widzimy
| 21 października 2013 ]

Chrześcijańskie życie i szklaneczka whisky

Jeśli książ­ka ta nie jest arcy­dzie­łem, to na pew­no jest zja­wi­skiem. Zja­wi­skiem, bo zja­wi­skiem jest sam G. K. Che­ster­ton, jej boha­ter, i zja­wi­skiem, bo pod­czas gdy rynek bio­gra­fii reli­gij­nych przy­zwy­cza­ił nas do tłu­ma­czeń z innych języ­ków, tu mamy książ­kę pol­skie­go auto­ra (co waż­ne, mło­de­go świec­kie­go), w dodat­ku w cie­ka­wej lite­rac­ko for­mie fabu­la­ry­zo­wa­nej bio­gra­fii.

Histo­rię swo­jej fascy­na­cji angiel­skim pisa­rzem przed­sta­wił Jare­ma Pie­ku­tow­ski w Posło­wiu. Zaczę­ło się od… anty­pa­tii, gdy w mło­do­ści zabrał się za czy­ta­nie „Lata­ją­cej gospo­dy”. „Moja opi­nia po kil­ku stro­nach była jed­no­znacz­na: jeśli jest jakaś lite­ra­tu­ra, któ­rej kom­plet­nie nie powa­żam, to jest to wła­śnie «ten Che­ster­ton»” (str. 163). Swo­ją dro­gą jest to doświad­cze­nie chy­ba dość powszech­ne – lek­tu­ra nie­co sta­ro­świec­kich w for­mie powie­ści Che­ster­to­na wyma­ga cza­sem odpo­wied­nie­go nasta­wie­nia. Dopie­ro wie­le lat póź­niej, gdy Pie­ku­tow­ski odna­lazł na nowo Kościół i po okre­sie „neo­fic­kie­go zapa­łu” i pew­ne­go roz­cza­ro­wa­nia zaczął szu­kać chrze­ści­jań­stwa rado­sne­go i auten­tycz­ne­go jed­no­cze­śnie, Che­ster­ton powró­cił, tym razem jako autor „Orto­dok­sji”. „Nie zawio­dłem się. Olśni­ło mnie i powa­li­ło na kola­na świa­dec­two czło­wie­ka wol­ne­go i rado­sne­go, któ­re­mu chrze­ści­jań­stwo daje praw­dzi­we życie, któ­ry kocha Boga, a przy tym (a raczej wła­śnie dzię­ki temu) potra­fi cie­szyć się pięk­nem uko­cha­nej kobie­ty, potra­fi zapa­lić cyga­ro i wypić szkla­necz­kę whi­sky” (str. 164). To olśnie­nie to znów być może doświad­cze­nie wśród czy­tel­ni­ków Che­ster­to­na dość uni­wer­sal­ne.

„G. K. Che­ster­ton. Geniusz orto­dok­sji” jest książ­ką nie­co nie­rów­ną i nie zawsze zro­zu­mia­łą, ale uro­czą i wcią­ga­ją­cą. Ryzy­kow­nym, ale osta­tecz­nie chy­ba dobrym zabie­giem jest pre­zen­ta­cja poglą­dów Che­ster­to­na na róż­ne tema­ty w for­mie jego wypo­wie­dzi pod­czas roz­mów, na przy­kład z Hilaire’em Bel­lo­kiem bądź George’em Ber­nar­dem Sha­wem. Takie pod­po­rząd­ko­wa­ne pew­nej kon­kret­nej tre­ści dia­lo­gi czę­sto oka­zu­ją się bar­dzo nie­na­tu­ral­ne, tu jed­nak raczej nie rażą, a trze­ba przy­znać, że autor ma praw­dzi­wy talent do stresz­cza­nia poglą­dów G. K. Che­ster­to­na w for­mie krót­kich wypo­wie­dzi, cza­sem opar­tych zresz­tą na ory­gi­nal­nych cyta­tach. Książ­ka ta sta­no­wi więc dobre wpro­wa­dze­nie nie tyl­ko do życia, lecz tak­że do myśli auto­ra „Orto­dok­sji”.

Nie bra­ku­je też aneg­dot – jak choć­by tej, zna­nej być może fanom Che­ster­to­na, gdy ten, zapo­mniaw­szy, gdzie umó­wił się z żoną, wysłał do niej tele­gram o tre­ści: „KOCHANIE STOP JESTEM W MARKET HARBOROUGH STOP GDZIE POWINIENEM BYĆ”. Ta mia­ła odpi­sać: „W DOMU” (str. 140-141). Nie­któ­re aneg­do­ty, trze­ba przy­znać, nie­co tra­cą – nie wie­dzieć cze­mu – przy tłu­ma­cze­niu na pol­ski. Tak­że wie­le zwy­kłych scen w książ­ce pod­szy­tych jest jed­nak leciut­kim komi­zmem. Przy­kła­dem może być pro­gram spo­tka­nia klu­bu dys­ku­syj­ne­go IDK, zawie­ra­ją­cy nastę­pu­ją­ce punk­ty wyra­żo­ne zabaw­ną, pozy­ty­wi­stycz­ną nowo­mo­wą: „– o tym, że auto­ana­li­za pro­wa­dzi do roz­wo­ju oso­bo­wo­ści, – o tym, że cel uświę­ca środ­ki, – o tym, że czło­wiek nauki jest pod­sta­wo­wym czyn­ni­kiem postę­pu świa­ta”.

Jeśli cho­dzi o war­stwę lite­rac­ką, nie bra­ku­je momen­tów napraw­dę uda­nych. Moim ulu­bio­nym jest opis swe­go rodza­ju epi­fa­nii dozna­nej przez Che­ster­to­na na widok ulew­ne­go desz­czu (str. 78). Co naj­waż­niej­sze, czy­ta­jąc tę książ­kę, czu­je się, że pisa­nie spra­wia auto­ro­wi praw­dzi­wą radość. Myślę, że jesz­cze o Jare­mie Pie­ku­tow­skim usły­szy­my.

Wresz­cie atu­tem tej książ­ki jest bar­dzo waż­ne miej­sce, jakie zaj­mu­je w niej Fran­ces, żona G. K. Che­ster­to­na. Sama będąc oso­bą nie­zwy­kle fascy­nu­ją­cą (co auto­ro­wi uda­ło się oddać poprzez zgrab­ny dia­log w sce­nie, w któ­rej przy­szli mał­żon­ko­wie spo­ty­ka­ją się po raz pierw­szy), oka­zu­je się mieć duży wpływ na kształt tego zja­wi­ska, jakim był – już choć­by wizu­al­nie – G. K. Che­ster­ton: „– Moja kocha­na – mówił do niej – nie­ste­ty, musisz kształ­to­wać ogrom­ną bry­łę bło­ta. Inne żony mają lep­szą sytu­ację – mogą rzeź­bić w mar­mu­rze. Bło­to pozo­sta­je bło­tem, a mar­mur mar­mu­rem. Ale to żona jest artyst­ką. To ty jesteś bóstwem, któ­re mówi do tych nie­sfor­nych kędzio­rów – wska­zał na czu­bek wła­snej gło­wy i przy­brał poboż­ny wyraz twa­rzy – «Róść będzie­cie dotąd, ale nie dalej»” (str. 142).

Autor, pisząc w Posło­wiu o swo­im pierw­szym, nega­tyw­nym wra­że­niu przy zetknię­ciu się z twór­czo­ścią Che­ster­to­na, wspo­mi­na, że bra­ko­wa­ło mu w niej „ostrych jak brzy­twa emo­cji” i
Welt­sch­me­rzu”. Jeśli mi cze­goś bra­ku­je w „Geniu­szu orto­dok­sji”, to może tak­że wła­śnie „Welt­sch­me­rzu”. Pie­ku­tow­ski sygna­li­zu­je, że mło­dość Che­ster­to­na była dość burz­li­wa i nazna­czo­na sil­ny­mi emo­cja­mi, mnie zda­je się jed­nak, że przez całe życie bory­kał się on z pew­nym nie­po­ko­jem i emo­cjo­nal­ną nad­wraż­li­wo­ścią, któ­re dały o sobie znać choć­by w 1914 roku, gdy pod­upadł na zdro­wiu. Że pomi­mo to Che­ster­ton był jed­nym z naj­barw­niej­szych ludzi, jacy cho­dzi­li po zie­mi, i wspa­nia­łym świad­kiem chrze­ści­jań­skiej rado­ści, pozo­sta­je zagad­ką Łaski. War­to było ją być może głę­biej pod­rą­żyć.