widzimy
| 27 października 2012 ]

Boże, narodzenie

Próbowałam się niegdyś przez trzy lata nawrócić w jednej ze wspólnot, której istnienie w Kościele po wielu wcześniejszych kontrowersjach, związanych m.in. z owianymi tajemnicą wprowadzeniami w wiarę (skrutyniami) zafirmował JP II. Ponieważ obok pracy duchowej potrzebuję również formacji zdrowego rozsądku, nie wróciłam tam po odejściu w chwili zwątpienia, W swojej decyzji utwierdziłam się, gdy usłyszałam, że jedną z wzorcowych białogłów jest kobieta, która urodziła dziewiętnaścioro dzieci. Każdy charyzmat ma podobno swoje owoce. Równolegle z moimi osobistymi poszukiwaniami jakiegoś innego sadu rozwijała się ciąża mojej osobistej siostry. Zdarzyło mi się nawet odwiedzić w szpitalu dopiero co powiększoną rodzinę w godzinę po przyjściu na świat potomka.

Od prawie trzech miesięcy mam możliwość przebywania w towarzystwie nowo narodzonego i jego nowo namaszczonych rodziców. Obserwuję niezwykły, bo zupełnie dla mnie tajemniczy, proces stawania się tatą i mamą, i to na całe życie. Uczestnicy procesu zgodzili się na nagranie opowieści o wydarzeniach od godziny 2.20 do 11.10 w pamiętny czwartek 26 lipca. Byłam ciekawa, jak to jest towarzyszyć sobie w tak ekstremalnej sytuacji, o której krążą różnorodne, zwykle mniej lub bardziej mrożące krew w żyłach opowieści. Tym bardziej że para jest zarazem typowa i nie – kobieta o silnym, dominującym i upartym charakterze, mężczyzna w porównaniu z żoną o wiele bardziej szklany, wrażliwy.

Opowieść o procesach, jakie zachodziły tej nocy, a właściwie od świtu prawie do południa, ukazała mi się jako walka natury o powrót do pierwotnej, niemal niebiańskiej jedności. Od stanu jak najbardziej przytomnych działań (rodząca mama o godzinie 2.30 pisała oświadczenie, że z przyczyn nie do końca od niej zależnych nie będzie mogła się stawić w urzędzie na zaplanowaną na godzinę 8 wizytę, co jest w stanie udowodnić w późniejszym terminie) po granice bólu, którego nawet w 10 procentach nie da się nikomu oddać, mimo że mąż zrobiłby wszystko, by było to możliwe. A jego osobiste cierpienie nie jest wymierzalne żadną skalą. Wielu słabości i obnażenia można doświadczyć w kontakcie z drugim człowiekiem w różnych sytuacjach – choroby, wyjazdu, wspólnego mieszkania czy wykonywania jakichś odpowiedzialnych zadań. Można się zatem zgorszyć lub zbliżyć, zniechęcić lub roczulić. Młodzi rodzice wcześniej wiele razem przeszli – skrajne widoki, zapachy, doświadczenie bólu, bezsilności czy wyczerpania nie były im obce. Poród jako proces, który niedługo się skończy (choć w chwili, gdy rzecz się jeszcze rozgrywa, trudno w to uwierzyć), nie był więc dla nich sytuacją poznawania osoby, którą się wybrało, od strony zupełnie dotychczas nieznanej i nieprzewidywalnej. Z opowieści, co ciekawe, wyłania się natomiast doświadczenie głębokiego spotkania przede wszystkim z samym sobą (choć w obecności drugiego), wyboru pewnej formy siebie i weryfikacji dotychczasowego myślenia o sobie. Jakby rodził się nie tylko mały człowiek.

Rodzi się również ojciec, który odnajduje i wyznacza granice. Towarzysząc cierpieniu żony, nie może w żaden sposób jej ulżyć, ale czuje, że może zostać wchłonięty przez jej ból. Nie zgadza się na to i dzięki tej decyzji, dzięki wydzieleniu przestrzeni w sobie tylko dla siebie, może być tak blisko kobiety, jak to tylko możliwe. I taką drogę wybiera, przez co może później trzymać żonę za rękę, mówić do niej spokojnym głosem. Ona dzięki takiej formie jego obecności odnajduje w końcu, po kilku godzinach prób i starań, właściwą dla siebie pozycję, by wytrzymać ból skurczów, by przejść do następnej fazy. Ta pozycja jest możliwa tylko dzięki jego obecności, to on teraz jest ezer kenegdo, „stosowną pomocą” i „dzielną niewiastą”, jaką miała być dla Adama Ewa. Znów na chwilę, o której myślą, że chyba nigdy się nie skończy, stają się jednym ciałem – nie wiadomo, kto tu teraz jest żebrem. A może właśnie oboje tworzą jego kształt?

Rodzi się matka, dla której jest to też moment rezygnacji ze skrajnej niezależności, choć zwykle zabiegała o nią na śmierć i życie. Gdy jest już po wszystkim, na słowa gratulacji i zachwytu nad swoją dzielnością odpowiada: „To nieprawda, wszystko sobie teraz zweryfikowałam…”. Później, słuchając nagranej opowieści, odnajduję wypowiedź: „Nie wiem, jak w takiej sytuacji [porodu] radzą sobie samotne matki, ja bym tak nie mogła, nie dałabym rady”.

Słucham opowieści rodziców, którzy różnią się od tych z okresu prenatalnego, i myślę, że mają swoje małe (w skali świata) i wielkie (we własnej) zwycięstwo. Swój osobisty sukces w (para)olimpiadzie, jaką – może tylko dla mnie na dziś – jest poród. A do której przystąpili niepełnosprawni, jeszcze niegotowi, by nazwać siebie „tatą” i „mamą”. Odtwarzam sobie tę opowieść i czuję się jakoś dziwnie zachęcona do opuszczenia widowni. Jakbym, tylko słuchając, przeżyła osobiste skrutynium.