myslimy
| 13 stycznia 2015 ]

Bóg nie wprost

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 5

Nie znam nie­ste­ty kon­fe­ren­cji o. Ada­ma Szu­sta­ka OP, więc nie chciał­bym wypo­wia­dać się na temat tej war­stwy arty­ku­łu Jaro­sła­wa Dudy­cza, któ­ra jest bez­po­śred­nią pole­mi­ką ze zna­nym kazno­dzie­ją. Sku­pię się raczej na pew­nym wska­za­nym przez auto­ra pro­ble­mie, czy, jak to on ujmu­je, „zagwozd­ce”. Rów­nież wie­lo­krot­nie się nad nią zasta­na­wia­łem i do żad­nych osta­tecz­nych kon­klu­zji co praw­da nie dosze­dłem, ale do tym­cza­so­wych – owszem. Posta­ram się te pokrót­ce zapre­zen­to­wać, pod­da­jąc je pod roz­wa­gę auto­ra.

Zagwozd­kę ową Jaro­sław Dudycz ujmu­je w nastę­pu­ją­ce sło­wa: „jak to moż­li­we, że Bóg wybie­ra tak skraj­nie róż­ne spo­so­by wpły­wu na świat. Jed­nym poka­zu­je wyraź­ne zna­ki nad­przy­ro­dzo­ne, mówi do nich wprost, a innym każe się domy­ślać swo­je­go ist­nie­nia, zosta­wia­jąc jakieś pośred­nie, czę­sto męt­ne, nie­we­ry­fi­ko­wal­ne świa­dec­twa. Z tego napię­cia rodzi się pyta­nie, czy to wszyst­ko jest w ogó­le sen­sow­ne i spój­ne, czy w ogó­le jest Bóg”. Przy­kła­dem tych, do któ­rych Bóg mówi „wprost”, są Sza­weł / św. Paweł, sły­szą­cy Jezu­sa pod Damasz­kiem, oraz Moj­żesz, widzą­cy na pusty­ni gore­ją­cy krzew i rów­nież sły­szą­cy głos. Przy­kła­dem tych, któ­rym pozo­sta­ją „pośred­nie świa­dec­twa”, „Kościół” i „sakra­men­ty”, jeste­śmy my, zwy­kli wie­rzą­cy.

Jak widać, pro­blem jest bar­dzo inte­re­su­ją­cy i waż­ny, doty­czy bowiem tego, czy wiel­cy świę­ci Sta­re­go i Nowe­go Testa­men­tu (oraz wie­ków póź­niej­szych) mają w ogó­le dla nas jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Dodat­ko­wo poja­wia się wąt­pli­wość, czy ich histo­rie mogą być w ogó­le praw­dzi­we, sko­ro są tak skraj­nie róż­ne od naszej, i wresz­cie pyta­nie, któ­re posta­wił na koń­cu cyto­wa­ne­go frag­men­tu Dudycz: „czy to wszyst­ko jest w ogó­le sen­sow­ne i spój­ne, czy w ogó­le jest Bóg”. Wyda­je się, że Kościół, choć z sza­cun­kiem dla ludz­kich wąt­pli­wo­ści, odpo­wia­da we wszyst­kich tych kwe­stiach twier­dzą­co: świę­ci mogą być dla nas przy­kła­dem, ich histo­rie mogły być lite­ral­nie praw­dzi­we, wszyst­ko jest sen­sow­ne i spój­ne, a Bóg jest. Na przy­kład pod­czas gdy Dudycz pisze, że „Moj­żesz […] to jed­nak czło­wiek, do któ­re­go Bóg prze­mó­wił w drze­wie. To w grun­cie rze­czy zry­wa wszel­kie podo­bień­stwa [ze zwy­kły­mi wie­rzą­cy­mi]”, nie tyl­ko o. Szu­stak, ale rów­nież tra­dy­cja Kościo­ła – przy­kła­dem niech będzie „Żywot Moj­że­sza” św. Grze­go­rza z Nys­sy – widzi w losie Moj­że­sza wzór, któ­ry każ­dy z nas może w jakiś spo­sób naśla­do­wać.

Kil­ka uwag wstęp­nych. Pierw­sza doty­czy stwier­dze­nia Dudy­cza, iż Kościół uzna­je tyl­ko jed­ną wykład­nię histo­rii św. Paw­ła, tzn. taką, że jego obja­wie­nie było „fizycz­nym fak­tem”. Przy­miot­nik „fizycz­ny” ma przy tym ozna­czać, że ist­nia­ły „kon­kret­ne fale dźwię­ko­we”, któ­re Paweł sły­szał. O ile wiem, nie ma jed­nej wykład­ni, któ­rą Kościół uzna­wał­by za jedy­ną dopusz­czal­ną, tym bar­dziej wykład­ni wyra­żo­nej w pre­cy­zyj­nym języ­ku pew­nych kon­kret­nych mode­li nauko­wych. Bo też – dodaj­my na mar­gi­ne­sie – język nauki, choć syn­te­zu­ją­cy dobrze udo­ku­men­to­wa­ną i rze­tel­ną wie­dzę, to prze­cież, jak poka­zy­wał Tho­mas Kuhn, język tym­cza­so­wych mode­li, a nie ponad­cza­so­wych fak­tów; zwią­zać praw­dy wia­ry z „ato­ma­mi”, „fala­mi”, „kwar­ka­mi”, „stru­na­mi” to zapo­znać ewo­lu­cyj­ny cha­rak­ter nauki, i w ogó­le taki cha­rak­ter wszyst­kie­go, co ludz­kie (łącz­nie, w pew­nym stop­niu, z Kościo­łem). Do teo­rii nauko­wych moż­na cza­sem dosko­na­le odnieść to, co Dudycz pisał pod adre­sem meto­dy o. Szu­sta­ka: „to tyl­ko pewien para­dyg­mat, […] wystar­czy para­dyg­mat zmie­nić i cała meto­da upa­da” – prze­cież to wła­śnie opi­su­jąc prze­mia­ny w histo­rii nauki, Kuhn spo­pu­la­ry­zo­wał ter­min „para­digm shift”, do któ­re­go nawią­zu­je autor. Wróć­my jed­nak do kwe­stii inter­pre­ta­cji histo­rii o św. Paw­le. Wyda­je mi się, że trze­ba pod­cho­dzić do Pisma dość ogól­nie jako do pew­ne­go tek­stu, przy pomo­cy któ­re­go ktoś chciał/chce nam prze­ka­zać pew­ną praw­dę. A jak uczą nas bada­nia nad inny­mi tek­sta­mi z roz­ma­itych kul­tur, lite­ral­ne spra­woz­da­nie to, gdy pomi­nąć ostat­ni wiek i świat zachod­ni, dość rzad­ko spo­ty­ka­ny gatu­nek ludz­kich tek­stów, i być może wca­le nie naj­le­piej nada­ją­cy się do prze­ka­zy­wa­nia praw­dy. To nie zna­czy, że nie ma w Biblii dla nie­go miej­sca – podob­nie jak Dudycz sądzę, że w przy­pad­ku przy­naj­mniej nie­któ­rych zda­rzeń, ze Zmar­twych­wsta­niem Jezu­sa na cze­le, muszą być one praw­dzi­we na spo­sób „fak­tów nauko­wych” i mam w pamię­ci sło­wa Gra­ha­ma Greene’a, że jego doświad­cze­nie jako dzien­ni­ka­rza każe mu dostrzec w rela­cji św. Jana spra­woz­da­nie naocz­ne­go świad­ka – ale że może on być w Biblii dość rzad­ki i prze­pla­ta­ny inny­mi gatun­ka­mi. Nie mówiąc już o tym, że ten sam tekst może być rozu­mia­ny jako kil­ka gatun­ków jed­no­cze­śnie – może być np. i „spra­woz­da­niem”, i „meta­fo­rą”, bo fak­ty kształ­tu­je osta­tecz­nie Bóg w sobie zna­ny spo­sób, np. w taki, żeby spra­woz­da­nie zewnętrz­nych fak­tów było jed­no­cze­śnie meta­fo­rą innych, bar­dziej „wewnętrz­nych” prawd. Albo – jak chcie­li Ojco­wie Kościo­ła – to, co się dzie­je widzial­nie, dzie­je się po to, by odzwier­cie­dlać, sym­bo­li­zo­wać nie­wi­dzial­ne spra­wy Boże. Stwo­rze­nie to pew­na „meta­fo­ry­za­cja” nie­wi­dzial­ne­go w widzial­nym. To wszyst­ko powie­dziaw­szy, będę przyj­mo­wał dalej, że Sza­weł sły­szał „fizycz­ny” głos, tzn. do jego ucha doszły „kon­kret­ne fale dźwię­ko­we” nie­po­sia­da­ją­ce natu­ral­ne­go źró­dła. Sam skłon­ny był­bym sądzić, że rze­czy­wi­ście sły­szał on głos, ale bez obec­no­ści fal, ale inter­pre­ta­cja Dudy­cza też wyda­je się moż­li­wa.

Dru­ga moja uwa­ga doty­czy przyj­mo­wa­ne­go prze­ze mnie w tym tek­ście (a tak­że ogól­nie w życiu) poglą­du doty­czą­ce­go tego, co ist­nie­je / może ist­nieć w ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści. Kwe­stia ta jest przed­mio­tem spo­rów: nie­któ­rzy powie­dzą, że ist­nie­ją tyl­ko czą­stecz­ki ele­men­tar­ne czy coś w tym rodza­ju (a cała resz­ta jest w osta­tecz­nym roz­strzy­gnię­ciu złu­dze­niem), inni, że ist­nie­ją kamie­nie, rośli­ny, zwie­rzę­ta, ludzie, a nawet myśli, nadzie­je i miłość, ale na pew­no nie cuda czy anio­ły, jesz­cze inni, że ist­nie­ją wszyst­kie wymie­nio­ne ele­men­ty, a do tego Pan Bóg, w tym wszyst­kim, a tak­że nie­za­leż­nie od tego wszyst­kie­go. Skła­niam się ku tej ostat­niej pozy­cji. W filo­zo­fii nauki bli­skie mi jest sta­no­wi­sko Joh­na Dupré, jed­ne­go z repre­zen­tan­tów tzw. stan­fordz­kiej szko­ły filo­zo­fii nauki, któ­ry twier­dzi, że nie nale­ży przyj­mo­wać aprio­rycz­nych i nie­uza­sad­nio­nych zało­żeń w rodza­ju „ist­nie­ją tyl­ko czą­stecz­ki ele­men­tar­ne, a w osta­tecz­nym roz­strzy­gnię­ciu wszyst­ko spro­wa­dza się do fizy­ki”, bo obser­wu­jąc roz­wój nauki, któ­ra zawsze dzie­li­ła się na wie­le róż­nych dys­cy­plin, moż­na raczej dojść do wnio­sku, że rze­czy­wi­stość jest róż­no­rod­na i wie­lo­po­zio­mo­wa, wyma­ga­ją­ca róż­nych metod i peł­na praw róż­ne­go rodza­ju (praw fizy­ki, che­mii, bio­lo­gii, psy­cho­lo­gii, socjo­lo­gii itd.). Jak się wyda­je, teza, że wszyst­ko redu­ku­je się do pra­wi­dło­wo­ści na jakimś naj­niż­szym pozio­mie orga­ni­za­cji rze­czy­wi­sto­ści, poja­wi­ła się w kon­kret­nym momen­cie histo­rii – u pro­gu nowo­żyt­no­ści – i nie­wy­klu­czo­ne, że wią­że się z wpro­wa­dze­niem maszyn mecha­nicz­nych: tak jak zegar wyda­wał się na zewnątrz czymś zło­żo­nym i posia­da­ją­cym „natu­rę”, a w rze­czy­wi­sto­ści był tyl­ko sumą two­rzą­cych go śru­bek, tak wszyst­ko mia­ło być teraz sumą takich czy innych dro­bin. To dość prze­ko­nu­ją­ce sta­no­wi­sko dla osób przy­zwy­cza­jo­nych do stwo­rzo­nych przez czło­wie­ka maszyn, przy bliż­szej ana­li­zie oka­zu­je się jed­nak, że czer­pie ono swo­ją moc jedy­nie z naszych intu­icji, nie żad­nych racjo­nal­nych argu­men­tów czy empi­rycz­nych dowo­dów. Owe dowo­dy – np. to, ile róż­nych dys­cy­plin nauki rze­czy­wi­ście powsta­ło, by odpo­wie­dzieć na pyta­nia, któ­re rodził w czło­wie­ku kon­takt ze świa­tem – wska­zu­ją raczej na pew­ną nie­re­du­ko­wal­ną wie­lość pozio­mów i sen­sów. John Dupré jest ate­istą i nie roz­sze­rza swo­je­go podej­ścia na inne dzie­dzi­ny ludz­kiej kul­tu­ry niż nauka. Patrząc jed­nak na bogac­two ludz­kiej kul­tu­ry – na nauki huma­ni­stycz­ne, lite­ra­tu­rę, nur­ty reli­gij­ne i filo­zo­ficz­ne, świa­dec­twa poetów i misty­ków – moż­na powie­dzieć, że rze­czy­wi­stość, ta zwy­kła, będą­ca przed­mio­tem doświad­cze­nia ludz­ko­ści jako kolek­ty­wu, jest jesz­cze bogat­sza, że ist­nie­ją w niej (pomi­ja­jąc w tym momen­cie Pana Boga) nie tyl­ko czą­stecz­ki ele­men­tar­ne, kamie­nie, rośli­ny, zwie­rzę­ta, ludzie, myśli, nadzie­je, miłość, lecz tak­że tro­chę nie­zwy­kło­ści, takich jak cuda. Para­fra­zu­jąc sło­wa Char­le­sa Tay­lo­ra o Bogu, jeśli coś nie chce odejść – jeśli w kolej­nych wie­kach ludzie wciąż o tym mówią, piszą – to może trze­ba przy­jąć, przy­naj­mniej wstęp­nie, że to ist­nie­je. Zwłasz­cza że wyda­je się, iż ist­nie­ją racjo­nal­ne sys­te­my – np. kato­li­cyzm – któ­re potra­fią obec­ność wszyst­kich tych ele­men­tów, łącz­nie z cuda­mi, pogo­dzić w har­mo­nij­ną całość.

I wresz­cie trze­cia uwa­ga wstęp­na, od któ­rej posta­ram się już przejść płyn­nie do moje­go głów­ne­go wywo­du: Bóg nie jest czło­wie­kiem ani żad­nym innym „bytem pośród innych bytów”. Bóg jest oso­bą, ale szcze­gól­ną, bo nie­skoń­czo­ną – i to oso­ba ludz­ka jest (nie­do­sko­na­łym) obra­zem Boga, a nie Bóg obra­zem oso­by ludz­kiej. Nie zna­czy to, że odpo­wie­dzią jest rady­kal­ny apo­fa­tyzm, bo Bóg nie jest mniej niż oso­bą ludz­ką (nie jest więc np. jakąś bez­oso­bo­wą mgłą), ale wię­cej niż oso­bą ludz­ką. Owszem, w peł­ni świę­ta oso­ba ludz­ka (Jezus Chry­stus) może „wyra­zić” Boga, ale nie w taki spo­sób, że natu­ra ludz­ka i natu­ra Boska są jed­nym. Dogmat chal­ce­doń­ski mówi o jed­nej Oso­bie, ale dwóch natu­rach – „nigdy nie znik­nę­ły róż­ni­ce natur przez ich zjed­no­cze­nie” czy­ta­my w doku­men­tach z Chal­ce­do­nu. Podob­nie Bóg jest bytem, ale nie „bytem pośród innych bytów”, raczej takim bytem, któ­re­go natu­rą jest ist­nie­nie i któ­ry daje je innym bytom i się w nich w ten spo­sób (w ogra­ni­czo­nym stop­niu) wyra­ża, pozo­sta­jąc jed­nak od nich róż­nym. Nie­wąt­pli­wie tra­dy­cyj­na chrze­ści­jań­ska meta­fi­zy­ka, z tymi wszyst­ki­mi roz­róż­nie­nia­mi, jest dość zagma­twa­na i nie trze­ba jej „kupo­wać”, ale nie nale­ży jej też uprasz­czać do wizji Boga jako „oso­by” na wzór oso­by ludz­kiej albo „bytu” na tym samym pozio­mie rze­czy­wi­sto­ści co inne byty.

Jeśli to, co napi­sa­no powy­żej, przy­jąć za praw­dę, nale­ży podejrz­li­wie podejść do zda­nia Dudy­cza mówią­ce­go o oso­bach sły­szą­cych Boga „wprost”. „Fale dźwię­ko­we”, któ­re ude­rza­ły o bębe­nek w uchu Szaw­ła, nie były „gło­sem Boga” wprost, bo Bóg nie jest czło­wie­kiem, któ­ry ma głos; były co naj­wy­żej pew­nym cudem, tzn. sytu­acją, w któ­rej efekt (fala dźwię­ko­wa) powstał bez obec­no­ści przy­czy­ny, któ­ra go zwy­kle wywo­łu­je (drga­ją­ce stru­ny gło­so­we czło­wie­ka). Co tu fun­da­men­tal­nie waż­ne, cud nie jest sytu­acją, w któ­rej Bóg dzia­ła „wprost”, dla odróż­nie­nia od innych Jego dzia­łań „nie wprost”, bo Bóg dzia­ła w ten sam spo­sób w każ­dym wyda­rze­niu. Cuda są raczej sytu­acją, w któ­rej Bóg dzia­ła tak, jak we wszyst­kim, co ist­nie­je i dzie­je się – bra­ku­je nato­miast rów­no­le­głe­go dzia­ła­nia świa­ta, któ­re nor­mal­nie współ­wy­stę­pu­je na pozio­mie „przy­czyn wtór­nych” (w tym przy­pad­ku: bra­ku­je owych strun gło­so­wych). „To nie Bóg dzia­ła bar­dziej, ale to świat dzia­ła mniej” – powie o cudach zna­ny filo­zof, współ­brat o. Szu­sta­ka z zako­nu św. Domi­ni­ka, o. Brian Davies OP. Zgo­dzę się jed­nak, że zda­rze­nia cudow­ne mają pew­ną cechę szcze­gól­ną – są dla nas naj­bar­dziej efek­tow­ne. Ów zamie­rzo­ny przez Boga chwi­lo­wy „brak świa­ta” poka­zu­je nam Bożą wszech­moc, któ­ra nor­mal­nie pozo­sta­je nie­ja­ko zakry­ta, mimo iż jest rów­nie czyn­na. W ten spo­sób cuda speł­nia­ją rolę szcze­gól­ne­go zna­ku dla tych, do któ­rych są kie­ro­wa­ne, a za ich pośred­nic­twem – dla całe­go Kościo­ła.

Mówiąc to samo jesz­cze raz, lecz nie­co ina­czej: fale, któ­re sły­szał Sza­weł, niczym nie róż­ni­ły się od fal, któ­re mógł wydać czło­wiek (lub może ide­al­nej jako­ści gło­śnik elek­tro­nicz­ny). Bóg nie był więc obec­ny w nich „wprost” w jakiś nie­po­wta­rzal­ny spo­sób, nawet jeśli wyjąt­ko­we było to, że fale te powsta­ły bez udzia­łu strun gło­so­wych (ani gło­śni­ka), i nawet jeśli głos ten rze­czy­wi­ście prze­ka­zy­wał prze­sła­nie od Boga, posia­dał pew­nie rów­nież wie­le cech, któ­re mia­ły komu­ni­ko­wać praw­dy o sto­sun­ku Boga do Szaw­ła (pew­nie był pełen miło­ści itd.).

Podob­nie Bóg nie był obec­ny „wprost” w gore­ją­cym krze­wie. I w ogó­le nie mógł­by być obec­ny „wprost” w żad­nym gło­sie, zja­wi­sku, bycie, w żad­nej oso­bie – nie jest bowiem „bytem pośród innych bytów”, ale źró­dłem wszel­kie­go ist­nie­nia. „Wprost”, tzn. „twa­rzą twarz”, będzie­my Go oglą­dać w Nie­bie. Pomi­jam tu kwe­stię obec­no­ści Jezu­sa w Eucha­ry­stii – zauważ­my jed­nak, że naj­bar­dziej „wprost” po tej stro­nie wiecz­no­ści Bóg jest obec­ny wła­śnie w sakra­men­cie, na zewnątrz nie­efek­tow­nym i dostęp­nym dla każ­de­go wier­ne­go. Poza tym obec­ność Jezu­sa w Eucha­ry­stii ma wię­cej wspól­ne­go z fak­tem, że Bóg jest źró­dłem wszel­kie­go ist­nie­nia i że w jakimś sen­sie jest obec­ny we wszyst­kim, niż z cudem w sen­sie ano­ma­lii.

Powy­żej sta­ra­łem się argu­men­to­wać, że ostat­ni ele­ment na mojej liście tego, co ist­nie­je w widzial­nej rze­czy­wi­sto­ści – zja­wi­ska cudow­ne – nie zawie­ra wca­le „wię­cej Boga”, choć Bóg nie­wąt­pli­wie posłu­gu­je się nim w spe­cjal­nych celach. Zadaj­my teraz inne pyta­nie: co w takim razie z bar­dziej zwy­kły­mi ele­men­ta­mi rze­czy­wi­sto­ści, kamie­nia­mi, ludź­mi, miło­ścią? Czy w nich obec­ny jest Bóg? W odpo­wie­dzi na to pyta­nie może pomóc inne: Jaki jest „stan zero” rze­czy­wi­sto­ści, „stan domyśl­ny”, któ­ry posia­da­ła­by rze­czy­wi­stość, gdy­by nie było Boga? Dla chrze­ści­ja­ni­na jedy­nym moż­li­wym „sta­nem zero” jest nicość (a i dla nie­chrze­ści­ja­ni­na jest nim chy­ba nicość, sko­ro zachwy­ca się świa­tem – zachwyt zakła­da jakiś nad­miar w sto­sun­ku do „sta­nu domyśl­ne­go” – dla­cze­go mia­ło­by nas zachwy­cać nie­bo peł­ne gwiazd, jeśli musia­ło być ich wła­śnie tyle?). Bez Boga nie było­by nicze­go, a wszyst­ko, co ist­nie­je, ist­nie­je dzię­ki Nie­mu, w Nim par­ty­cy­pu­je i komu­ni­ku­je Jego ist­nie­nie (znów nie upie­ram się, że trze­ba takie­go dziw­ne­go Boga „kupo­wać”, ale taki mniej wię­cej jest – na ile ja to rozu­miem – Bóg Kościo­ła). Sko­ro tak, to Bóg jest obec­ny we wszyst­kim, co ist­nie­je, i to wca­le nie mniej niż w cudach. A im bar­dziej doty­ka­my tego, co ludz­kie, tym bar­dziej Bóg się przez to obja­wia. Jak pamię­ta­my, czło­wiek powstał na obraz Boga i wła­śnie w czło­wie­ka Bóg się wcie­lił. Bóg jest o wie­le bar­dziej obec­ny w żywym i wol­nym czło­wie­ku niż w cudow­nie stwo­rzo­nym ludz­kim gło­sie!

Spró­buj­my więc odpo­wie­dzieć na „zagwozd­kę” Dudy­cza, dla­cze­go nie ma więk­szej ilo­ści cudów, któ­re w bar­dziej efek­tow­ny spo­sób mani­fe­stu­ją Boga, i więk­szość z nas ska­za­na jest na to, co zwy­kłe (a tak­że na Kościół, dzia­ła­ją­cy za pośred­nic­twem tego, co wizu­al­nie „zwy­kłe” – np. wody, chle­ba – ale w spo­sób nad­przy­ro­dzo­ny). Moja teza jest nastę­pu­ją­ca: po pierw­sze, to, co nie­zwy­kłe, widocz­ne jest tyl­ko na tle tego, co zwy­kłe, więc muszą być obec­ne oby­dwa aspek­ty rze­czy­wi­sto­ści, co wię­cej, ten dru­gi musi prze­wa­żać. W naszym świe­cie pozo­sta­ją one, według mnie, w roz­sąd­nych pro­por­cjach, nie zaśle­pia­jąc nas nie­zwy­kło­ścią (jak gdy­by to o nią cho­dzi­ło – a ona jest prze­cież tyl­ko zna­kiem, nie celem), ale i nie ska­zu­jąc nas na samą, obo­jęt­ną na nasz los „zwy­kłość”. Nie wiem, czy dobrze czu­li­by­śmy się w cha­otycz­nym świe­cie peł­nym cudów na każ­dym kro­ku. Po dru­gie – i to jest mój głów­ny argu­ment – każ­de inne pro­por­cje pozo­sta­wia­ły­by moż­li­wość nie­wia­ry w Boga.

Spójrz­my na lite­ra­tu­rę fan­ta­sy – jest w niej mnó­stwo nie­sa­mo­wi­to­ści, ale pra­wie nigdy nie ma w niej Boga. Gore­ją­ce krze­wy, gło­sy, któ­re nie mają żad­ne­go fizycz­ne­go źró­dła – to wszyst­ko moż­na wytłu­ma­czyć w fan­ta­stycz­nych świa­tach albo dzia­ła­niem jakie­goś „bytu pośród bytów” (jakie­goś, daj­my na to, cza­ro­dzie­ja, albo jakichś sił noszą­cych wpraw­dzie zna­mio­na bosko­ści, ale nie­bę­dą­cych źró­dłem ist­nie­nia itd.) albo powie­dzieć, że taki jest wła­śnie „stan domyśl­ny” świa­ta i nicze­go nie trze­ba tłu­ma­czyć, co naj­wy­żej wszyst­ko opi­sać (czy nie tak mówi­li zwo­len­ni­cy mark­si­zmu-leni­ni­zmu o naszym świe­cie?). Sądzę więc, że gdy­by tego typu rze­czy były w naszym świe­cie na porząd­ku dzien­nym, mie­li­by­śmy może inny jego obraz, może bar­dziej nie­sa­mo­wi­ty, ale nie­ko­niecz­nie był­by to obraz bar­dziej reli­gij­ny w kato­lic­kim sen­sie tego sło­wa. Czy nie o tym wła­śnie – o tym, że nie­zwy­kło­ści wca­le nie muszą czy­nić nas bar­dziej reli­gij­ny­mi – opo­wia­da przy­po­wieść o Łaza­rzu z Ewan­ge­lii św. Łuka­sza (16,19-31), koń­czą­ca się zda­niem: „Jeśli Moj­że­sza i Pro­ro­ków nie słu­cha­ją, to choć­by kto z umar­łych powstał, nie uwie­rzą”. Zwróć­my też uwa­gę na ostroż­ność Kościo­ła w kwe­stii cudów – być może nie kry­je się za nią, jak chcą scep­ty­cy, strach przed ewen­tu­al­ną kom­pro­mi­ta­cją, lecz raczej coś bar­dziej fun­da­men­tal­ne­go: świa­do­mość, że wszyst­ko jest cudem.

Nie wspo­mi­nam tu o tym, że moż­na w każ­de swo­je doświad­cze­nie naj­zwy­czaj­niej w świe­cie wąt­pić: Sza­weł lub Moj­żesz mogli po pro­stu zało­żyć, że mają halu­cy­na­cje.

Żeby w „gore­ją­cym krze­wie” dopa­trzeć się Boga i wypro­wa­dzić Lud Boży z Egip­tu, żeby w „gło­sie spod Damasz­ku” usły­szeć Jezu­sa i potem zostać apo­sto­łem wia­ry, nadziei i miło­ści – trze­ba mieć coś wię­cej niż sam znak, trze­ba umieć go odczy­tać i wkom­po­no­wać w swo­ją wizję świa­ta tak, by był dla niej logicz­nym dopeł­nie­niem, a nie efek­tow­ną ano­ma­lią. Ta sama zdol­ność – mówię „zdol­ność”, ale jest to chy­ba raczej Boży dar prze­ka­zy­wa­ny przez Kościół na spo­sób przy­ro­dzo­ny i nad­przy­ro­dzo­ny – pozwa­la nam sły­szeć Boga w gło­sie dru­gie­go czło­wie­ka, widzieć Go w Naj­święt­szym Sakra­men­cie, doszu­ki­wać się Jego śla­dów w powie­wie wia­tru i bla­sku słoń­ca, wresz­cie pozwa­la zna­leźć nam Pana w warsz­ta­cie pra­cy, przy kom­pu­te­rze, w brud­nych pie­lu­chach dziec­ka. Twier­dzę więc, że nie ma dia­me­tral­nej róż­ni­cy mię­dzy doświad­cze­niem św. Paw­ła czy Moj­że­sza a moim doświad­cze­niem, i wca­le nie jest tak waż­ne, czy słyszeli/widzieli oni Boga, bo i tak nie sły­sze­li / nie widzie­li Go bar­dziej „wprost” niż ja, co naj­wy­żej byli świad­ka­mi efek­tow­ne­go cudu. Jak wie­lo­krot­nie pod­kre­śla­łem powy­żej, cudem – może na pierw­szy rzut oka mniej efek­tow­nym (ale czym jest chrze­ści­jań­stwo, jeśli nie odkry­wa­niem, że wca­le nie mniej!) – jest przede wszyst­kim wszyst­ko, co ist­nie­je.

A pro­ble­mu ist­nie­nia w świe­cie napięć rodzą­cych „pyta­nie, czy to wszyst­ko jest w ogó­le sen­sow­ne i spój­ne, czy w ogó­le jest Bóg” i tak, jak argu­men­to­wa­łem powy­żej, poka­zu­jąc przy­kład lite­ra­tu­ry fan­ta­sy, chy­ba nie da się usu­nąć, zwięk­sza­jąc ilość cudów.

I wresz­cie ostat­nia uwa­ga: skąd się wzię­ło prze­ko­na­nie – zwłasz­cza, jeśli wyda­je się ono zupeł­nie obce np. Ojcom Kościo­ła, a tak­że głów­ne­mu nur­to­wi teo­lo­gii kato­lic­kiej – że Bóg obec­ny jest tyl­ko w tym, co nie­zwy­kłe? Jak argu­men­to­wał nie­gdyś np. Hen­ri de Lubac, a dziś czy­ni to John Mil­bank, źró­dła takie­go sta­no­wi­ska tkwią chy­ba w pew­nych nur­tach teo­lo­gii chrze­ści­jań­skiej (np. myśli bł. Dun­sa Szko­ta i Fran­cisz­ka Suáre­za, potem w teo­lo­gii pro­te­stanc­kiej, aż po Kar­la Bar­tha), któ­re dla pod­kre­śle­nia zna­cze­nia łaski celo­wo depre­cjo­no­wa­ły natu­rę jako swe­go rodza­ju „stan domyśl­ny”, „zwy­kły”. Choć dziś takie podej­ście wyda­je się wie­lu oso­bom natu­ral­ne, na pew­no nie było ono źró­dło­we. Zauważ­my, że kul­tu­ry pier­wot­ne, modlą­ce się do drzew nawet wów­czas, gdy te do nich nie mówi­ły, nie zna­ły go zupeł­nie. Bóg – jak uczy nas histo­ria (meta­fo­ra) o Elia­szu – przy­cho­dzi czę­sto w tym, co naj­mniej impo­nu­ją­ce (1 Krl 19,12).

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Jan Popieluch, „Odpowiedzialność autorytetu”
Sebastian Adamkiewicz „Żywe Słowo na palmie”
Marcin Nowak, „Ojciec Szustak to Pies Pański, a nie filatelista”
Jarema Piekutowski, „W poszukiwaniu punktów zaczepienia”
Piotr Sikora, „Chrześcijaństwo – przemieniające doświadczenie Boga”