myslimy
| 13 stycznia 2015 ]

Bóg nie wprost

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 5

Nie znam niestety konferencji o. Adama Szustaka OP, więc nie chciałbym wypowiadać się na temat tej warstwy artykułu Jarosława Dudycza, która jest bezpośrednią polemiką ze znanym kaznodzieją. Skupię się raczej na pewnym wskazanym przez autora problemie, czy, jak to on ujmuje, „zagwozdce”. Również wielokrotnie się nad nią zastanawiałem i do żadnych ostatecznych konkluzji co prawda nie doszedłem, ale do tymczasowych – owszem. Postaram się te pokrótce zaprezentować, poddając je pod rozwagę autora.

Zagwozdkę ową Jarosław Dudycz ujmuje w następujące słowa: „jak to możliwe, że Bóg wybiera tak skrajnie różne sposoby wpływu na świat. Jednym pokazuje wyraźne znaki nadprzyrodzone, mówi do nich wprost, a innym każe się domyślać swojego istnienia, zostawiając jakieś pośrednie, często mętne, nieweryfikowalne świadectwa. Z tego napięcia rodzi się pytanie, czy to wszystko jest w ogóle sensowne i spójne, czy w ogóle jest Bóg”. Przykładem tych, do których Bóg mówi „wprost”, są Szaweł / św. Paweł, słyszący Jezusa pod Damaszkiem, oraz Mojżesz, widzący na pustyni gorejący krzew i również słyszący głos. Przykładem tych, którym pozostają „pośrednie świadectwa”, „Kościół” i „sakramenty”, jesteśmy my, zwykli wierzący.

Jak widać, problem jest bardzo interesujący i ważny, dotyczy bowiem tego, czy wielcy święci Starego i Nowego Testamentu (oraz wieków późniejszych) mają w ogóle dla nas jakiekolwiek znaczenie. Dodatkowo pojawia się wątpliwość, czy ich historie mogą być w ogóle prawdziwe, skoro są tak skrajnie różne od naszej, i wreszcie pytanie, które postawił na końcu cytowanego fragmentu Dudycz: „czy to wszystko jest w ogóle sensowne i spójne, czy w ogóle jest Bóg”. Wydaje się, że Kościół, choć z szacunkiem dla ludzkich wątpliwości, odpowiada we wszystkich tych kwestiach twierdząco: święci mogą być dla nas przykładem, ich historie mogły być literalnie prawdziwe, wszystko jest sensowne i spójne, a Bóg jest. Na przykład podczas gdy Dudycz pisze, że „Mojżesz […] to jednak człowiek, do którego Bóg przemówił w drzewie. To w gruncie rzeczy zrywa wszelkie podobieństwa [ze zwykłymi wierzącymi]”, nie tylko o. Szustak, ale również tradycja Kościoła – przykładem niech będzie „Żywot Mojżesza” św. Grzegorza z Nyssy – widzi w losie Mojżesza wzór, który każdy z nas może w jakiś sposób naśladować.

Kilka uwag wstępnych. Pierwsza dotyczy stwierdzenia Dudycza, iż Kościół uznaje tylko jedną wykładnię historii św. Pawła, tzn. taką, że jego objawienie było „fizycznym faktem”. Przymiotnik „fizyczny” ma przy tym oznaczać, że istniały „konkretne fale dźwiękowe”, które Paweł słyszał. O ile wiem, nie ma jednej wykładni, którą Kościół uznawałby za jedyną dopuszczalną, tym bardziej wykładni wyrażonej w precyzyjnym języku pewnych konkretnych modeli naukowych. Bo też – dodajmy na marginesie – język nauki, choć syntezujący dobrze udokumentowaną i rzetelną wiedzę, to przecież, jak pokazywał Thomas Kuhn, język tymczasowych modeli, a nie ponadczasowych faktów; związać prawdy wiary z „atomami”, „falami”, „kwarkami”, „strunami” to zapoznać ewolucyjny charakter nauki, i w ogóle taki charakter wszystkiego, co ludzkie (łącznie, w pewnym stopniu, z Kościołem). Do teorii naukowych można czasem doskonale odnieść to, co Dudycz pisał pod adresem metody o. Szustaka: „to tylko pewien paradygmat, […] wystarczy paradygmat zmienić i cała metoda upada” – przecież to właśnie opisując przemiany w historii nauki, Kuhn spopularyzował termin „paradigm shift”, do którego nawiązuje autor. Wróćmy jednak do kwestii interpretacji historii o św. Pawle. Wydaje mi się, że trzeba podchodzić do Pisma dość ogólnie jako do pewnego tekstu, przy pomocy którego ktoś chciał/chce nam przekazać pewną prawdę. A jak uczą nas badania nad innymi tekstami z rozmaitych kultur, literalne sprawozdanie to, gdy pominąć ostatni wiek i świat zachodni, dość rzadko spotykany gatunek ludzkich tekstów, i być może wcale nie najlepiej nadający się do przekazywania prawdy. To nie znaczy, że nie ma w Biblii dla niego miejsca – podobnie jak Dudycz sądzę, że w przypadku przynajmniej niektórych zdarzeń, ze Zmartwychwstaniem Jezusa na czele, muszą być one prawdziwe na sposób „faktów naukowych” i mam w pamięci słowa Grahama Greene’a, że jego doświadczenie jako dziennikarza każe mu dostrzec w relacji św. Jana sprawozdanie naocznego świadka – ale że może on być w Biblii dość rzadki i przeplatany innymi gatunkami. Nie mówiąc już o tym, że ten sam tekst może być rozumiany jako kilka gatunków jednocześnie – może być np. i „sprawozdaniem”, i „metaforą”, bo fakty kształtuje ostatecznie Bóg w sobie znany sposób, np. w taki, żeby sprawozdanie zewnętrznych faktów było jednocześnie metaforą innych, bardziej „wewnętrznych” prawd. Albo – jak chcieli Ojcowie Kościoła – to, co się dzieje widzialnie, dzieje się po to, by odzwierciedlać, symbolizować niewidzialne sprawy Boże. Stworzenie to pewna „metaforyzacja” niewidzialnego w widzialnym. To wszystko powiedziawszy, będę przyjmował dalej, że Szaweł słyszał „fizyczny” głos, tzn. do jego ucha doszły „konkretne fale dźwiękowe” nieposiadające naturalnego źródła. Sam skłonny byłbym sądzić, że rzeczywiście słyszał on głos, ale bez obecności fal, ale interpretacja Dudycza też wydaje się możliwa.

Druga moja uwaga dotyczy przyjmowanego przeze mnie w tym tekście (a także ogólnie w życiu) poglądu dotyczącego tego, co istnieje / może istnieć w otaczającej nas rzeczywistości. Kwestia ta jest przedmiotem sporów: niektórzy powiedzą, że istnieją tylko cząsteczki elementarne czy coś w tym rodzaju (a cała reszta jest w ostatecznym rozstrzygnięciu złudzeniem), inni, że istnieją kamienie, rośliny, zwierzęta, ludzie, a nawet myśli, nadzieje i miłość, ale na pewno nie cuda czy anioły, jeszcze inni, że istnieją wszystkie wymienione elementy, a do tego Pan Bóg, w tym wszystkim, a także niezależnie od tego wszystkiego. Skłaniam się ku tej ostatniej pozycji. W filozofii nauki bliskie mi jest stanowisko Johna Dupré, jednego z reprezentantów tzw. stanfordzkiej szkoły filozofii nauki, który twierdzi, że nie należy przyjmować apriorycznych i nieuzasadnionych założeń w rodzaju „istnieją tylko cząsteczki elementarne, a w ostatecznym rozstrzygnięciu wszystko sprowadza się do fizyki”, bo obserwując rozwój nauki, która zawsze dzieliła się na wiele różnych dyscyplin, można raczej dojść do wniosku, że rzeczywistość jest różnorodna i wielopoziomowa, wymagająca różnych metod i pełna praw różnego rodzaju (praw fizyki, chemii, biologii, psychologii, socjologii itd.). Jak się wydaje, teza, że wszystko redukuje się do prawidłowości na jakimś najniższym poziomie organizacji rzeczywistości, pojawiła się w konkretnym momencie historii – u progu nowożytności – i niewykluczone, że wiąże się z wprowadzeniem maszyn mechanicznych: tak jak zegar wydawał się na zewnątrz czymś złożonym i posiadającym „naturę”, a w rzeczywistości był tylko sumą tworzących go śrubek, tak wszystko miało być teraz sumą takich czy innych drobin. To dość przekonujące stanowisko dla osób przyzwyczajonych do stworzonych przez człowieka maszyn, przy bliższej analizie okazuje się jednak, że czerpie ono swoją moc jedynie z naszych intuicji, nie żadnych racjonalnych argumentów czy empirycznych dowodów. Owe dowody – np. to, ile różnych dyscyplin nauki rzeczywiście powstało, by odpowiedzieć na pytania, które rodził w człowieku kontakt ze światem – wskazują raczej na pewną nieredukowalną wielość poziomów i sensów. John Dupré jest ateistą i nie rozszerza swojego podejścia na inne dziedziny ludzkiej kultury niż nauka. Patrząc jednak na bogactwo ludzkiej kultury – na nauki humanistyczne, literaturę, nurty religijne i filozoficzne, świadectwa poetów i mistyków – można powiedzieć, że rzeczywistość, ta zwykła, będąca przedmiotem doświadczenia ludzkości jako kolektywu, jest jeszcze bogatsza, że istnieją w niej (pomijając w tym momencie Pana Boga) nie tylko cząsteczki elementarne, kamienie, rośliny, zwierzęta, ludzie, myśli, nadzieje, miłość, lecz także trochę niezwykłości, takich jak cuda. Parafrazując słowa Charlesa Taylora o Bogu, jeśli coś nie chce odejść – jeśli w kolejnych wiekach ludzie wciąż o tym mówią, piszą – to może trzeba przyjąć, przynajmniej wstępnie, że to istnieje. Zwłaszcza że wydaje się, iż istnieją racjonalne systemy – np. katolicyzm – które potrafią obecność wszystkich tych elementów, łącznie z cudami, pogodzić w harmonijną całość.

I wreszcie trzecia uwaga wstępna, od której postaram się już przejść płynnie do mojego głównego wywodu: Bóg nie jest człowiekiem ani żadnym innym „bytem pośród innych bytów”. Bóg jest osobą, ale szczególną, bo nieskończoną – i to osoba ludzka jest (niedoskonałym) obrazem Boga, a nie Bóg obrazem osoby ludzkiej. Nie znaczy to, że odpowiedzią jest radykalny apofatyzm, bo Bóg nie jest mniej niż osobą ludzką (nie jest więc np. jakąś bezosobową mgłą), ale więcej niż osobą ludzką. Owszem, w pełni święta osoba ludzka (Jezus Chrystus) może „wyrazić” Boga, ale nie w taki sposób, że natura ludzka i natura Boska są jednym. Dogmat chalcedoński mówi o jednej Osobie, ale dwóch naturach – „nigdy nie zniknęły różnice natur przez ich zjednoczenie” czytamy w dokumentach z Chalcedonu. Podobnie Bóg jest bytem, ale nie „bytem pośród innych bytów”, raczej takim bytem, którego naturą jest istnienie i który daje je innym bytom i się w nich w ten sposób (w ograniczonym stopniu) wyraża, pozostając jednak od nich różnym. Niewątpliwie tradycyjna chrześcijańska metafizyka, z tymi wszystkimi rozróżnieniami, jest dość zagmatwana i nie trzeba jej „kupować”, ale nie należy jej też upraszczać do wizji Boga jako „osoby” na wzór osoby ludzkiej albo „bytu” na tym samym poziomie rzeczywistości co inne byty.

Jeśli to, co napisano powyżej, przyjąć za prawdę, należy podejrzliwie podejść do zdania Dudycza mówiącego o osobach słyszących Boga „wprost”. „Fale dźwiękowe”, które uderzały o bębenek w uchu Szawła, nie były „głosem Boga” wprost, bo Bóg nie jest człowiekiem, który ma głos; były co najwyżej pewnym cudem, tzn. sytuacją, w której efekt (fala dźwiękowa) powstał bez obecności przyczyny, która go zwykle wywołuje (drgające struny głosowe człowieka). Co tu fundamentalnie ważne, cud nie jest sytuacją, w której Bóg działa „wprost”, dla odróżnienia od innych Jego działań „nie wprost”, bo Bóg działa w ten sam sposób w każdym wydarzeniu. Cuda są raczej sytuacją, w której Bóg działa tak, jak we wszystkim, co istnieje i dzieje się – brakuje natomiast równoległego działania świata, które normalnie współwystępuje na poziomie „przyczyn wtórnych” (w tym przypadku: brakuje owych strun głosowych). „To nie Bóg działa bardziej, ale to świat działa mniej” – powie o cudach znany filozof, współbrat o. Szustaka z zakonu św. Dominika, o. Brian Davies OP. Zgodzę się jednak, że zdarzenia cudowne mają pewną cechę szczególną – są dla nas najbardziej efektowne. Ów zamierzony przez Boga chwilowy „brak świata” pokazuje nam Bożą wszechmoc, która normalnie pozostaje niejako zakryta, mimo iż jest równie czynna. W ten sposób cuda spełniają rolę szczególnego znaku dla tych, do których są kierowane, a za ich pośrednictwem – dla całego Kościoła.

Mówiąc to samo jeszcze raz, lecz nieco inaczej: fale, które słyszał Szaweł, niczym nie różniły się od fal, które mógł wydać człowiek (lub może idealnej jakości głośnik elektroniczny). Bóg nie był więc obecny w nich „wprost” w jakiś niepowtarzalny sposób, nawet jeśli wyjątkowe było to, że fale te powstały bez udziału strun głosowych (ani głośnika), i nawet jeśli głos ten rzeczywiście przekazywał przesłanie od Boga, posiadał pewnie również wiele cech, które miały komunikować prawdy o stosunku Boga do Szawła (pewnie był pełen miłości itd.).

Podobnie Bóg nie był obecny „wprost” w gorejącym krzewie. I w ogóle nie mógłby być obecny „wprost” w żadnym głosie, zjawisku, bycie, w żadnej osobie – nie jest bowiem „bytem pośród innych bytów”, ale źródłem wszelkiego istnienia. „Wprost”, tzn. „twarzą twarz”, będziemy Go oglądać w Niebie. Pomijam tu kwestię obecności Jezusa w Eucharystii – zauważmy jednak, że najbardziej „wprost” po tej stronie wieczności Bóg jest obecny właśnie w sakramencie, na zewnątrz nieefektownym i dostępnym dla każdego wiernego. Poza tym obecność Jezusa w Eucharystii ma więcej wspólnego z faktem, że Bóg jest źródłem wszelkiego istnienia i że w jakimś sensie jest obecny we wszystkim, niż z cudem w sensie anomalii.

Powyżej starałem się argumentować, że ostatni element na mojej liście tego, co istnieje w widzialnej rzeczywistości – zjawiska cudowne – nie zawiera wcale „więcej Boga”, choć Bóg niewątpliwie posługuje się nim w specjalnych celach. Zadajmy teraz inne pytanie: co w takim razie z bardziej zwykłymi elementami rzeczywistości, kamieniami, ludźmi, miłością? Czy w nich obecny jest Bóg? W odpowiedzi na to pytanie może pomóc inne: Jaki jest „stan zero” rzeczywistości, „stan domyślny”, który posiadałaby rzeczywistość, gdyby nie było Boga? Dla chrześcijanina jedynym możliwym „stanem zero” jest nicość (a i dla niechrześcijanina jest nim chyba nicość, skoro zachwyca się światem – zachwyt zakłada jakiś nadmiar w stosunku do „stanu domyślnego” – dlaczego miałoby nas zachwycać niebo pełne gwiazd, jeśli musiało być ich właśnie tyle?). Bez Boga nie byłoby niczego, a wszystko, co istnieje, istnieje dzięki Niemu, w Nim partycypuje i komunikuje Jego istnienie (znów nie upieram się, że trzeba takiego dziwnego Boga „kupować”, ale taki mniej więcej jest – na ile ja to rozumiem – Bóg Kościoła). Skoro tak, to Bóg jest obecny we wszystkim, co istnieje, i to wcale nie mniej niż w cudach. A im bardziej dotykamy tego, co ludzkie, tym bardziej Bóg się przez to objawia. Jak pamiętamy, człowiek powstał na obraz Boga i właśnie w człowieka Bóg się wcielił. Bóg jest o wiele bardziej obecny w żywym i wolnym człowieku niż w cudownie stworzonym ludzkim głosie!

Spróbujmy więc odpowiedzieć na „zagwozdkę” Dudycza, dlaczego nie ma większej ilości cudów, które w bardziej efektowny sposób manifestują Boga, i większość z nas skazana jest na to, co zwykłe (a także na Kościół, działający za pośrednictwem tego, co wizualnie „zwykłe” – np. wody, chleba – ale w sposób nadprzyrodzony). Moja teza jest następująca: po pierwsze, to, co niezwykłe, widoczne jest tylko na tle tego, co zwykłe, więc muszą być obecne obydwa aspekty rzeczywistości, co więcej, ten drugi musi przeważać. W naszym świecie pozostają one, według mnie, w rozsądnych proporcjach, nie zaślepiając nas niezwykłością (jak gdyby to o nią chodziło – a ona jest przecież tylko znakiem, nie celem), ale i nie skazując nas na samą, obojętną na nasz los „zwykłość”. Nie wiem, czy dobrze czulibyśmy się w chaotycznym świecie pełnym cudów na każdym kroku. Po drugie – i to jest mój główny argument – każde inne proporcje pozostawiałyby możliwość niewiary w Boga.

Spójrzmy na literaturę fantasy – jest w niej mnóstwo niesamowitości, ale prawie nigdy nie ma w niej Boga. Gorejące krzewy, głosy, które nie mają żadnego fizycznego źródła – to wszystko można wytłumaczyć w fantastycznych światach albo działaniem jakiegoś „bytu pośród bytów” (jakiegoś, dajmy na to, czarodzieja, albo jakichś sił noszących wprawdzie znamiona boskości, ale niebędących źródłem istnienia itd.) albo powiedzieć, że taki jest właśnie „stan domyślny” świata i niczego nie trzeba tłumaczyć, co najwyżej wszystko opisać (czy nie tak mówili zwolennicy marksizmu-leninizmu o naszym świecie?). Sądzę więc, że gdyby tego typu rzeczy były w naszym świecie na porządku dziennym, mielibyśmy może inny jego obraz, może bardziej niesamowity, ale niekoniecznie byłby to obraz bardziej religijny w katolickim sensie tego słowa. Czy nie o tym właśnie – o tym, że niezwykłości wcale nie muszą czynić nas bardziej religijnymi – opowiada przypowieść o Łazarzu z Ewangelii św. Łukasza (16,19-31), kończąca się zdaniem: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”. Zwróćmy też uwagę na ostrożność Kościoła w kwestii cudów – być może nie kryje się za nią, jak chcą sceptycy, strach przed ewentualną kompromitacją, lecz raczej coś bardziej fundamentalnego: świadomość, że wszystko jest cudem.

Nie wspominam tu o tym, że można w każde swoje doświadczenie najzwyczajniej w świecie wątpić: Szaweł lub Mojżesz mogli po prostu założyć, że mają halucynacje.

Żeby w „gorejącym krzewie” dopatrzeć się Boga i wyprowadzić Lud Boży z Egiptu, żeby w „głosie spod Damaszku” usłyszeć Jezusa i potem zostać apostołem wiary, nadziei i miłości – trzeba mieć coś więcej niż sam znak, trzeba umieć go odczytać i wkomponować w swoją wizję świata tak, by był dla niej logicznym dopełnieniem, a nie efektowną anomalią. Ta sama zdolność – mówię „zdolność”, ale jest to chyba raczej Boży dar przekazywany przez Kościół na sposób przyrodzony i nadprzyrodzony – pozwala nam słyszeć Boga w głosie drugiego człowieka, widzieć Go w Najświętszym Sakramencie, doszukiwać się Jego śladów w powiewie wiatru i blasku słońca, wreszcie pozwala znaleźć nam Pana w warsztacie pracy, przy komputerze, w brudnych pieluchach dziecka. Twierdzę więc, że nie ma diametralnej różnicy między doświadczeniem św. Pawła czy Mojżesza a moim doświadczeniem, i wcale nie jest tak ważne, czy słyszeli/widzieli oni Boga, bo i tak nie słyszeli / nie widzieli Go bardziej „wprost” niż ja, co najwyżej byli świadkami efektownego cudu. Jak wielokrotnie podkreślałem powyżej, cudem – może na pierwszy rzut oka mniej efektownym (ale czym jest chrześcijaństwo, jeśli nie odkrywaniem, że wcale nie mniej!) – jest przede wszystkim wszystko, co istnieje.

A problemu istnienia w świecie napięć rodzących „pytanie, czy to wszystko jest w ogóle sensowne i spójne, czy w ogóle jest Bóg” i tak, jak argumentowałem powyżej, pokazując przykład literatury fantasy, chyba nie da się usunąć, zwiększając ilość cudów.

I wreszcie ostatnia uwaga: skąd się wzięło przekonanie – zwłaszcza, jeśli wydaje się ono zupełnie obce np. Ojcom Kościoła, a także głównemu nurtowi teologii katolickiej – że Bóg obecny jest tylko w tym, co niezwykłe? Jak argumentował niegdyś np. Henri de Lubac, a dziś czyni to John Milbank, źródła takiego stanowiska tkwią chyba w pewnych nurtach teologii chrześcijańskiej (np. myśli bł. Dunsa Szkota i Franciszka Suáreza, potem w teologii protestanckiej, aż po Karla Bartha), które dla podkreślenia znaczenia łaski celowo deprecjonowały naturę jako swego rodzaju „stan domyślny”, „zwykły”. Choć dziś takie podejście wydaje się wielu osobom naturalne, na pewno nie było ono źródłowe. Zauważmy, że kultury pierwotne, modlące się do drzew nawet wówczas, gdy te do nich nie mówiły, nie znały go zupełnie. Bóg – jak uczy nas historia (metafora) o Eliaszu – przychodzi często w tym, co najmniej imponujące (1 Krl 19,12).

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Jan Popieluch, „Odpowiedzialność autorytetu”
Sebastian Adamkiewicz „Żywe Słowo na palmie”
Marcin Nowak, „Ojciec Szustak to Pies Pański, a nie filatelista”
Jarema Piekutowski, „W poszukiwaniu punktów zaczepienia”
Piotr Sikora, „Chrześcijaństwo – przemieniające doświadczenie Boga”