ści­jan Ewan­ge­lia („Lisy mają swo­je nory, a pta­ki gniaz­da. Tyl­ko Syn Czło­wie­czy nie ma gdzie gło­wy skło­nić”, Łk 9,58), nie ma nic wspól­ne­go z wypar­ciem się miło­ści. Jej isto­tą nie jest misja napra­wy świa­ta (krzyż wszak­że nie usu­nął cier­pie­nia), ale nawią­za­nie zba­wien­nej rela­cji oso­by z oso­bą. Jeże­li sam Chry­stus nie zało­żył rodzi­ny, to po to, aby roz­prze­strze­nić oblu­bień­czą miłość na wie­lu, i na każ­de­go z osob­na, a następ­nie roz­pa­lić wśród swo­ich umi­ło­wa­nych escha­to­lo­gicz­ne ogni­sko domo­we. W Kró­le­stwie Bożym stół, przy któ­rym spo­ty­ka­ją się naj­bliż­si, będzie nie­skoń­cze­nie wiel­ki. „Takie bra­ter­stwo, sze­ro­kie niczym świat, gru­pu­jąc męż­czyzn i kobie­ty, pochy­li się po mał­żeń­sku nad każ­dą ludz­ką nędzą” – tak pisał o bez­żen­no­ści Paul Evdo­ki­mov. Jest to bez­dom­ność nasy­co­na sen­sem. Jej osta­tecz­nym celem jest bowiem odna­le­zie­nie domu w ser­cu każ­de­go, kto Go miłu­je. „Oto sto­ję u drzwi i stu­kam. Jeże­li ktoś chce usły­szeć mój głos i otwo­rzy drzwi, wej­dę do nie­go i spo­ży­ję wie­cze­rzę” (Ap 3,20).