myslimy
| 8 września 2014 ]

Czego słucha papież?

W komen­ta­rzach (rów­nież kato­lic­kich) publi­cy­stów i inter­nau­tów po kon­fe­ren­cji pra­so­wej Fran­cisz­ka prze­pro­wa­dzo­nej w trak­cie powro­tu z Korei jed­ną z naj­waż­niej­szych kwe­stii sta­ła się oce­na papie­skich słów na temat ewen­tu­al­nej abdy­ka­cji. Cho­dzi­ło o to, czy godzi się, by kolej­ny po Bene­dyk­cie XVI biskup Rzy­mu abdy­ko­wał, a jeśli tak, to czy wypa­da mu o tym roz­ma­wiać z dzien­ni­ka­rza­mi, dopó­ki jesz­cze ma na tyle sił, że dokład­ne­go ter­mi­nu abdy­ka­cji nie zapla­no­wał.

Fot. Mar­cin Kie­dio

Nie potra­fię zna­leźć w tej dys­ku­sji nawią­zań do innej Fran­cisz­ko­wej wypo­wie­dzi, któ­rej zigno­ro­wa­nie świad­czy w naj­lep­szym wypad­ku o nie­zbyt poważ­nym trak­to­wa­niu jej auto­ra. Obec­ny papież, nawią­zu­jąc do abdy­ka­cji Bene­dyk­ta XVI, w wywia­dzie udzie­lo­nym w czerw­cu hisz­pań­skim mediom powie­dział:Zro­bię to samo, co on: popro­szę Pana, by mnie oświe­cił w odpo­wied­niej chwi­li i by mi powie­dział, co powi­nie­nem zro­bić. I jestem pewien, że mi to powie!”. W samo­lo­cie mię­dzy Seu­lem a Rzy­mem znów wyraź­nie przy­znał się do inspi­ro­wa­nia się swo­im poprzed­ni­kiem, rów­nież w kwe­stii decy­zji o ewen­tu­al­nym zakoń­cze­niu pon­ty­fi­ka­tu. Widocz­nie wciąż nie­ła­two jest nam zro­zu­mieć, czym kie­ro­wał się w ubie­głym roku Bene­dykt XVI, ogła­sza­jąc swo­ją decy­zję, mimo że on sam nazwał wyraź­nie „to coś” sumie­niem.

Jeśli w kon­tak­tach z inny­mi ludź­mi, od pry­wat­nych rela­cji poczy­na­jąc, na życiu publicz­nym koń­cząc, chce­my dać prze­strzeń dla czy­je­goś (tak­że papie­skie­go) sumie­nia, musi­my być przy­go­to­wa­ni na nie­ła­twą kon­se­kwen­cję takiej wol­no­ści. Tą kon­se­kwen­cją jest koniecz­ność zaufa­nia. Koniecz­ność, ponie­waż udzie­la­jąc gło­su cudze­mu sumie­niu, zawsze ryzy­ku­je­my. Nie może­my być w stu pro­cen­tach pew­ni, że postę­po­wa­nie dru­gie­go jest kie­ro­wa­ne tym, co pod­po­wia­da mu sumie­nie. Jeste­śmy nie­ja­ko „ska­za­ni” na to, by w to wie­rzyć, o ile chce­my, by inspi­ra­cja dla naszych dzia­łań rze­czy­wi­ście pły­nę­ła z „naj­taj­niej­sze­go ośrod­ka i sank­tu­arium czło­wie­ka”, jak okre­śla sumie­nie Kate­chizm Kościo­ła Kato­lic­kie­go.

Oba­wiam się, że coraz czę­ściej zapo­mi­na­my o tej „dru­giej stro­nie sumie­nia”, któ­rą − przy­naj­mniej w życiu spo­łecz­nym − jest zaufa­nie. Doma­ga­my się miej­sca dla sumie­nia, jed­no­cze­śnie życząc sobie, by mówi­ło ono gło­sem dobrze zna­nym i dopa­so­wa­nym do nastro­jów gru­py, któ­rej jeste­śmy człon­ka­mi. Na mar­gi­ne­sie reflek­sji o sło­wach Fran­cisz­ka myślę, że wal­ka o miej­sce dla sumie­nia w życiu spo­łe­czeń­stwa powin­na być przede wszyst­kim pró­bą napra­wie­nia mię­dzy nami zerwa­nych wię­zów zaufa­nia. Bez nie­go zawsze będzie­my posą­dzać się wza­jem­nie o fun­da­men­ta­lizm i śle­pe posłu­szeń­stwo wobec dok­try­ny.

Dla­cze­go jeste­śmy skłon­ni sądzić, że kolej­ny papież, myśląc o kre­sie swo­je­go pon­ty­fi­ka­tu, kie­ru­je się jed­ną z teo­rii doty­czą­cych papie­stwa, któ­ra, w zależ­no­ści od tego, w któ­rym rogu sali sie­dzi­my, jest dla nas zbyt sta­ro­świec­ka lub zbyt „świa­to­wa”? Dla­cze­go trud­no nam jest zaufać, że jest to dla nie­go przede wszyst­kim spra­wa sumie­nia?

Pamię­tam, że dzie­więć lat temu odcho­dze­nie Jana Paw­ła II wie­lu nazy­wa­ło reko­lek­cja­mi. Mówio­no, że może­my uczyć się od papie­ża, jak god­nie umie­rać i pokor­nie peł­nić swo­ją służ­bę do koń­ca. Myślę, że rów­nie poucza­ją­ca może być decy­zja Bene­dyk­ta XVI. Lider, któ­ry poka­zu­je, że mimo cier­pień życie zawsze ma war­tość, jest dziś bowiem tak czę­stym przy­pad­kiem jak lider, któ­ry wbrew nie­mal wszyst­kim swo­im zwo­len­ni­kom stwier­dza, że jest zbyt sła­by, by im dłu­żej prze­wo­dzić. Te lek­cje zda­je się poważ­nie trak­to­wać Fran­ci­szek, wie­rząc widocz­nie, że kry­ło się za nimi coś wię­cej niż prze­ko­na­nia. A my?