myslimy
| 18 września 2014 ]

Czy Bóg odwiedza talk-show?

Tomasz Terlikowski wystąpił w show Kuby Wojewódzkiego. Zawrzało. Niektórzy byli zniesmaczeni już samym faktem, że T. Terlikowski się na to zgodził (powoływali się chyba na jakąś ewangeliczną zasadę, w myśl której z grzesznikami się nie rozmawia, bo i Pan Jezus nigdy tego nie czynił). Inni swój niesmak obwieścili po fakcie, nieukontentowani tym, że redaktor „Frondy” zachowywał się kulturalnie, czyli nie zdobył się na „rycerską obronę prawdy”. Ktoś odnotował, że Terlikowski miał ładną marynarkę. Krótko mówiąc – było wokół tego tyle szumu, że w końcu obejrzałam program.

Screen z programu "Kuba Wojewódzki", TVN

Konwencja przyjęta przez Kubę Wojewódzkiego, jego ciągłe pokrzykiwanie i zaśmiewanie się z własnych dowcipów, tak żeby wszyscy zauważyli zaistnienie żartu, sprawiła, że nudne to było jak flaki z olejem (ciekawszych określeń nie chce mi się wymyślać; to jest o tyle dobre, że jest równie oklepane jak owe żarty). Tomasz Terlikowski wyglądał na mocno znużonego, a momentami dodatkowo zażenowanego − podzielam te emocje. Czemu miałoby kogoś interesować to, czy Wojewódzki widział Agnieszkę Szulim nago i kogo wyobraża sobie ona podczas masturbacji?

Jeśli jednak przez gąszcz bzdetów i tanich zagrań produkowanych przez prowadzącego przebił się do kogoś powtarzany wciąż przez Tomasza Terlikowskiego przekaz, że Kościół jest dla wszystkich i że jest wspólnotą grzeszników, to bardzo dobrze. A mówienie tego w programie Wojewódzkiego i ciągła konieczność ignorowania zagrań poniżej poziomu pewnie nie było łatwe. (Program jest do obejrzenia w internecie.)

W tym kontekście warto przypomnieć sobie inny odcinek show Kuby Wojewódzkiego – ten, w którym gościem był Robert „Litza” Friedrich. Po jego obejrzeniu znikają wątpliwości co do tego, czy da się w programie tego rodzaju powiedzieć coś głębokiego o Bogu. Litza występuje w pełni na własnych prawach, nie wchodzi w konwencję programu, nie chichocze, na prześmiewczą prośbę Wojewódzkiego „Pobłogosław mnie” odpowiada po prostu „Życzę ci wszystkiego dobrego”. Wygląda nawet na to, że Kubie Wojewódzkiemu odchodzi ochota na błaznowanie. Z ust Litzy płynie przekaz o Kazaniu na Górze, o nadstawianiu drugiego policzka, o ludzkiej słabości i Bożym miłosierdziu.

„Wiem, że jestem mało miłosierny, a poznałem Boga jako miłosiernego − mówi Litza. − Myślę, że wielu może się zdziwić po trzykroć w niebie… bo zobaczysz, że nie ma tam ludzi, o których myślałeś, że powinni być, że są ludzie, których byś się nigdy nie spodziewał, a po trzecie będziesz się czuł zaskoczony, że ty tam jesteś”. Postawa Litzy i jego słowa wyraźnie odbijają od typowych dla show „fajnych” zdań, min i gestów. Jest w tym coś, czego nie jest w stanie dotknąć ośmieszanie − kpina wobec świadectwa obróciłaby się przeciw kpiącemu, obnażając jego bezradność i pustkę.

Przypomina się w tym miejscu siostra Maria z filmu „Wielkie piękno” (postać, w której trudno nie dostrzec podobieństw do Matki Teresy z Kalkuty). W świecie pełnym cynizmu jest ona przykuwającym uwagę punktem. Dziwnym, może niezbyt zrozumiałym, ale błyszczącym jako znak zapytania o inną rzeczywistość. Jest przecież w tym filmie bodaj jedyną osobą, która porusza się bez maski, nie udaje i choć przedstawiona jest w sposób karykaturalny, to nie śmiech nam towarzyszy, gdy mówi, że poślubiła biedę i gdy z modlitwą wczołguje się po schodach.