myslimy
| 18 maja 2012 ]

Człowiek-trup ogląda niebo

Makuszyński od zmartwychwstań

„Wyglądał tak, jakby każdej chwili był przygotowany do ułożenia się na katafalku”, człowiek-cmentarz, człowiek-upiór, mąż o trumiennej powadze. Takie indywidua wypełniają powieści Kornela Makuszyńskiego, czyniąc autora książek uważanych za dziecięce ramotki realizatorem najmistyczniejszych treści − specjalistą od opisów zmartwychwstania.

U niektórych autorów wyraźnie dostrzegalne jest zafiksowanie na jednym temacie. Sienkiewicz w większości swoich książek − zachowując dla uczciwości zmiany scenerii: od afrykańskiej puszczy po kozacki step − realizuje schemat, w którym kobieta jest porwaną, jeden mężczyzna porywającym, drugi zaś gra rolę ratującego niewiastę. Zdarza się też, że to kobieta sama pragnie się na pewien czas zawieruszyć, jak ma to miejsce w „Quo vadis”. Leitmotiv właściwy dla Makuszyńskiego nie przyczynił mu wprawdzie Nobla, jednak powracające opisy opancerzonych smutkiem i chłodem mężczyzn, którzy po spotkaniu z dzieckiem zaczynają przez szpary swego lęku wypuszczać pędy i kwitnąć i którzy dopiero wtedy zdają się żyć po raz pierwszy, mają w sobie coś głęboko poruszającego.

scanned from: Kornel Makuszyński, Wiersze zebrane, F. Hoesick, Warsaw, Poland, 1931

Pan Podkówka, guwernant z „Panny z mokrą głową” „Do niedawna dyktował Irence zdania wzniosłe, uroczyste i tak najeżone jak ryżowa szczotka: − Módl się i pracuj. − Cierpienie jest udziałem człowieka. − Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje! Teraz, w porywie radosnej lekkomyślności, wołał wskazując palcem na kajet: − Kochajmy słońce. − Bóg cieszy się radością człowieka. − Bądź radosny, a będziesz szczęśliwy!”.

Monstrualny pan Wojciech z „Listu z tamtego świata”, którego wewnętrzne odrętwienie odzwierciedlało się w zwalistej, niezdolnej niemal do ruchu powłoce ciała, po przełomowym dla siebie wydarzeniu „używał w obfitości takich słów jak: «pójdźmy», «chodźmy», «już trzeba iść», «na przechadzkę, chodźmy na przechadzkę» – jak gdyby każde słowo na własnych chodziło nogach. Wyrazami określającymi bezruch, siedzenie lub leżenie pogardzał”.

Etapy tego typu przemiany najbardziej szczegółowo opisane zostały w „Szaleństwach panny Ewy”. Tutaj też znajdziemy receptę na czułe dotykanie ludzkich serc: „Czy nikt z nim nigdy nie rozmawia? […] Ni stąd, ni zowąd zrobiło się wielkie święto z tego, że ktoś do niego przyszedł i po ludzku zagadał”. Doprowadzenie do prawdziwego spotkania skutkuje zgoła nieoczekiwanie: „Już z ulicy zauważyła Ewcia, że okna w mieszkaniu pana Mudrowicza są szeroko otwarte, czyli że do posępnej twierdzy obojętnego na wszystko smutku mógł wpłynąć świeży powiew. Ba! Z podstawy okien wytryskały płomienie: czerwone pelargonie. […]
− Jak się miewamy panie Pawle? − rzekła Ewcia przyjaźnie. − Pan jest?
− A gdzieżbym się podział? − odpowiedział ten żywy karawan i tak był głęboko przekonany, że udało mu się zrobić niesłychany dowcip, że z zachwytu zamknął oczy”.
Powietrze, kwiaty, przebłyski poczucia humoru i przede wszystkim silna relacja − tak w obrazowaniu Makuszyńskiego, osadzonym w malowniczym konkrecie, dokonuje się wewnętrzne zmartwychwstanie.

„Kapelusz mam nowy. I laskę. Zdaje mi się, że i duszę mam jak gdyby nową” − mówi pan Paweł. Właściwą dla Makuszyńskiego koncentrację na opisie odnajdywania prawdziwego siebie poprzez spotkanie można by zestawić z Chestertonowskim „Żywym człowiekiem”. Zjawienie się tytułowego bohatera − którego główna osobliwość polega na tym, że określenie „żywy człowiek” realizuje w całej jego rozciągłości − przestawia w głowie klepki z wartościami napotkanej przez niego grupie znajomych. Naczelną zasadą staje się afirmacja świata, co można czynić np. zestawiając ze sobą nakrętki w trzech podstawowych kolorach lub wychodząc na dach przez okienko w suficie – jednym słowem robiąc rzeczy choćby najprostsze, ale z dziecięcą radością, tak jakby się je robiło po raz pierwszy. Bohaterowie „Żywego człowieka”, siedząc na dachu, mogliby za panem Podkówką powtórzyć: „Boże, jakie to piękne. Ja nigdy dotąd z tak bliska nie oglądałem nieba”.