myslimy
| 21 stycznia 2013 ]

Chłopski Petrarka w natarciu

Sporadyczne informacje i próbki twórczości Stanisława Bojarczuka zaczęły pojawiać się w prasie lokalnej i regionalnej – za sprawą Józefa Nikodema Kłosowskiego i Józefa Czechowicza – jeszcze w latach 20. i 30. minionego stulecia. Nie wywołało to jednak żadnego oddźwięku w środowisku literackim, czy też szerszego zainteresowania osobą Petrarkowego epigona. Z jednej strony gniotła go chłopska dola, a z drugiej ciągnęło się za nim, niczym jesienne mgły, odium niebytu artystycznego. Sytuacja owa trwała do końca nie tak znowu poetycznego życia.

Autor „Blasków i dźwięków” oraz „Linii liryki” nie znał zapewne pojęcia autokreacji. Nie było go komu promować, ani tym bardziej czuwać nad jakością pijaru. Zaiste trudno wyobrazić sobie Bojarczuka zabiegającego o łaskę i względy jemu współczesnych. To bardziej trąciło stajnią Augiasza niż Olimpem, któremu poświecił tyle uwagi w swoich sonetach. Nieodrodny syn wieku XIX świadomie wybrał arcytrudną sztukę tworzenia właśnie w tym gatunku literackim. Wyszedł z założenia, iż skoro ma zacząć w ogóle pisać, powinien naśladować wzorce pozostawione przez wielkich mistrzów antyku i renesansu. Nie chciał w jakikolwiek sposób „eksperymentować”. A miał przecież wielką szansę zainicjowania na przykład awangardowego lub wręcz futurystycznego kierunku w poezji ludowej. Nie zainteresowała go bliżej jednak żadna z tych opcji.

Być może i za bardzo nie było dla kogo czynić podobnych literackich wolt w ówczesnym nad wyraz „partykularnym” Krasnymstawie? Dzisiaj poeta pokroju autora 500 „syriuszek” (czyli podwójnych sonetów), miałby do udźwignięcia na swych barkach całkiem uzasadnioną misję zwołania okolicznej gawiedzi na miejski rynek – mniejsza o to, że w trakcie jego rewitalizacji – w celu wykonania jakiegoś performanceu. Chociażby rytualnego pokrojenia własnych wierszy kozikiem, a następnie wrzucenia uzyskanych skrawków do chłopskiego kapelusza, skąd wyciągałaby je nadobna krasula. Dzięki temu z jednego sonetu dałoby się pozyskać surowiec na kilka niezłych haiku. O ile mi wiadomo, Bojarczuk nie stosował tego typu socjotechnik, ale sam pomysł jak najbardziej nadaje się do praktycznego zastosowania.

Jakieś drobne wyrazy uznania i gratyfikacje, które spłynęły na Bojarczuka tuż przed jego śmiercią, dowiodły tylko po raz kolejny braku wyczucia i rozeznania sytuacji przez czynniki odpowiedzialne za sprawy kultury. Gdyby nie praca wykonana przez Józefa N. Kłosowskiego i Zbigniewa Stepka, zapewne nigdy nie doszłoby do druku pierwszego (i przez 51 lat jedynego!) wyboru sonetów krasnostawskiego samouka. Przez te wszystkie lata należało mieć całkiem uzasadnione przekonanie, że w całej sprawie nie „wypłynie” już na powierzchnię nic nowego.

Owszem, od czasu do czasu napisano coś o intrygującym oryginale z zapomnianej przez Boga i krytyków mieściny, lecz na tym właściwie poprzestawano. Debiutanckie „Blaski i dźwięki” przeszły niemal bezdźwięcznie przed oczyma potencjalnych czytelników. Dopiero na początku lat 80. XX wieku dr Józef Zięba z Lublina przyjrzał się bliżej spuściźnie po Bojarczuku zgromadzonej w Oddziale Literackim Muzeum Lubelskiego im. J. Czechowicza. Przyjrzał, przejrzał i stwierdził, że ma oto przed sobą klejnot literacki pierwszego blasku!
Praca nad rękopisami autora „Burzy”, „Sielańskich sielanek”, „Świtu” i setek innych sonetów do łatwych i wdzięcznych bynajmniej nie należała. Trzeba było poświęcić wiele czasu i cierpliwości na ustalenie ostatecznej wersji wielu utworów. Ale cały wysiłek przyniósł nadspodziewanie owocne rezultaty. Doktorowi J. Ziębie udało się „przebrać” z nich około 300 najbardziej reprezentatywnych i wartościowych literacko wierszy. Poprzedził je obszernym wstępem i „egzegezą” najważniejszych wątków, charakteryzujących wyjątkowe dokonania twórcze quasi-dziwaka znad „Wielgiego Dołu”. Po tych zabiegach pozostał jeszcze tylko jeden „drobny” problem – wydanie całego zbioru, zresztą pod tytułem zaproponowanym jeszcze za życia przez samego Bojarczuka, tj. „Linii liryki”.

No i tutaj zaczęła się prawdziwa batalia o doprowadzenie całej historii do szczęśliwego końca. Powszechna inercja, która otoczyła niewidzialnym woalem Bojarczuka, jego sonety i pracę Józefa Zięby poczęła z czasem przypominać klątwę jakiegoś faraona lub urok rzucony przez ociemniałego aparatczyka. A wystarczyło choćby tylko na chwilę wczytać się w następujące słowa, by przejrzeć nieco na oczy: „Jam mocarny, demonom swą moc przeciwstawię. / Nie mam współzawodnika tu, w Szczekarzewstawie, / a ślad mego istnienia w sonetach zostawię” („Świt”).

Przez długie lata nie pomagały żadne zabiegi mające na celu uświadomienie lokalnym władzom i opinii publicznej doniosłości danego zagadnienia. Jakoś nikomu nie mogło przyjść do głowy, że na Bojarczuku można zrobić po prostu „dobry interes” dla miasta i okolicy. W lutym 2007 r. dr J. Zięba złożył swój bezcenny maszynopis w depozycie WBP im. H. Łopacińskiego w Lublinie. Wydawało się, że wszystko zostało stracone i pogrzebane. Znalazła się jednak grupka zapaleńców, którzy nie mogli pogodzić się z takim właśnie obrotem sprawy. Nie dysponując co prawda środkami na wydanie obszernej pracy lubelskiego literaturoznawcy, przedstawiciele krasnostawskiej Grupy Literackiej „A4” (P. Grądkowski, M. Jasińska, M. Kargul, D. Włodarczyk) wydali własnym sumptem drugi numer kwartalnika „Poetyckie Łany”.

Musiało jeszcze upłynąć trochę wody w Wieprzu, aby światło dzienne ujrzały w końcu Linie liryki (wybór sonetów). Już dłużej nie będę przeciągał, powiem tylko tyle – dość słów, do książki Mości Panowie i Panie! A kto żyw i wolen, do zobaczenia na spotkaniu w Stalowej Woli.

 

25 stycznia w Stalowej Woli o fenomenie poetyckim Stanisława Bojarczuka rozmawiać będę Andrzej Stasiuk, Mariusz Kargul i Artur Borzęcki (godz. 18.00, sala kameralna MDK, wstęp wolny)