myslimy
| 6 września 2013 ]

Być silnym, żeby być łagodnym

Rozmowa z s. Małgorzatą Chmielewską

Ewa Kie­dio: Powie­dzia­ła Sio­stra kie­dyś: „Nasz Bóg jest sła­by, bo utoż­sa­mia się z cier­pią­cy­mi, ułom­ny­mi, prze­śla­do­wa­ny­mi”. Jak to rozu­mieć? Wie­rzy­my prze­cież w Boga, któ­ry jest wszech­mo­gą­cy. Czy zamiast utoż­sa­miać się ze sła­by­mi, nie powi­nien po pro­stu im pomóc?

s. Mał­go­rza­ta Chmie­lew­ska: Jak zwy­kle musi­my wró­cić do kate­chi­zmu. Bóg stwo­rzył czło­wie­ka na swój obraz i podo­bień­stwo, a ponie­waż Bóg jest miło­ścią, czło­wiek został stwo­rzo­ny do miło­ści. Miłość nato­miast zakła­da jed­ną pod­sta­wo­wą rzecz − wol­ną wolę, a więc tak­że moż­li­wość wybra­nia zła. Dla­te­go sta­wia­ne czę­sto pyta­nie, gdzie był Bóg, gdy trwał Holo­kaust, nie ma sen­su. W świe­tle wia­ry chrze­ści­jań­skiej to wol­na wola czło­wie­ka dopro­wa­dzi­ła do tej tra­ge­dii. Tak samo jest w przy­pad­ku dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, któ­re roz­gry­wa­ją się dziś − prze­mo­cy, mor­dów. Owszem, Bóg mógł­by stwo­rzyć auto­ma­ty dosko­na­le Mu posłusz­ne, ale nie była­by to wte­dy miłość.

S. Mał­go­rza­ta Chmie­lew­ska; fot. Mar­cin Kie­dio

Kie­dio: Sko­ro Bóg nas kocha, nie może chy­ba na te cier­pie­nia patrzeć spo­koj­nie.

Chmie­lew­ska: Oczy­wi­ście, gdy dziec­ko scho­dzi na złą dro­gę, to kocha­ją­ce­go go rodzi­ca to boli. Tak samo jest z Bogiem, bo prze­cież miłość mię­dzy ludź­mi (praw­dzi­wa, dobra miłość) jest odbi­ciem miło­ści Boga do czło­wie­ka. Bóg nie chce, żeby ten świat pozo­stał taki, jaki jest. Co to by była za miłość, któ­ra by tyl­ko uża­la­ła się, a nie zro­bi­ła nic, żeby zmie­nić sytu­ację. I Chry­stus tę sytu­ację zmie­nił. Już bar­dziej nie moż­na. Ale zmie­nił ją nie w ten spo­sób, że wytę­pił wszyst­kich złych albo że ode­brał nam wol­ną wolę. Jezus sku­pił na sobie wszyst­kie cier­pie­nia i świń­stwa czło­wie­ka z prze­szło­ści oraz przy­szło­ści i przez swo­je zmar­twych­wsta­nie prze­mie­nił je w miłość. Tę moc miło­ści i prze­ba­cze­nia pły­ną­cą ze zmar­twych­wsta­nia każ­dy chrze­ści­ja­nin ma w sobie od cza­su chrztu świę­te­go. Dosta­je­my w ten spo­sób narzę­dzie do prze­mia­ny świa­ta − mamy nad nią współ­pra­co­wać z Bogiem.

Kie­dio: Czy­li moż­na powie­dzieć, że Bóg z miło­ści ogra­ni­cza swo­ją wszech­moc, nie wyko­rzy­stu­je swo­ich moż­li­wo­ści?

Chmie­lew­ska: To nie dzia­ła na takiej zasa­dzie. Jeże­li rodzi­ce widzą, że ich doro­słe dziec­ko robi coś złe­go, a mimo to nie chcą ode­brać mu wol­no­ści, tyl­ko tłu­ma­czą i prze­ko­nu­ją, to nie zna­czy, że się samo­ogra­ni­cza­ją. To jest logi­ka miło­ści, któ­ra pozwa­la czło­wie­ko­wi wzra­stać samo­dziel­nie. Bóg tak­że nie mógł­by dzia­łać w inny spo­sób, bo wte­dy nie był­by miło­ścią. Nazy­wa­my to sła­bo­ścią Boga, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest to Jego siła. Cały dow­cip pole­ga na tym, że trze­ba być nie­zwy­kle sil­nym, żeby być łagod­nym. Trze­ba być nie­zwy­kle moc­nym, żeby prze­ba­czyć do koń­ca. Trze­ba być nie­zwy­kle wiel­kim, żeby nie odpo­wie­dzieć złem na zło. To wszyst­ko widzi­my u Chry­stu­sa umie­ra­ją­ce­go na krzy­żu. Ale zna­my prze­cież tak­że histo­rie róż­nych ludzi, któ­rzy zna­leź­li w sobie taką siłę. Św. Mak­sy­mi­lian Kol­be został zabi­ty w okrut­ny spo­sób. Wyda­wa­ło­by się, że było to zwy­cię­stwo prze­mo­cy, grze­chu, zła. O jego opraw­cach nikt jed­nak nie pamię­ta, a św. Mak­sy­mi­lian wciąż inspi­ru­je ludzi swo­ją posta­wą. Dobro wyni­ka­ją­ce z jego ofia­ry dzia­ła na zasa­dzie kuli śnie­go­wej − sze­rzy się na całym świe­cie. Powsta­ły licz­ne orga­ni­za­cje dzia­ła­ją­ce w duchu św. Mak­sy­mi­lia­na. Nie jest więc tak, że logi­ka Ewan­ge­lii nie spraw­dza się w życiu.

Kie­dio: Takie myśle­nie o sła­bo­ści i sile nie jest jed­nak szcze­gól­nie popu­lar­ne − oba­wiam się, że tak­że wśród chrze­ści­jan.

Chmie­lew­ska: Cała logi­ka świa­ta jest zupeł­nie prze­ciw­na logi­ce Kró­le­stwa Boże­go − Chry­stus mówił o tym wyraź­nie. W Kró­le­stwie nie­bie­skim VIP-ami nie są ci, któ­rzy jeż­dżą mer­ce­de­sa­mi, a przed nimi pędzi poli­cja na sygna­le. VIP-em jest tam ten, kto miło­ścią prze­zwy­cię­ża zło − to wła­śnie poka­zał nam Chry­stus. Nie­zwy­kle trud­no to jed­nak zro­zu­mieć. Już dwa tysią­ce lat chrze­ści­ja­nie pró­bu­ją to pojąć i cią­gle jeste­śmy dale­ko od peł­ne­go zro­zu­mie­nia.

Kie­dio: Jezus powie­dział: „Wszyst­ko, co uczy­ni­li­ście jed­ne­mu z tych bra­ci moich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­ni­li”. Cze­mu Bóg posta­wił na ludzi sła­bych? Gdy zaczy­nam roz­ma­wiać z kimś potrze­bu­ją­cym, cier­pią­cym, mam poczu­cie zetknię­cia z czymś wręcz mistycz­nym. Zda­rzy­ło mi się w ostat­nim cza­sie roz­ma­wiać z kil­ko­ma oso­ba­mi bez­dom­ny­mi. Zabrzmi to pew­nie pate­tycz­nie, ale to spo­tka­nie, sta­nię­cie przed sobą twa­rzą w twarz mia­ło w sobie coś z dotknię­cia Boga.

Chmie­lew­ska: Bóg nie wyróż­nia ludzi bez­dom­nych, w każ­dym razie nie taka jest opty­ka Wspól­no­ty „Chleb Życia”. Wróć­my raz jesz­cze do kate­chi­zmu. Wszy­scy ludzie ochrzcze­ni są ze sobą zjed­no­cze­ni − św. Paweł mówił, że jeste­śmy mistycz­nym cia­łem Chry­stu­sa. Kie­dy kogoś boli palec, to boli go całe cia­ło. Gdy boli ząb, zale­d­wie malut­ki kawa­łe­czek kości, to cały czło­wiek jest do nicze­go. Podob­nie jest z cia­łem Chry­stu­sa − jeże­li jeden z człon­ków cia­ła Chry­stu­sa cier­pi, to cier­pi całe cia­ło. A więc nie może mi być obo­jęt­ne, czy dru­gi czło­wiek mar­nu­je swo­je życie, nisz­czy sie­bie lub jest przez innych nisz­czo­ny. Czło­wiek brud­ny, uza­leż­nio­ny, głod­ny, śmier­dzą­cy, poni­żo­ny, znie­wo­lo­ny nosi w sobie cier­pią­ce­go Chry­stu­sa. Nie może być dla mnie nie­istot­ne to, że obli­cze Boga zosta­ło w tym czło­wie­ku znie­kształ­co­ne. To wła­śnie od nas Bóg ocze­ku­je, że przy­wró­ci­my w tych ludziach Jego obraz. Oczy­wi­ście, musi­my zro­bić to mocą Bożą, a nie swo­ją, bo jak pró­bu­je­my to robić na wła­sną rękę, na ogół źle się koń­czy.

Kie­dio: Bo… sami jeste­śmy sła­bi?

Chmie­lew­ska: Tak, musi­my przede wszyst­kim dbać o obraz Boga w nas samych, bo prze­cież wca­le nie jest tak, że my jeste­śmy sil­ni. Poza tym musi­my pamię­tać, że jeśli mie­li­śmy to szczę­ście, że nie żyje­my na uli­cy, nie ginie­my w Soma­lii z gło­du, nie mor­du­ją nas jak naszych bra­ci kop­tów w Egip­cie, nie jeste­śmy nie­peł­no­spraw­ni umy­sło­wo, mamy dwie ręce i dwie nogi, to nie jest to żad­na nasza zasłu­ga, tyl­ko zada­nie, któ­re dosta­li­śmy. Nic wię­cej. Zda­my z nie­go spra­wę na koń­cu. To nie jest rzecz, któ­rą mamy kon­su­mo­wać bez­piecz­nie, tyl­ko zobo­wią­za­nie, depo­zyt. Będzie­my z nie­go roz­li­cze­ni, jak też z tego, czy zosta­wi­li­śmy miej­sce dla słab­szych, czy pazer­nie nie zagar­nę­li­śmy wszyst­kie­go, nie pozwa­la­jąc im god­nie żyć.
Bóg jest bar­dzo sil­ny, ale to jest siła miło­ści. Pro­blem w tym, że my byśmy chcie­li, aby tą siłą zmiótł wszyst­kich naszych wro­gów, dał nam powszech­ny dobro­byt i ide­al­ną wła­dzę według nasze­go pomy­słu. Chcie­li­by­śmy urzą­dzić świat po swo­je­mu, czy­li wyeli­mi­no­wać sła­bość. Szcze­gól­nie widocz­ne jest to w kon­sump­cyj­nym spo­łe­czeń­stwie, któ­re prze­li­cza rów­nież war­tość ludz­kie­go życia na pie­nią­dze. Na czym pole­ga kwe­stia zabi­ja­nia osób nie­peł­no­spraw­nych w łonie matek? Jak nie wia­do­mo, o co cho­dzi, to cho­dzi o pie­nią­dze. Pro­szę poczy­tać w inter­ne­cie komen­ta­rze pod infor­ma­cja­mi o oso­bach nie­peł­no­spraw­nych. Piszą je jacyś dur­nie, ale w rze­czy­wi­sto­ści są one odbi­ciem myśle­nia wie­lu ludzi.

Kie­dio: Czy­ta­łam. Na przy­kład taki wpis: „Głu­pi rodzi­ce, to i głu­pie dzie­ci”.

Chmie­lew­ska: Wła­śnie. Zaraz poja­wia się argu­ment, że za nasze pie­nią­dze są utrzy­my­wa­ni, bo to z naszych podat­ków idą ich ren­ty. Co wię­cej, nie­daw­no jeden ze zna­jo­mych księ­ży udzie­lał komu­nii nie­peł­no­spraw­ne­mu chłop­cu, bo pro­boszcz tego odmó­wił. Pyta­nie, dla­cze­go Kościół, któ­ry mimo wszyst­ko ma ogrom­ny wpływ na myśle­nie ludzi, nie mówi o pro­ble­mach ludzi cho­rych, wyklu­czo­nych, naj­uboż­szych.

Kie­dio: Ależ mówi, jest całe morze pięk­nych słów…

Chmie­lew­ska: Oczy­wi­ście, mam na myśli prak­tycz­ny wymiar. Jeśli mówi­my – i słusz­nie – o tym, że nale­ży chro­nić każ­de życie, to pytam: gdzie są rodzi­ce, któ­rzy adop­tu­ją nie­peł­no­spraw­ne dzie­ci? Dzie­ci z zespo­łem Downa cze­ka­ją na adop­cję od lat i jeże­li kto­kol­wiek je adop­tu­je, to rodzi­ny z zagra­ni­cy, wca­le nie kato­lic­kie. Bo adop­cja zagra­nicz­na może doty­czyć tyl­ko dziec­ka nie­peł­no­spraw­ne­go. Mamy do czy­nie­nia z kom­plet­ną nie­kon­se­kwen­cją i pozo­sta­wa­niem na pozio­mie pięk­nych haseł, jeśli za sło­wa­mi ludzi Kościo­ła nie idą kon­kre­ty w każ­dej para­fii, w życiu każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na. Sprze­ci­wia­my się euta­na­zji − dla­cze­go więc z rodzi­ną nie pój­dzie­my do naj­bliż­sze­go domu pomo­cy spo­łecz­nej, nie zaprzy­jaź­ni­my się ze sta­rusz­ką, któ­ra zosta­nie bab­cią dla naszych dzie­ci? Jeśli my sami, chrze­ści­ja­nie, nie robi­my miej­sca dla słab­szych, to nie mamy pra­wa ocze­ki­wać tego od innych.
Natu­ral­nie, obraz nie jest wyłącz­nie nega­tyw­ny. Po 1989 r., powsta­ło wie­le ruchów i sto­wa­rzy­szeń dla ludzi nie­peł­no­spraw­nych, tak­że nie­peł­no­spraw­nych umy­sło­wo. Przede wszyst­kim mobi­li­zu­ją się rodzi­ce. Pięk­ne świa­dec­two daje Arka Jeana Vanie­ra, gdzie ludzie, nie tyl­ko chrze­ści­ja­nie, tak­że nie­wie­rzą­cy czy muzuł­ma­nie, żyją razem z nie­peł­no­spraw­ny­mi. Arka ma swo­je domy tak­że w Pol­sce. Znam księ­ży, któ­rzy są na te pro­ble­my wyczu­le­ni, i para­fie, w któ­rych podej­mu­je się dzia­ła­nia na rzecz potrze­bu­ją­cych.

Kie­dio: Ale z regu­ły są to chy­ba dzia­ła­nia oddol­ne, któ­re powsta­ją z ini­cja­ty­wy jakie­goś zapa­leń­ca.

Chmie­lew­ska: Jeśli cho­dzi o ofi­cjal­ne naucza­nie, nada­wa­nie kie­run­ku wier­nym, to rze­czy­wi­ście ten temat się nie poja­wia albo jest go zbyt mało. Daj Boże, żeby było ina­czej, ale od lat nie sły­sza­łam homi­lii o tym, że nale­ży się posu­nąć i zro­bić miej­sce dla naj­słab­szych, że nie­ko­niecz­nie trze­ba mieć kolej­ne nowe buty, że może by te buty kupić dzie­ciom. Jest ogrom­nie dużo poli­ty­ki, pusto­sło­wia, wale­nia się po gło­wie, tupa­nia noga­mi, ale bra­ku­je prak­tycz­nych wska­zó­wek, jak reali­zo­wać w życiu wska­za­nia Boga − pierw­sze: czyń­cie sobie zie­mię pod­da­ną i dru­gie: cokol­wiek uczy­ni­li­ście tym naj­mniej­szym, Mnie­ście uczy­ni­li.
Sytu­acja wyglą­da więc tak: z jed­nej stro­ny ludzie Kościo­ła robią bar­dzo wie­le, two­rzą hospi­cja, domy pomo­cy dla nie­peł­no­spraw­nych, schro­ni­ska dla osób bez­dom­nych. Więk­szość dzia­łań tego rodza­ju sta­no­wią wła­śnie te inspi­ro­wa­ne Ewan­ge­lią. Z dru­giej stro­ny, nie poda­je się tego typu przed­się­wzięć jako przy­kła­du dla wier­nych, cza­sa­mi wręcz się je depre­cjo­nu­je, jak w przy­pad­ku Jan­ki Ochoj­skiej.

Kie­dio: Współ­cze­sna kul­tu­ra nie sprzy­ja budo­wa­niu wraż­li­wo­ści na sła­bość. Jak w takim razie się na nią wyczu­lać?

Chmie­lew­ska: Są dwa źró­dła takiej wraż­li­wo­ści. Po pierw­sze ludz­ka soli­dar­ność − trze­ba sobie uświa­do­mić, że któ­re­goś dnia to ja mogę zna­leźć się w sytu­acji oso­by potrze­bu­ją­cej, sła­bej. Czło­wiek wie­rzą­cy zaś powi­nien kie­ro­wać się jesz­cze głęb­szy­mi pobud­ka­mi, o któ­rych mówi­łam wcze­śniej.

Kie­dio: Ale jak to się robi w prak­ty­ce?

Chmie­lew­ska: W Tar­no­brze­gu w Liceum im. Miko­ła­ja Koper­ni­ka kate­chet­ka mobi­li­zu­je dwa razy do roku trzy­stu uczniów do sta­nia w super­mar­ke­cie i zbie­ra­nia żyw­no­ści dla mojej wspól­no­ty. To jest mło­dzież, któ­ra − tak jak wszę­dzie − w więk­szo­ści kate­chi­za­cję ole­wa. Oni mają dosyć tru­cia o miło­ści bliź­nie­go, ale kie­dy zapro­po­nu­je się coś kon­kret­ne­go, lecą jak na skrzy­dłach. Pamię­ta pani Skrzyp­ka na dachu i roz­mo­wę mię­dzy Tew­jem a jego żoną?

Kie­dio: Tę wspa­nia­łą sce­nę, gdy Tew­je pyta Goł­dę: „Czy mnie kochasz?”?

Chmie­lew­ska: Tak, a ona mu odpo­wia­da: prze­cież pio­rę ci gacie, uro­dzi­łam ci dzie­ci, gotu­ję im obia­dy, a ty jesz­cze mnie głu­pio pytasz, czy cię kocham. Miłość ma wymiar nie­zwy­kle prak­tycz­ny. Cała rzecz w tym, żeby o tym pamię­tać.

Kie­dio: Przy­kład papie­ża Fran­cisz­ka tak­że poka­zu­je, jak pozy­tyw­nie jest przyj­mo­wa­ne to, gdy ktoś nie tyl­ko mówi, ale tak­że dzia­ła. Papież bły­ska­wicz­nie zyskał ogrom­ne zaufa­nie ludzi, tak­że nie­wie­rzą­cych.

Chmie­lew­ska: Oczy­wi­ście, dla­te­go że ludzie chcą praw­dy. Ale jak mamy poka­zać, że Chry­stus żyje, jeśli nie wcie­la­my w życie Jego nauki? Chry­stus jest życiem. Mówi o sobie: jestem dro­gą, praw­dą i życiem. Czy­li trze­ba tym żyć. Pro­ste.
Wizy­ta papie­ża Fran­cisz­ka na Lam­pe­du­sie była sym­bo­lem w ska­li całe­go świa­ta. Przy­po­mnia­ła o tym, że część ludz­ko­ści żyje w kosz­mar­nej nędzy, a część umie­ra z prze­je­dze­nia, nie wie, co robić z pie­niędz­mi i wymie­nia po raz dzie­sią­ty zło­te klam­ki w swo­ich pała­cach.

Kie­dio: Są też opi­nie, że papież za dużo mówi o bied­nych, że to się robi nud­ne.

Chmie­lew­ska: Jan Paweł II też mówił o bied­nych. Mam wyciąg jego wypo­wie­dzi na ten temat, tyl­ko wte­dy byli­śmy zachwy­ce­ni ciast­ka­mi i nie słu­cha­li­śmy. Żył w innych realiach, ale mówił kon­kret­nie o ubo­gich, nato­miast Fran­ci­szek mówi już pro­sto w oczy, bo zmie­ni­ła się sytu­acja geo­po­li­tycz­na. To rze­czy­wi­ście jest nud­ne jak cho­le­ra… Współ­czu­ję… Ile razy moż­na słu­chać, że jeste­śmy od tego, żeby słu­żyć? To się nudzi chrze­ści­ja­nom już od dwóch tysię­cy lat.

Kie­dio: W adhor­ta­cji o powo­ła­niu świec­kich Jan Paweł II cyto­wał sło­wa Orę­dzia Syno­du Bisku­pów z 1987 r.: „Liczy­my na wasze świa­dec­twa, aby uczyć świat, czym jest miłość”. Adre­sa­ta­mi tego wezwa­nia byli „cho­rzy, ułom­ni, ubo­dzy, głod­ni, emi­gran­ci, uchodź­cy i więź­nio­wie, bez­ro­bot­ni, star­cy, dzie­ci opusz­czo­ne i oso­by samot­ne, ofia­ry woj­ny i wszel­kie­go rodza­ju prze­mo­cy”. Czę­sto powo­łu­je się Sio­stra na te sło­wa. Cze­go te oso­by mogą nas nauczyć? Jakie to może być świa­dec­two?

Chmie­lew­ska: Gdy­by panią posta­wić w obo­zie uchodź­ców na Lam­pe­du­sie, to pyta­nie, jak pani by się zacho­wa­ła. Ci ludzie mimo wszyst­ko wal­czą i usi­łu­ją zacho­wać swo­ją god­ność. Wysi­łek czło­wie­ka uza­leż­nio­ne­go od alko­ho­lu, któ­ry wal­czy zacie­kle od lat, żeby żyć god­nie, jest bez porów­na­nia więk­szy niż mój. Mat­ka, któ­ra mar­z­nie całą zimę po to, żeby cór­ka, któ­ra przy­jeż­dża z inter­na­tu, mia­ła cie­pło w domu, a w sumie oby­dwie żyją za nie­ca­łe 500 zł, to chy­ba jest przy­kład miło­ści? To są ludzie, któ­rzy po to, żeby żyć god­nie, żeby wycho­wać i wykształ­cić dziec­ko, żeby móc prze­żyć, muszą wal­czyć tak bar­dzo, jak nam się nawet nie śni. I pytam: kto tu jest boha­te­rem? Dla mnie to są boha­te­ro­wie. Mat­ka, któ­ra samot­nie wycho­wu­je nie­peł­no­spraw­ne dziec­ko i na gło­wie sta­je, wal­cząc ze wszyst­kim: z urzęd­ni­ka­mi, obo­jęt­no­ścią, bra­kiem pie­nię­dzy, cho­ro­bą dziec­ka − czy to nie jest więk­sze boha­ter­stwo niż zdo­by­cie któ­re­goś z hima­laj­skich szczy­tów? Powie­dzia­ła­bym: boha­ter­stwo, któ­re ma więk­szy sens. Kie­dy ma się wszyst­ko i nie trze­ba się wysi­lać, to łatwo jest mówić o miło­ści i robić „buź­ki, buź­ki”. Inna spra­wa, kie­dy trze­ba padać na pysk. Nie zapo­mnę pew­nej kobie­ty z Pozna­nia. Mia­łam tam reko­lek­cje u zmar­twych­wstań­ców w bar­dzo bied­nej dziel­ni­cy. Ta kobie­ta była na poran­nej Mszy św., a potem pode­szła do mnie i mówi: sio­stro, prze­pra­szam, ja już nie zosta­nę na kon­fe­ren­cji, bo opie­ku­ję się cho­rą i mogę wyjść z domu dosłow­nie na dwa­dzie­ścia minut, żeby przy­jąć komu­nię. To nie ona potrze­bo­wa­ła reko­lek­cji, to ja mogła­bym od niej reko­lek­cje pobie­rać. Tyl­ko że nie zwra­ca­my na takie oso­by uwa­gi. Musi­my mieć 50 tys. osób na sta­dio­nie i obiet­ni­cę wskrze­sze­nia umar­łe­go. Dopie­ro to nas poru­szy.

Kie­dio: Reko­lek­cje z o. Joh­nem Basho­bo­rą, do któ­rych Sio­stra nawią­zu­je, dla wie­lu były dowo­dem na siłę Boga. I na moc same­go Kościo­ła.

Chmie­lew­ska: Wyda­rze­nie na sta­dio­nie to nie jest moja baj­ka. Jestem dale­ka od tego typu ducho­wo­ści, choć to może być począ­tek nawró­ce­nia. Na tym jed­nak nie wol­no poprze­stać, bo miłość to nie emo­cje. Miłość to wier­ność. Na tym rzecz pole­ga, że pró­bu­je­my miłość − tak­że do męża, do żony − skoń­czyć na eta­pie emo­cji, a to jest dopie­ro począ­tek.

Kie­dio: Sko­ro te 50 tys. osób na sta­dio­nie nie jest według Sio­stry mia­rą suk­ce­su Kościo­ła, to co nią jest?

Chmie­lew­ska: Anna­le­na Tonel­li, Włosz­ka, któ­ra porzu­ci­ła karie­rę praw­ni­czą, by żyć z naj­bied­niej­szy­mi, i któ­ra zakła­da­ła w Afry­ce szko­ły oraz szpi­ta­le, powie­dzia­ła: „Jezus Chry­stus nie mówił o rezul­ta­tach. On mówił o miło­ści wza­jem­nej, umy­wa­niu nóg i prze­ba­cze­niu”. Jeże­li biskup żąda od pro­bosz­cza sta­ty­sty­ki, ile osób zosta­ło bierz­mo­wa­nych, i oce­nia pro­bosz­cza na tej pod­sta­wie, to jest to głę­bo­ka pomył­ka. Mia­rą suk­ce­su Kościo­ła abso­lut­nie nie jest liczeb­ność. Suk­ce­sem Kościo­ła jest ura­to­wa­nie życia. Suk­ce­sem jest to, że jeden z naszych miesz­kań­ców − ska­za­ny na nie­byt, wycho­wa­ny w domu dziec­ka, kom­plet­nie porą­ba­ny − po iluś latach pra­cu­je, ma miesz­ka­nie i być może nawet uda mu się tam utrzy­mać. To nie jest mój suk­ces, to jest suk­ces całe­go Kościo­ła.

Kie­dio: Tych, któ­rzy tra­fia­ją do Wspól­no­ty „Chleb Życia”, szu­ka­jąc pomo­cy, nazy­wa Sio­stra pro­ro­ka­mi. „To Chry­stus ich do nas przy­sy­ła i spraw­dza, czy widzi­my Go w dru­gim czło­wie­ku” − pamię­tam takie sło­wa. Sko­ro sła­bość tych osób przy­no­si ze sobą jakieś dobro, to zna­czy, że Bóg jej chce? Czy raczej wyko­rzy­stu­je coś złe­go w dobrym celu?

Chmie­lew­ska: Oczy­wi­ście, to dru­gie. Śmierć Chry­stu­sa na krzy­żu była naj­lep­szym przy­kła­dem tego spo­so­bu dzia­ła­nia. Mówi­łam już o tym, że Bóg nie chciał nasze­go cier­pie­nia. Ale sko­ro poja­wi­ło się ono na świe­cie, to może nas uczyć m.in. akcep­ta­cji dru­gie­go czło­wie­ka, zro­zu­mie­nia jego sytu­acji. W ten spo­sób obja­wia się też nasza wła­sna sła­bość, kie­dy uwa­ża­my sie­bie za świet­nych, doj­rza­łych i wspa­nia­łych, a oka­zu­je się, że przy­cho­dzi homo­sek­su­ali­sta i nagle włos nam się jeży na gło­wie. Mówi­my: „Nie, taki to nie, abso­lut­nie. Odpa­da z listy”. Nie cho­dzi o to, że ja popie­ram homo­sek­su­alizm, tyl­ko rozu­miem, że taki czło­wiek jest rów­nież czło­wie­kiem i jego nie­upo­rząd­ko­wa­nie jest dokład­nie takie samo jak nie­upo­rząd­ko­wa­nie tego, kto krad­nie, pije czy zmie­nia żony jak ręka­wicz­ki. Nie jest nigdzie powie­dzia­ne, że ten grzech jest gor­szy niż inne.

Kie­dio: Jeśli ktoś nie widzi w sobie grze­chu, kon­se­kwent­nie musiał­by powie­dzieć, że nie potrze­bu­je Zba­wi­cie­la. Może naj­gor­sze jest nie widzieć swo­jej sła­bo­ści…

Chmie­lew­ska: Jezus opo­wia­dał uczniom o fary­ze­uszu i cel­ni­ku. Jeden mówił: „Dzię­ku­ję ci Panie, że nie jestem taki jak inni”. A dru­gi mówił: „Panie, wybacz mi, grzesz­ni­ko­wi”. Dobrze wie­my, któ­ry według Jezu­sa dobrze się modlił. Jeśli nie dźwi­ga­my tak wiel­kich pro­ble­mów jak wspo­mnia­ne, to dzię­kuj­my Bogu i nie uwa­żaj­my się za lep­szych. Jak mówi­ła św. Tere­sa od Dzie­ciąt­ka Jezus, może Pan Bóg uznał, że jeste­śmy słab­si i nie dawał nam takich pokus.


Rozmowa ukazała się w „Więzi” nr 3/2013 w bloku pt. „Słaby Bóg”. W tym samym bloku opublikowano także teksty o. Macieja Biskupa, ks. Andrzeja Draguły i ks. Grzegorza Strzelczyka.

s. Małgorzata Chmielewska – ur. 1951. Przełożona Wspólnoty Chleb Życia. Ukończyła biologię na Uniwersytecie Warszawskim. Katolicyzmem zainteresowała się po studiach. Pracowała jako katechetka z niewidomymi dziećmi w Laskach, pomagała kobietom z więzienia na Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 roku wstąpiła do Wspólnoty Chleb Życia w Bulowicach koło Kęt. Śluby wieczyste złożyła w 1998 roku we Francji. Prowadzi domy i noclegownie dla bezdomnych i chorych oraz domy samotnych matek. Inicjatorka Fundacji „Domy Wspólnoty Chleb Życia”, która organizuje dla chorych i bezdomnych pracę w manufakturach: szwalni, stolarni i przetwórni oraz wspiera w nauce dzieci z ubogich terenów wiejskich, fundując dla nich stypendia naukowe.