lokum
| 26 czerwca 2014 ]

Chrystus na bieszczadzkim szlaku

Po dwu­ipół­ki­lo­me­tro­wym mar­szu wresz­cie jest. Cer­kiew wraz z dwo­ma mniej­szy­mi zabu­do­wa­nia­mi wyra­sta po pra­wej stro­nie spo­mię­dzy krza­ków i drzew. Moż­na wejść, nie jest zamy­ka­na. Ze środ­ka czuć przy­jem­ny chłód kon­tra­stu­ją­cy z gorą­cym, póź­no­ma­jo­wym powie­trzem na zewnątrz. Wnę­trze jest cokol­wiek asce­tycz­ne, dwa jego ele­men­ty szcze­gól­nie sku­pia­ją uwa­gę. Nad ołta­rzem znaj­du­je się iko­na (a wła­ści­wie jej kopia) Mat­ki Boskiej Łopień­skiej, do któ­rej od poło­wy XVIII wie­ku ścią­ga­ły do wsi wie­lo­ty­sięcz­ne piel­grzym­ki. W polu widze­nia Mat­ki znaj­du­je się Syn, w nie­spo­ty­ka­nym przed­sta­wie­niu.

Obra­ca­jąc się w Jego stro­nę dostrze­ga­my postać w ruchu. Koro­na cier­nio­wa na gło­wie, a w ręce laska, czy raczej kijek typo­we­go biesz­czad­ni­ka prze­mie­rza­ją­ce­go szla­ki pogra­ni­cza. Gdy­by nie fakt, że rzeź­ba powsta­ła już kil­ka­na­ście lat temu, moż­na by pomy­śleć, że Jezus upra­wia nor­dic wal­king. U boku wisi, wyglą­da­ją­ca na pustą, tor­ba wędrow­ca. Sam Chry­stus wyko­na­ny jest z drew­na biesz­czadz­kich lasów, co suge­ru­je jego „tutej­szość”; wyra­sta z oko­licz­nej przy­ro­dy. W swo­jej suro­wo­ści dosko­na­le kom­po­nu­je się z cer­kiew­nym kamie­niem. Wokół nie­go rosną kolej­ne drze­wa, dziw­nie pocię­te i poła­ma­ne. Ścię­te drze­wo to w sztu­ce jude­ochrze­ści­jań­skiej sym­bol tra­gicz­nej, nagłej śmier­ci – nawią­za­nie do prze­szło­ści tego miej­sca. Drze­wa obwie­szo­ne są dzie­siąt­ka­mi różań­ców, jako znak roz­wi­nię­te­go tu nie­gdyś kul­tu maryj­ne­go. Ponad gło­wą Chry­stu­sa znisz­czo­ny, spa­lo­ny, prze­cie­ka­ją­cy dach. Całość utrzy­ma­na w tona­cji raczej sza­rej i ciem­nej, nawią­zu­je do cha­rak­te­ru pra­cy oko­licz­nych smo­la­rzy.

Łopien­ka jest (a raczej była) biesz­czadz­ką wsią, któ­ra podob­nie jak wie­le z nią sąsia­du­ją­cych jest nie­mym świad­kiem nie­ła­twej histo­rii pogra­ni­cza. Loko­wa­na w XVI wie­ku, poło­żo­na w nie­zwy­kle uro­kli­wym zakąt­ku gór, oto­czo­na rzecz­ka­mi, stru­mie­nia­mi i wodo­spa­da­mi, była miej­scem osie­dle­nia lud­no­ści przede wszyst­kim rusiń­skiej, ale też pol­skiej i żydow­skiej. W XVIII wie­ku we wsi powsta­ła cer­kiew pw. św. Para­ske­wy, nie­zwy­kle popu­lar­nej patron­ki na tych tere­nach. To wła­śnie w niej, naj­star­szej muro­wa­nej cer­kwi Biesz­cza­dów, umiesz­czo­no Mat­ki Bożej z Dzie­ciąt­kiem. Pro­sty wize­ru­nek zachwy­ca bli­sko­ścią i czu­ło­ścią mat­ki oraz syna. Na odpu­sty przy­jeż­dża­ło tu tysią­ce ludzi, a Mat­ka Boska Łopień­ska sta­ła się naj­po­pu­lar­niej­szym przed­sta­wie­niem tego typu w Biesz­cza­dach Zachod­nich. Spo­kój wsi został bru­tal­nie zmą­co­ny po wkro­cze­niu do niej wojsk radziec­kich w 1944 roku. W wyni­ku umów mię­dzy­na­ro­do­wych miesz­kań­ców wsi prze­zna­czo­no do wywie­zie­nia do ZSRR. Pozo­sta­łych w ramach akcji Wisła prze­nie­sio­no na Zie­mie Odzy­ska­ne, a wszel­kie śla­dy ist­nie­nia Łopien­ki zosta­ły znisz­czo­ne i spa­lo­ne. Pozo­sta­ła jedy­nie nisz­cze­ją­ca cer­kiew, wkrót­ce sta­jąc się ofia­rą sza­brow­ni­ków i oka­zją dla zuchwa­łych. W ten spo­sób z dachu cer­kwi znik­nę­ła nawet bla­cha, obiekt popa­dał w ruinę. W tych oko­licz­no­ściach pro­boszcz para­fii w pobli­skim Polań­czy­ku zde­cy­do­wał się, dla dobra samej iko­ny Mat­ki Boskiej Łopień­skiej, wywieźć ją do swo­je­go kościo­ła

Od total­nej ruiny uchro­ni­ło to miej­sce zain­te­re­so­wa­nie kil­ku pasjo­na­tów oraz stu­den­ci SGGW. Po upad­ku sys­te­mu komu­ni­stycz­ne­go sta­ra­nia­mi tych grup zaczę­to grun­tow­ny remont, nie­mal­że odbu­do­wę cer­kwi. To dzię­ki nim to miej­sce oży­ło i jest dziś otwar­te dla wszyst­kich. Rzeź­ba Chry­stu­sa Biesz­czadz­kie­go wyko­na­na przez Kami­la Pato­rę z Nowe­go Sącza jed­no­cze­śnie przy­po­mi­na o tra­gicz­nej prze­szło­ści zie­mi biesz­czadz­kiej, jak też oży­wia jej dzi­siej­szy kształt. Wygna­ny przed kil­ku­dzie­się­ciu laty piel­grzym wresz­cie powró­cił tam, skąd wyszedł.

Modli­twa biesz­czadz­ka

 

Madon­no wędrow­ców
któ­rych wywio­dły ścież­ki życia
na łąki i pola Biesz­cza­du…

Madon­no o dło­niach zło­żo­nych
któ­ry­mi pro­sisz za każ­dym razem
kto mija Twe zatar­te obli­cze…

Madon­no ze spa­lo­nej cer­kwi
zezwól odpo­cząć w cie­niu
jedy­nej ścia­ny Twe­go przy­byt­ku…

Chry­ste podróż­ni­ków
któ­rzy ruszy­li nie zna­jąc dro­gi ni celu
w bez­kres bzu i dzi­kich jabło­ni…

Chry­ste o oczach wypła­ka­nych
za tymi, któ­rzy już nie powró­cą
w iko­no­stas gór…

Chry­ste z pochy­łej kaplicz­ki
pozwól uspo­ko­ić oddech i uko­ić ser­ce
na skrzy­żo­wa­niu szla­ków…

Madon­no ze spa­lo­nej cer­kwi…
Chry­ste z pochy­łej kaplicz­ki…
wskaż­cie mi dro­gę…

(J.B)

Przygotowując artykuł, korzystałem z materiałów umieszczonych na stronie two​je​biesz​cza​dy​.net oraz tych udostępnionych turystom w Łopience. Zdjęcia są niestety słabej jakości, próba przekonania telefonu do owocniejszej współpracy nie przyniosła oczekiwanych skutków.