kuriozum
| 7 stycznia 2013 ]

Brukowe niespodzianki

Piew­ców swo­ich uro­ków i sar­ka­czy na brzy­do­tę War­sza­wa ma wie­lu. Na oso­bach takich jak ja – napły­wow­cach z naj­róż­niej­szych pro­win­cji − sto­li­ca robi wra­że­nie rów­nież taką egzo­tycz­ną cechą jak wszech­do­stęp­ność cele­bry­tów, czę­ściej lub rza­dziej obec­nych na Pudel­ku, Kozacz­ku i innych. A tak­że moż­li­wo­ścią spo­ty­ka­nia ww. (i nie tyl­ko!) sław w trak­cie codzien­nych buszo­wań po dziel­ni­cach. Jed­nych taki kon­takt roz­czu­li na całe życie, innych zgor­szy lub roz­cza­ru­je. Bywa­ją też spo­tka­nia zaska­ku­ją­ce.

Jeden z jesien­nych dni pozwo­lił mi spo­tkać dwie róż­ne od sie­bie publicz­ne posta­ci, o któ­rych wiem skąd­inąd, że są bli­ski­mi przy­ja­ciół­ka­mi. Wycho­dząc z pod­zie­mi przy sta­cji metra Ratusz Arse­nał, roz­po­zna­łam tyl­ko jed­ną – Doro­tę Masłow­ską. Idą­cy ze mną czło­wiek, zawo­do­wo zaj­mu­ją­cy się pro­mo­cją we wschod­niej Pol­sce osób mniej i bar­dziej zna­nych w ska­li całe­go kra­ju (korzyść dla piszą­cych: pro­mo­cja na Wscho­dzie, korzyść dla Wscho­du: kon­takt z kul­tu­rą inną niż lokal­na) ziden­ty­fi­ko­wał nato­miast jej przy­ja­ciół­kę, autor­kę „Lon­dyn – Paris – Dachau” Agniesz­kę Drot­kie­wicz. Wro­dzo­na nie­śmia­łość i wyucza­na przez 10 lat życia w War­sza­wie ogła­da nie pozwo­li­ły na to, by wysko­czyć z proś­bą o auto­graf lub coś w tym sty­lu. Mój towa­rzysz podró­ży pod­szedł nato­miast do pero­ru­ją­cych nie­wiast i przy­po­mniał się jako autor lubel­skich spo­tkań lite­rac­kich Czar­ne Inspi­ra­cje. Rachi­tycz­nej acz wyso­kiej pani Agniesz­ce skon­ster­no­wa­ny wyraz twa­rzy w mgnie­niu oka zamie­nił się w poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie ku przy­ja­ciół­ce.

– To jest… pan Mariusz – odpar­ła. I doda­ła, czym pan Mariusz się zaj­mu­je.
Masłow­ska ocho­czo wycią­gnę­ła dłoń i z uśmie­chem wypa­li­ła:

– Cześć, Mariusz.

Dzier­żą­cy jej dłoń poszedł za cio­sem i dodał:

– Pry­wat­nie zna­jo­my Kazia Mali­now­skie­go. A to jest Ola.

– Cześć, Ola.

I już ści­ska­łam dłoń autor­ki książ­ki, któ­rej tytuł zgwał­co­no i prze­ro­bio­no na róż­ne inne for­my odpo­wia­da­ją­ce publi­cy­stycz­ne­mu zapo­trze­bo­wa­niu.

– Co macie faj­ne­go? – spy­ta­ła lau­re­at­ka Nike, wska­zu­jąc na spo­rej wiel­ko­ści paku­nek wci­śnię­ty na siłę w sze­ro­ką rekla­mów­kę, któ­rą za jed­no ucho tar­ga­łam ja, a za dru­gie pan M.

– Eeeee, a to kibel prze­no­śny! – odpo­wie­dzia­łam zgod­nie z praw­dą.

– Oooo, faj­nie! – odpar­ła z malow­ni­czym zachwy­tem na twa­rzy.

– Jedzie­my do Woło­mi­na, pomóc star­szej pani – sto­sow­nie do sytu­acji uzu­peł­nił pan M., by zachwyt stał się uza­sad­nio­ny.

Do licz­nych walo­rów sto­li­cy, obok dostęp­no­ści zarów­no kul­tu­ry wyż­szej, jak i niż­szej, war­to dopi­sać moż­li­wość kosz­to­wa­nia i upra­wia­nia wie­lo­ści sztuk, tak­że na bru­ku.