myslimy
| 22 maja 2013 ]

Chrystus zredukowany

Przeżuwać Imię – cykl o medytacji chrześcijańskiej (2)

„Czysta świadomość bytu” to wyrażenie, które w moim idiolekcie, w moim języku „domowym”, stało się synonimem mowy niejasnej, mglistej, zamąconej. Żeby w pełni oddać prawdę, trzeba by to trochę zawęzić – dokładnie rzecz biorąc „czysta świadomość bytu” to mgliste wypowiedzi z dziedziny duchowości. „Podążamy do najgłębszego poziomu, gdzie jest czysta świadomość bytu” – powiedział Laurence Freeman OSB w zamieszczonym na YouTubie filmie „Medytacja”. Właśnie gdy to usłyszałam, mój idiolekt tak się wzbogacił.

Wokół medytacji chrześcijańskiej trwa ożywiona dyskusja, szczególnie od czasu, gdy biskup płocki Piotr Libera, odnosząc się do działalności Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej (WCCM), powiedział: „Działalność Wspólnoty na terenie naszego kraju będzie zapewne przedmiotem analizy kompetentnych gremiów Episkopatu Polski, dlatego póki co należy zachować powściągliwość w angażowaniu się w jej działalność”. Ponieważ bp Piotr Libera podkreślił, że Kongregacja Nauki Wiary negatywnie ocenia próby łączenia medytacji chrześcijańskiej z medytacją buddyjską, odezwały się głosy zdziwienia: czemu w medytacji proponowanej przez WCCM jej przeciwnicy doszukują się elementów buddystycznych?

Można się zastanawiać, czy ci, którzy zadają takie pytania, przeczytali (czy choćby przewertowali) książkę dyrektora WCCM, Laurence’a Freemana OSB „Jezus – wewnętrzny Nauczyciel”. Kilka zaczerpniętych z niej myśli szybko rozwiałoby wątpliwości. Np.: „Grzech jest tym, czego tak naprawdę nie ma, ale o czym myślimy, że jest. Jest to bowiem nierzeczywistość, którą Wschód nazywa maja, cykl uzależniających pragnień i rozczarowań określany jako samsara” (s. 52 – podaję według wydania: Kraków 2012). Albo: „Jeśli słuchamy Jego [tj. Jezusa] pytania, chwyta ono na haczyk nasz umysł niczym koan” (s. 49).

To tylko pojedyncze przykłady, przez książkę motywy buddystyczne przewijają się jednak co chwila: Jezus jest naszym guru (s. 41), a w modlitwie używamy mantry. Tych, którzy niezrażeni powyższym upieraliby się, że chrześcijaństwo można owocnie połączyć z praktykami buddystycznymi, chciałabym spytać, jak mianowicie to sobie wyobrażają. Podstawową różnicę między chrześcijaństwem a buddyzmem tkwiącą u samych ich korzeni wskazał Mikołaj Bierdiajew: „Buddyzm nie wie, jak podniosłe może być życie w przyjęciu cierpienia, nie zna tajemnicy krzyża. Buddyzm jest na swój sposób wielką nauką o zbawieniu od mąk i cierpień bez Zbawiciela” („O przeznaczeniu człowieka”, Kęty 2006, s. 124). Jak pogodzić buddyzm – system autosoteryczny, w którym dzięki pewnym praktykom „zbawiamy” sami siebie – z chrześcijaństwem, w którego sercu tkwi prawda o Chrystusie jako Zbawicielu, prawda o miłości Boga i niewystarczalności nas samych? A może chodzi tylko o wykorzystanie słownictwa właściwego dla buddyzmu do powiedzenia czegoś nowego o chrześcijaństwie? O stworzenie języka, który trafiłby do współczesnych ludzi zafascynowanych praktykami Wschodu? Mój niepokój budzi także samo tego rodzaju wyjmowanie pojęć − które zrodziły się na gruncie pewnego systemu, są w jego obrębie zrozumiałe, dobrze zazębione z innymi − i przenoszenie ich w zupełnie inny kontekst.

Wydaje się, że w systemie o. Freemana buddyzm idzie ręka w rękę z chrześcijaństwem dzięki przedefiniowaniu tego, kim jest Chrystus. Wprawdzie w książce „Jezus – wewnętrzny Nauczyciel” pada czasami w odniesieniu do Jezusa określenie „zbawiciel”, pojawia się On w niej jednak niemal wyłącznie w roli nauczyciela duchowości. W dostępnym na YouTubie filmie „Jezus” o. Freeman stwierdza: „Jezus jest przede wszystkim nauczycielem kontemplacji”. Tymczasem Kościół głosi Chrystusa przede wszystkim jako Pana i Zbawiciela („główne tytuły Jezusa: Chrystus, Syn Boży, Pan” podaje Katechizm Kościoła Katolickiego, 429). Przedkładanie nad to innych ról, które pełnił Chrystus, nosi znamiona fatalnej redukcji. Zresztą i w roli nauczyciela Jezus nie wyróżnia się w tej wizji niczym wyjątkowym. Według Freemana jest to „jeden z największych nauczycieli ludzkości” (s. 36) – prosty wniosek z tego sformułowania, że Jezus pojawia się w szeregu innych, Jemu równych, a może i większych.

Obrońcy metod Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej powołują się na argument, że medytacja chrześcijańska wyrasta z modlitwy Jezusowej, zwanej też modlitwą serca („korzeniami sięga do monologicznej modlitwy mnichów egipskich z IV wieku” – pisze na przykład o. Jacek Prusak w tekście „Co egzorcyści mają do medytacji?”). Takie powiązania wydają się jednak tylko pozorne. Modlitwa Ojców pustyni wyraźnie odnosiła się do Osoby Jezusa. Frazy, których powtarzanie miało pozwolić na zrealizowanie wezwania św. Pawła: „nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,17), brzmiały np.: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”, „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Nawet gdy imię Jezus nie pojawiało się bezpośrednio, jak w wezwaniu szczególnie polecanym przez Jana Kasjana: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie, pospiesz ku ratunkowi memu” (Ps 70,2), wiadomo było, kto objawił się jako Pan. Tymczasem dla o. Freemana sens powtarzanej frazy (zwanej przez niego, co charakterystyczne, mantrą) jest zupełnie nieistotny. We wspomnianym już filmie „Medytacja” tłumaczy: „Wszystkie tradycje podpowiadają, by było to święte słowo z Twojej własnej tradycji […]. Lepiej, jeśli nie będzie ono pochodzić z ojczystego języka, bo wówczas łatwiej będzie przekroczyć umysł oraz pozwolić odejść myślom. Słowo, które chciałbym polecić to «Maranatha». To przepiękne słowo-modlitwa. Prawdziwa mantra. […] Kiedy je powtarzamy, nie myślimy o jego znaczeniu”. Wprawdzie także praktyka modlitwy Jezusowej nie polega na tym, by koncentrować się na wypowiadanych słowach i to je poddawać refleksji. Nie można jednak powiedzieć, że wybrana fraza jest tam bez znaczenia − powtarzane wezwanie sytuuje nas w określonym kontekście, wprowadza w taką, a nie inną „przestrzeń” modlitwy. Wydaje się, że dla o. Freemana wybór słowa stanowiącego „mantrę” jest całkowicie względny, zależny od tego, w co wierzymy. O. Freeman kieruje swoje nauki nie tylko do chrześcijan, naucza samej techniki medytacji, która czasem może być modlitwą, ale wcale nie musi – najważniejsze okazuje się przecież samopoznanie i podążanie do „czystej świadomości bytu”. Relacja z Chrystusem ledwo migocze w tle.

Nic dziwnego, że Episkopat Polski chciałby dokładniej przyjrzeć się przedziwnej mieszaninie chrześcijaństwa z buddyzmem i psychologią głębi, jaką przynoszą ze sobą teksty o. Laurence’a Freemana. Dobrze, by przy okazji nie przegapiono ważnej nauki, jaka wynika z popularności grup medytacji chrześcijańskiej. Wyraźnie pokazuje ona, że oprócz potrzeby modlitwy myślnej, a więc różnego rodzaju rozważań, nosimy w sobie pragnienie spotkania z Chrystusem poza słowami, które realizuje się na drodze modlitwy niedyskursywnej. Warto przypomnieć, że dla chrześcijaństwa nie jest to nic nowego, i wydobyć odpowiedź na tę potrzebę z własnej tradycji, m.in. przez powrót do praktyki modlitwy Jezusowej – w jej pierwotnej, a nie zdeformowanej wersji.

W cyklu „Przeżuwać Imię” ukazały się teksty: