myslimy
| 1 sierpnia 2013 ]

Cor ad cor loquitur

Po roku spę­dzo­nym w jed­nym z naj­wspa­nial­szych miast Ame­ry­ki nie mogłem pozbyć się wra­że­nia, że w tzw. woj­nie kul­tur chrze­ści­ja­nie ustę­pu­ją dziś pola. Być może odczu­cie to było spo­tę­go­wa­ne przez zacie­kłą kam­pa­nię pre­zy­denc­ką, nie­mniej jed­nak z pew­no­ścią były dobre powo­dy uza­sad­nia­ją­ce tę ponu­rą kon­sta­ta­cję: począw­szy od wszech­obec­nej rela­ty­wi­za­cji same­go poję­cia praw­dy, poprzez pomniej­sza­nie zna­cze­nia sek­su­al­no­ści, aż po wąt­pli­wo­ści co do war­to­ści ludz­kie­go życia dotknię­te­go smut­kiem i cier­pie­niem. To tyl­ko przy­kła­dy. A jed­nak nie­spo­dzie­wa­ną lek­cję chrze­ści­jań­skiej miło­ści i nadziei otrzy­ma­łem w cza­sie tego­rocz­ne­go Wiel­kie­go Postu dzię­ki lek­tu­rze sław­nej powie­ści Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza „Quo vadis”, któ­ra cał­ko­wi­cie zmie­ni­ła moją wizję chrze­ści­jań­skich sta­rań o lep­sze i bar­dziej spra­wie­dli­we spo­łe­czeń­stwo.

Hen­ryk Sien­kie­wicz w swo­jej nagro­dzo­nej Noblem powie­ści opi­su­je roz­prze­strze­nia­nie się „sek­ty Chri­stu­sa” na tere­nie impe­rium rzym­skie­go za pano­wa­nia Nero­na, oko­ło 60 roku naszej ery.

Forum Roma­num, fot. Ste­fan Bau­er, http://​www​.fer​ras​.at

W pierw­szym wie­ku po Chry­stu­sie impe­rium rzym­skie było naj­świet­niej­szą potę­gą na kuli ziem­skiej. Jego dosko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­ne spo­łe­czeń­stwo, jego prze­my­śla­ny sys­tem praw­ny, jego wiel­ce sku­tecz­na armia, jego kwit­ną­ca gospo­dar­ka, jego życie poli­tycz­ne – na tyle skom­pli­ko­wa­ne, że po dwóch tysią­cach lat nadal się o nim uczy­my, jego plą­ta­ni­na wie­rzeń reli­gij­nych, jego sza­cu­nek dla poezji tak wiel­ki, że zwy­cięz­ców zawo­dów poetyc­kich darzo­no powszech­ną esty­mą, jego sys­tem opie­ki spo­łecz­nej, wca­le nie aż tak róż­ny od tego, któ­rym chlu­bi­my się dzi­siaj – to wszyst­ko i wie­le innych cech rzym­skie­go spo­łe­czeń­stwa każe stwier­dzić, że pod wie­lo­ma wzglę­da­mi było ono co naj­mniej tak roz­wi­nię­te, jak spo­łe­czeń­stwa dzi­siej­sze, jeśli nie bar­dziej. Sam Rzym zaś – milio­no­we cen­trum tej spo­łecz­nej kon­struk­cji – było magne­sem przy­cią­ga­ją­cym wiel­kie rze­sze imi­gran­tów, przy­jeż­dża­ją­cych tu ze wszyst­kich zakąt­ków rzym­skie­go impe­rium w cha­rak­te­rze nie­wol­ni­ków lub dobro­wol­nie jako imi­gran­ci gospo­dar­czy, a cza­sem jako gla­dia­to­rzy, żąd­ni pre­sti­żu, bogac­twa i sła­wy. Oprócz łaci­ny i gre­ki, w uży­ciu była wiel­ka licz­ba innych języ­ków. Rzym spryt­nie radził sobie z asy­mi­lo­wa­niem imi­gran­tów. Dość czę­sto po latach w nie­wo­li przy­zna­wa­no im wol­ność lub nawet sta­tus oby­wa­te­la rzym­skie­go. Laty­ni­zo­wa­li oni swo­je imio­na i przy­łą­cza­li się do wspól­ne­go wysił­ku budo­wa­nia tego wspa­nia­łe­go mia­sta.

W tę mister­ną i zróż­ni­co­wa­ną struk­tu­rę spo­łecz­ną, z pew­no­ścią prze­wyż­sza­ją­cą pod wzglę­dem roz­pię­to­ści spo­łecz­ne­go spek­trum (od nie­wol­ni­ka po ceza­ra) wszyst­kie inne zachod­nie spo­łe­czeń­stwa w histo­rii, wkra­cza Dobra Nowi­na chrze­ści­jań­stwa. Zupeł­nie bez żad­nych pre­ten­sji poli­tycz­nych i – tym bar­dziej – bez jakich­kol­wiek pla­nów zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­nia porząd­ku spo­łecz­ne­go, Chry­stu­so­wa Dobra Nowi­na roz­prze­strze­nia­ła się z jed­ne­go ser­ca ludz­kie­go do dru­gie­go. Moż­na by sądzić, że w ówcze­snej sytu­acji, gdy tak jaw­nie sprzecz­ne z chrze­ści­jań­stwem zja­wi­ska, jak nie­wol­nic­two i wal­ki gla­dia­to­rów, tkwi­ły u samej pod­sta­wy kul­tu­ry, chrze­ści­jań­stwo mogło chcieć zapro­po­no­wać jakiś pro­gram poli­tycz­ny lub spo­łecz­ną rewol­tę, tym bar­dziej gdy weź­mie­my pod uwa­gę nie­ludz­kie prze­śla­do­wa­nia chrze­ści­jan przez Nero­na, tak pla­stycz­nie opi­sa­ne w powie­ści Sien­kie­wi­cza. A jed­nak nie do tego nawo­ły­wa­li apo­sto­ło­wie Piotr i Paweł oraz ich ucznio­wie. Pomi­mo zawzię­te­go poli­tycz­ne­go opo­ru, chrze­ści­jań­stwo roz­prze­strze­nia­ło się apo­li­tycz­nie, ape­lu­jąc do każ­de­go ludz­kie­go ser­ca z osob­na, by pro­sto­wa­ło swo­je dro­gi, i w ten spo­sób nasy­ca­jąc impe­rium rzym­skie prze­sła­niem, któ­re mia­ło na zawsze odmie­nić histo­rię Euro­py.

Choć ta tema­ty­ka może się nie­któ­rym wyda­wać bar­dzo odle­gła, ja dość czę­sto łapa­łem się na porów­ny­wa­niu współ­cze­snych Sta­nów Zjed­no­czo­nych do rzym­skie­go impe­rium, a przy­naj­mniej ame­ry­kań­skich miast do Rzy­mu. Tak Sta­ny Zjed­no­czo­ne, jak Rzym są naj­więk­szy­mi potę­ga­mi swo­ich cza­sów i cen­tra­mi imi­gra­cji; oby­dwa impe­ria pró­bu­ją eks­por­to­wać też swój sys­tem poli­tycz­ny do innych kra­jów w zamian za korzy­ści gospo­dar­cze, z dobry­mi i zły­mi skut­ka­mi. Tak tery­to­ria miej­skie Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jak Rzym sta­no­wią nie­by­wa­łe tygle kul­tur. Przy­jeż­dża­jąc tu jako imi­gran­ci, nagle zda­je­my sobie spra­wę, że wie­le rze­czy, któ­re bra­li­śmy dotąd za pew­ni­ki, wca­le pew­ne nie są. Spo­sób, w jaki zała­twia się miesz­ka­nie i pra­cę, w jaki orga­ni­zu­je się życie swo­je i swo­jej rodzi­ny, dopraw­dy wszyst­ko – jest znacz­nie róż­ne od tego, cze­go do tej pory doświad­czy­li­śmy, nawet jeśli już tro­chę jeź­dzi­li­śmy po świe­cie. I wła­śnie w tym ame­ry­kań­skim tyglu kul­tur roz­gry­wa się poli­tycz­na wal­ka o odbu­do­wa­nie lub odrzu­ce­nie owe­go relik­tu prze­szło­ści, chrze­ści­jań­skie­go porząd­ku praw­no-spo­łecz­ne­go, stwo­rzo­ne­go w cza­sie, gdy był on znacz­nie bar­dziej zro­zu­mia­ły dla jego uczest­ni­ków, niż jest dzi­siaj.

Choć nie­wąt­pli­wie jest to uprasz­cza­ją­ce uogól­nie­nie (w rze­czy­wi­sto­ści bowiem oddzia­ły­wa­nie jest obu­stron­ne), zary­zy­ku­ję tezę, że zmia­na w poli­ty­ce i pra­wie jest tyl­ko zewnętrz­nym prze­ja­wem prze­mia­ny kul­tu­ro­wej, prze­mia­na ta zaś doko­nu­je się poprzez zmia­nę w myśle­niu i posta­wie poszcze­gól­nych ludz­kich serc. Chrze­ści­jań­stwo ma moc prze­ma­wiać bez­po­śred­nio do ludz­kie­go ser­ca i tak też powin­no czy­nić, zamiast wda­wać się w wal­kę o wła­dzę w poli­ty­ce i kul­tu­rze kształ­to­wa­nej przez środ­ki maso­we­go prze­ka­zu. My, jako chrze­ści­ja­nie, powin­ni­śmy zawsze przy­wią­zy­wać znacz­nie więk­szą wagę do cor ad cor loqu­itur niż do jakiej­kol­wiek prze­mia­ny spo­łecz­nej. Powin­ni­śmy odwo­ły­wać się do tęsk­no­ty za życiem praw­dzi­wym i pięk­nym, za trans­cen­den­cją i miło­ścią wpi­sa­nej w każ­de ludz­kie ser­ce. W ten spo­sób mamy znacz­nie więk­szą szan­sę obja­wić naszym sąsia­dom Bożą chwa­łę – a prze­mia­na spo­łecz­na sama logicz­nie nastą­pi.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych chrze­ści­jań­stwo nie może wes­przeć się na odzie­dzi­czo­nym po przod­kach rusz­to­wa­niu chrze­ści­jań­skiej kul­tu­ry, bo zbyt wie­le kul­tur tam obec­nych dosko­na­le sobie bez nie­go radzi. Aby dotrzeć do tych ludzi w spo­sób, któ­ry ich poru­szy, trze­ba prze­ma­wiać bez­po­śred­nio do naj­głęb­szych warstw ludz­kie­go ser­ca i rozu­mu – wyzwa­nie nie mniej­sze niż to, przed któ­rym sta­li chrze­ści­ja­nie w cza­sach rzym­skich. Ale jest nadzie­ja i jest inspi­ra­cja; bo to, co nie­gdyś prze­mó­wi­ło do wie­lu, dziś może pra­wie na pew­no zostać prze­ło­żo­ne na nowy język i prze­mó­wić do wie­lu po raz kolej­ny.

Tłum. Mar­cin Suskie­wicz

Zdjęcie użyte w tekście udostępniane jest na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 Generic. Zob. Wikimedia Commons.