widzimy
| 28 sierpnia 2014 ]

Człowiek bez pamiątek

U babci znalazłem niemiecką książkę z 1893 roku – trzeci tom powieści o starożytnym Egipcie „Uarda” Georga Ebersa – drukowaną gotykiem, z secesyjną okładką. Pieczątki „Volksbibliothek Ober-Haiduk” i „Volksbibliothek Bismarckhütte” oznaczają, że w roku 1903 książka znajdowała się w dzisiejszym Chorzowie. W tym właśnie roku cesarz Wilhelm II zadekretował połączenie wiosek Górne i Dolne Hajduki oraz przemianowanie powstałej miejscowości na Bismarckhütte, które dzisiaj jest częścią dzielnicy Chorzów Batory. Skąd ta książeczka w podopolskiej Zawadzie – nie wiem. Czemu o tym piszę? Bo to jest wszystko: jakaś pojedyncza, zabłąkana niemiecka książka z dziewiętnastego wieku; nie wiem o niczym starszym, co byłoby w posiadaniu rodziny, zarówno tej pochodzącej z nieistniejących już województw Tarnopolskiego i Poleskiego, jak i tej ze Śląska oraz z Poznania, Oświęcimia, z innych miejsc.

Duża część historii mojej rodziny to wcielenia do zaborczych armii, przesiedlenia, przymusowe roboty i – czasami – nagła śmierć, tym bardziej absurdalna, że nawet nie bohaterska. Nie ma żadnych majątków, artefaktów, relikwii; kilka fotografii najwyżej. Nie mam żadnych materialnych dowodów, że tamta Polska w ogóle istniała.

Płonąca ulica Marszałkowska podczas Powstania Warszawskiego, fot. Chruściel

Nicość Warszawy po jej Powstaniu może być doskonale symbolem także i mojej kondycji; ja – człowiek zewsząd i znikąd, tamtą czarną dziurę mogę uznać za moją stolicę o wiele łatwiej niż miasto wieżowca-lustrzanego żagla. Nie mam żadnych pamiątek, więc tym bardziej rozumiem niematerialną opowieść o tamtej nicości i wyszarpywaniu się z niej, ustanawianiu Polski wśród gruzów. Tak jest, choćby J. miał się na mnie zżymać, że ja nie dorastałem, spacerując w Warszawie po ludzkich kościach, i nigdy niczego nie zrozumiem. Ale ludzi takich jak ja jest, podejrzewam, olbrzymia rzesza – stąd zwyciężająca dziś pamięć o przegranym Powstaniu. Dla ludzi żyjących w stanie zerwanej ciągłości (o którym to zerwaniu w całej wieloaspektowości – podczas gdy mnie zajmuje teraz jedynie aspekt materialny – pisał Ryszard Legutko w „Eseju o duszy polskiej”) nie ma żadnego znaczenia dyskusja historyków i publicystów o sensowności Powstania. Powstanie jest po prostu faktem, w którym wielu ludziom łatwo jest zobaczyć symbol własnego losu. Najłatwiej dostępną ciągłością dla wielkiej części Polaków może być odwoływanie się do wydarzenia związanego z zerwaniem ciągłości i beznadziejną próbą utrzymania jej.

Z drugiej strony mamy na przykład przepych Stawiska, znajdującego się pod samą Warszawą Iwaszkiewiczowego majątku, który poraził mnie i P., gdyśmy go zwiedzali, a którego nie tknęli – rzecz szczególna – ani Niemcy, ani Armia Czerwona, ani Polska Rzeczpospolita Ludowa. Ten namacalny przepych unaocznia, czym mogłaby być Polska, gdyby nie zginęła i nie musiała po raz kolejny powstawać z martwych, ale bez przeszkód odkładałaby na swoje biurka, regały i gablotki kolejne drogocenne przedmioty. Mogę tej Polsce, której nie dano szansy zaistnieć, zazdrościć i nostalgicznie do niej wzdychać; ale mogę i być wobec niej obojętny jak wobec cudzego powołania, o którym myśleć nie warto, bo ma się własne.


Zdjęcie wykorzystane w tekście pochodzi ze zbiorów WikiCommons. Źródło: „Warszawa stolica Polski”, Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, wyd. II, Warszawa 1949, s. 93.