myslimy
| 5 kwietnia 2013 ]

Cóż po chrześcijaństwie…

Lektura zbioru rozmów Agaty Bielik-Robson i Tadeusz Bartosia zatytułowanego „Kłopot z chrześcijaństwem. Wieczne gnicie, apokaliptyczny ogień, praca” będzie raczej nietypowym doświadczeniem dla polskiego czytelnika. Oto przekorna wobec intelektualnych mód filozofka, światopoglądowo sytuująca się w obrębie nieortodoksyjnie rozumianej żydowskiej myśli mesjańskiej, prowadzi dialog z czytającym Heideggera mediewistą, a przy tym byłym dominikaninem dobrze znanym z negatywnej oceny katolicyzmu. Mnogość poruszanych przez rozmówców wątków (historycznych, religijnych, filozoficznych i politycznych), krytyczne analizy, niekiedy jawnie emocjonalny ton wypowiedzi okraszony niedyskretną anegdotą oraz meandryczny tok wywodu składają się na całość intrygującą, prowokującą do myślenia, a jednak miejscami nieznośnie irytującą. Nieco złośliwie można by zażartować, że książka ta mogłaby nosić inny podtytuł: „Cicer cum caule, czyli J’accuse”, który równie dobrze oddawałby jej charakter. To jednak od razu sugerowałoby jakąś trywializację, a tej wolałbym uniknąć. Zatem do rzeczy.

Punktem wyjścia analiz Bartosia i Bielik-Robson jest konstatacja, iż rzekoma śmierć religii w zsekularyzowanej nowoczesności to w istocie mit mający niewiele wspólnego z rzeczywistością. Choć bowiem spójny obraz świata uległ rozpadowi w wyniku modernizacji i nie stanowi już dłużej systemu usankcjonowanego przez metafizyczny porządek, to jednak – wbrew temu, co głoszą wojujący ateiści – myślenie religijne wcale nie zostało wykorzenione ani nie utraciło swojej zasadności, lecz przeszło jedynie znaczące przeobrażenie. Zmiana ta ma wszakże nieuniknione konsekwencje: systemy religijne, mierząc się z doświadczeniami historii, musiały zaakceptować swój otwarty charakter, a zatem również zmienność czy ewolucyjność doktrynalną. Tak w dużym skrócie można przedstawić założenia będące podstawą dalszej dyskusji. W tym także miejscu dochodzi do głosu kluczowy problem.

Otóż dla obojga autorów ten sposób funkcjonowania w epoce nowoczesnej jest właściwie kompletnie obcy Kościołowi katolickiemu, czego szczególnie wyrazistym przykładem ma być sytuacja w Polsce. Wszystkiemu winne jest jego stopniowe doktrynalne usztywnienie, które zamroziło – obecną jeszcze w średniowieczu – względnie swobodną debatę teologiczną, a w jej miejsce wprowadziło zglajchszaltowany model doktryny katechizmowej. Na niewiele zdał się XX-wieczny progresywizm modernizmu katolickiego ani zmiany zadekretowane przez Sobór Watykański II, ponieważ zostały one zduszone za pontyfikatów Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. Wyjątkowo dojmująco, zdaniem autorów, stan rzeczy przedstawia się nad Wisłą. Tu Kościół – brany niegdyś za ostoję niezależności wobec totalitaryzmu – z czasem przekształcił się z instytucji opresyjnej, choć jako tako tolerującej opozycję antykomunistyczną, w zupełnego hegemona zawłaszczającego umysły i właściwie dominującego na rynku idei. Polska, która nigdy nie zaznała prawdziwie oświeceniowej modernizacji, jest „upupiana” przez lokalny odłam globalnej instytucji, która w swojej awersji wobec nowoczesności jakoby narzuca jedyny słuszny model społecznej praktyki. Co gorsza, przez lata katolicyzm został utożsamiony z rdzennym elementem polskości, co jest szkodliwe zarówno dla państwa, jak i religii. Polskę ominęły najważniejsze w XX wieku dyskusje teologiczne, bo hierarchia była zainteresowana konserwowaniem starego porządku, kler w większości nie posiadał wystarczających kompetencji do podawania w wątpliwość prawd doktrynalnych, zaś nieliczna inteligencja katolicka z czasem dała się albo zdominować oficjalnej wersji dyskursu, albo jest po prostu bezsilna, by sensownie wystąpić z jakąś alternatywą. To wszystko w zestawieniu z pokutującym w Polsce mitem ofiarniczym daje w sumie beznadziejny obraz ubezwłasnowolnionego duchowo społeczeństwa, które zaprzepaszcza kolejne szanse zdobycia umysłowej dojrzałości.
Ten wielce dramatyczny, miejscami mocno przejaskrawiony czy wręcz niesprawiedliwy, opis jest w książce Bielik-Robson i Bartosia wątkiem budzącym, moim zdaniem, najmniejszy sprzeciw, za to skłaniającym raczej do twórczej polemiki oraz aktywnej pracy intelektualnej. Rzecz w tym, że jest on jedynie częścią szerszej narracji, która stopniowo (choć nie zawsze konsekwentnie) prowadzi autorów do wniosków o zasięgu dużo szerszym niż problemy doktrynalne, eklezjalne, kulturowe czy społeczne.

Otóż clou tych rozmów stanowi próba dekonstrukcji chrześcijaństwa jako religii wtórnej wobec żydowskiego mesjanizmu. Chrystus jest tu więc przedstawiony jako radykalny rabbi oczekujący rychłego nadejścia apokalipsy, po którego śmierci owo rdzennie judaistyczne przesłanie zostaje zmanipulowane przez jego uczniów i następców, w szczególności przez św. Pawła. Ten zaś na dodatek zamiast dochowania wierności żydowskiemu rozumieniu Prawa, zdradza je, a następnie ulega pokusie wzorca rzymskiego, co owocuje zamknięciem chrześcijaństwa w klatce dogmatów właściwych pogańskiemu porządkowi prawnemu. Ostatecznie okazuje się, że żydowski mesjanizm to prawdziwie nowoczesna religia wolności i twórczego przekształcania bytu, podczas gdy chrześcijaństwo, z jego historią o Wcieleniu i Odkupieniu, uzależnia swoich wyznawców od figury Zbawiciela, która z kolei zostaje przeniesiona na hierarchiczny model kapłański i konsekwentnie zamyka ludzi w fantazmatycznym zniewoleniu. Przedstawiam to, naturalnie, bardzo skrótowo, sądzę jednak, że nie umyka mi główny wątek wywodu.

Cóż, można powiedzieć: nic szczególnie nowego. Judaizm jest religią przyjmującą jedynie starotestamentowe Objawienie, więc Jezus może być dlań raczej tylko jednym z sekciarskich nauczycieli czy fałszywych proroków. Wiara we Wcielenie zakłada przecież dość rewolucyjne przewartościowanie historii i tradycji narodu wybranego. Jest to jednak kontrowersja towarzyszący dramatycznym relacjom obu religii od 2 tysięcy lat. Co w tym zatem zaskakującego?

Nowością jest tutaj swoisty prozelityzm, z jakim przedstawia się omawiany wyżej pogląd. W pewnym momencie Bielik-Robson zwraca się do swojego rozmówcy takimi słowy: „Miłość do Boga, poszukiwanie wielkiej miłości Boga do człowieka – to fatalny pomysł, bo wówczas nie zostaje nic na zwykłą, codzienną, niefanatyczną i […] dość zgrzebną miłość bliźniego. A, uwierz mi, w objawieniu o to przede wszystkim chodzi”. Odnoszę wrażenie, że w tym jednym – być może nawet nieświadomym – „uwierz mi” zawiera się wszystko, co stanowi o słabości tej książki. Jest ona bowiem w gruncie rzeczy zapisem dialogu osoby odkrywającej/konstruującej swoją wyznaniową tożsamość z człowiekiem, który taką tożsamość nie tak dawno utracił. Kilka stron później Bartoś stwierdza: „w pewnym momencie mojego życia musiałem to wszystko odrzucić, cały ten infantylizujący spektakl. I… pozostałem bez języka. Pytają mnie, czy jestem wierzący? Co mam odpowiedzieć? […] Szukałem w chrześcijaństwie i szukam nadal języka, który by odpowiadał jakiemuś mojemu doświadczeniu – i często nie znajduję. Za stary jestem, nie dam rady wrócić do przedszkola”.

Cały ten liczący ponad 300 stron dialog, obfitujący w sporo naprawdę niezłych fragmentów, których siły nie osłabiają nawet ewidentne oznaki resentymentu rozmówców wobec chrześcijaństwa, traci bardzo dużo na próbie zdyskredytowania jednej religii na rzecz drugiej. Jego merytorycznej jakości nie poprawiają także ani dobre rady ad personam („Mikołejko, choć sobie tego nie uświadamia, jest właśnie w stanie, w którym teraz dopiero mogłoby do niego przemówić objawienie”), ani efekciarskie czasem śródtytuły czy epitety („Mięcho”, „Koszmar przebóstwienia”, „bagno”, odór”), ani też pominięcie pewnych teologów chrześcijańskich (np. Tillicha, Weltego), którzy – poza Kierkegaardem czy Pascalem – ewidentnie uznawali rozpaczliwą sytuację człowieka za początek prawdziwej wiary, co jest ujęciem tak przecież bliskim autorom „Kłopotu z chrześcijaństwem” („Objawienie może być objawieniem jedynie dla człowieka, który już żyje w stanie skrajnej rozpaczy […]”).

Przeczytałem tę książkę niemal jednym tchem, jak rzadko którą. Co więcej, byłbym nawet gotów bronić niektórych, bardziej szczegółowych, twierdzeń w niej zawartych. Teraz jednak potrzebuję powietrza. Dlatego powracam do Abrahama Joshuy Heschela, żydowskiego mędrca, który pisał niegdyś: „Być przekonanym o Bogu to walczyć o Niego, walczyć ze wszystkim, co jest przeciwne Jemu w nas samych, łącznie z naszymi interesami, gdy kolidują z Jego wolą. Tylko wtedy gdy zapominając o ego, zaczynamy Go kochać, Bóg staje się naszą potrzebą, interesem i troską”.

Tadeusz Bartoś, Agata Bielik-Robson, „Kłopot z chrześcijaństwem. Wieczne gnicie, apokaliptyczny ogień, praca”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013.

Cytat z A.J. Heschela na podst.: tegoż, „Człowiek nie jest sam. Filozofia religii”, tłum. K. Wojtkowska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008, s. 198.