myslimy
| 17 października 2013 ]

Czy chrześcijanin oddaje się w niewolę?

Jak poznaje Kościół (4)

Jaro­sław Dudycz w tek­ście „Pozna­nie w Koście­le” zary­so­wał dość kary­ka­tu­ral­ną wizję inte­lek­tu­al­nej posta­wy chrze­ści­jan. Arty­kuł zasad­ni­czo opie­ra się na dwóch tezach, któ­re zamie­rzam osob­no sko­men­to­wać. Pierw­sza z nich spro­wa­dza się do przy­ję­cia, że chrze­ści­ja­nie cał­ko­wi­cie pole­ga­jąc na naucza­niu Kościo­ła, jed­no­cze­śnie zrze­ka­ją się wła­sne­go poten­cja­łu poznaw­cze­go i doko­nu­ją pod­da­nia wła­sne­go rozu­mu. Kato­li­cy, zda­niem Dudy­cza, pod­pa­da­ją pod szcze­gól­ny przy­pa­dek znie­wo­le­nia inte­lek­tu­al­ne­go, ponie­waż przed­kła­da­ją przy­pi­sy­wa­nie im okre­ślo­nych postaw i wybo­rów przez obce cia­ło Kościo­ła, ponad wła­sną nie­za­leż­ność.

Na samym począt­ku powin­ni­śmy się zasta­no­wić jak w ogó­le, w naj­szer­szym sen­sie, prze­bie­ga pozna­nie ludz­kie. Filo­zo­fo­wie wska­zy­wa­li na wie­le moż­li­wych inter­pre­ta­cji tej kwe­stii, lecz nadal sto­sun­ko­wo dużą popu­lar­no­ścią cie­szy się tak zwa­na tra­dy­cyj­na kon­cep­cja wie­dzy, któ­rą for­mu­łu­je Pla­ton w „Teaj­te­cie”. Zgod­nie z nią, jeśli posia­da­my pew­ne prze­ko­na­nie, potra­fi­my je uza­sad­nić, a co za tym idzie dowieść jego praw­dzi­wo­ści, wte­dy może­my twier­dzić, że coś pozna­li­śmy. Jed­nym z klu­czo­wych ele­men­tów pla­toń­skiej defi­ni­cji jest praw­dzi­wość. Tę z kolei może­my rozu­mieć wie­lo­ra­ko: bądź jako kore­spon­do­wa­nie z rze­czy­wi­sto­ścią, z jakimś sta­nem rze­czy, bądź też jako wewnętrz­ną spój­ność sys­te­mu prze­ko­nań, któ­ry wyzna­je­my, jego kohe­ren­cję. W obu wypad­kach czymś nie­po­żą­da­nym jest posia­da­nie co naj­mniej jed­nej pary sprzecz­nych prze­ko­nań. Tak też twier­dzi Jaro­sław Dudycz pisząc, że tam „gdzie się poja­wia­ją sprzecz­no­ści, tam nie moż­na mówić, żeśmy dane zagad­nie­nie pozna­li”. Wyda­je się jed­nak, że Jaro­sław Dudycz nie bie­rze pod uwa­gę prag­ma­tycz­ne­go rozu­mie­nia praw­dy, a co za tym idzie – poj­mo­wa­nia roli reli­gii, co sta­wia pod dużym zna­kiem zapy­ta­nia jego dal­sze kon­klu­zje. Jeśli pod­sta­wo­wym zada­niem chrze­ści­jań­stwa ma być zmia­na życia wier­nych na lep­sze, nada­nie mu sen­su, to kry­te­ria, któ­ry­mi będzie­my się posłu­gi­wać do osą­dze­nia praw­dzi­wo­ści prze­ko­nań chrze­ści­jań­skich, ule­gną zmia­nie.

Chrze­ści­jań­stwo nie jest po pro­stu teo­rią, któ­ra ma za zada­nie dostar­czyć pew­ne­go opi­su świa­ta. Peł­ni znacz­nie wię­cej funk­cji i przez to sta­je się znacz­nie ambit­niej­szym pro­jek­tem, a mia­no­wi­cie upo­rząd­ko­wa­niem całe­go życia; nada­nia mu kate­go­rii, któ­re uza­sad­nia­ją nasze wybo­ry, przede wszyst­kim zaś jest chrze­ści­jań­stwo wyzna­cze­niem celu, do któ­re­go war­to dążyć. Pozo­sta­jąc na grun­cie filo­zo­ficz­nym, wyda­je się, że jest rówież nie tyl­ko nie­sprzecz­nym wyja­śnie­niem rze­czy­wi­sto­ści, podob­nym do nauko­we­go opi­su. Przy­po­mi­na raczej grę języ­ko­wą w sen­sie Wit­t­gen­ste­ina – upo­rząd­ko­wa­ną prak­ty­kę, któ­ra posia­da wewnętrz­ne regu­ły, respek­to­wa­ne przez użyt­kow­ni­ków w dzia­ła­niu (nawet nie­świa­do­mie – wystar­czy samo uczest­nic­two). A te prze­cież nie pod­pa­da­ją pod twar­de poję­cia praw­dy czy fał­szu. Tym samym sto­so­wa­nie wobec nie­go wyma­ga­ją­cych kry­te­riów racjo­nal­no­ści, obec­nych w teo­riach nauko­wych, jest pod­sta­wo­wym błę­dem.

Autor twier­dzi tak­że, że „bez­re­flek­syj­ne zda­nie się na Kościół psu­je ideę pozna­wa­nia, poważ­nie nisz­czy tę jed­ną z waż­niej­szych spraw­no­ści czło­wie­ka, wypro­wa­dza go z tro­ski o praw­dę o świe­cie do tro­ski o inte­res wła­snej gru­py reli­gij­nej”. To chy­ba jed­nak opi­nia sta­wia­na nie­co na wyrost. O ile sama bez­re­flek­syj­na posta­wa (nie­za­leż­nie od pro­ble­mu i dys­cy­pli­ny, w któ­rej wystę­pu­je) fak­tycz­nie jest czymś groź­nym, o tyle przej­ście od nisz­cze­nia wła­snej spraw­no­ści wraz z lek­ce­wa­że­niem praw­dy o świe­cie, na rzecz tajem­ni­cze­go „inte­re­su wła­snej gru­py reli­gij­nej” jest dość pro­ble­ma­tycz­ne. Czy chrze­ści­ja­nin fak­tycz­nie zamy­ka się w swo­im świa­to­po­glą­dzie na inne dys­kur­sy? Oczy­wi­ście, nie, a jeśli tak robi, to hoł­du­je głę­bo­ko nie­chrze­ści­jań­skiej prak­ty­ce. Chrze­ści­ja­nin jest powo­ła­ny do podej­mo­wa­nia dzia­ła­nia w rze­czy­wi­sto­ści stwo­rzo­nej, któ­re czę­ścio­wo, bo nie cał­ko­wi­cie, go dosko­na­li i pozwa­la upodob­nić się do Chry­stu­sa. Wie­rzy­my, że łaska jest do zba­wie­nia koniecz­nie potrzeb­na, ale naucza­nie Kościo­ła, a zwłasz­cza kato­lic­ka nauka spo­łecz­na, wyraź­nie twier­dzą, że aktyw­ność ludz­ka może przy­bli­żyć kró­le­stwo nie­bie­skie poprzez wła­sne i cią­głe nawró­ce­nie chrze­ści­jan. W koń­cu naszym zada­niem jest czy­nie­nie sobie Zie­mi pod­da­ną.

Dru­gim klu­czo­wym pro­ble­mem poru­szo­nym przez auto­ra jest zależ­ność, któ­ra zacho­dzi pomię­dzy pozna­niem i wia­rą. Dudycz zauwa­ża zmien­ność dok­try­ny kato­lic­kiej i wycho­dząc od tego zja­wi­ska wnio­sku­je, że zmien­ne naucza­nie Kościo­ła wcho­dzi w kon­flikt z zało­że­niem nie­zmien­nej wier­no­ści ludu Boże­go. Co wię­cej, zmia­ny sta­le zacho­dzą­ce w wykład­ni Magi­ste­rium zda­niem auto­ra gene­ru­ją sprzecz­no­ści, przez co nie może­my uznać chrze­ści­jań­skie­go sys­te­mu prze­ko­nań za racjo­nal­ny. Jak pisze: „sko­ro Kościół na prze­strze­ni wie­ków prze­bu­do­wy­wał róż­ne swo­je sta­no­wi­ska, ale zawsze wyma­gał od swo­ich dzie­ci wier­no­ści, to widać, że nie­rzad­ko bar­dziej niż o pozna­nie, szło mu o dys­cy­pli­nę i rząd dusz”. Autor zakła­da jed­ność praw­dy Kościo­ła i następ­nie posłu­gu­jąc się przy­kła­dem zmia­ny naucza­nia, sta­ra się wyka­zać nie­kon­se­kwen­cję i sprzecz­ność w naucza­niu Magi­ste­rium.

Taka sprzecz­ność jest jed­nak pozor­na i jeśli chcie­li­by­śmy ją utrzy­mać, to musie­li­by­śmy zało­żyć, że jed­ność praw­dy wyklu­cza jaką­kol­wiek zmia­nę naucza­nia. Tym­cza­sem wie­my, że w kato­li­cy­zmie takie zja­wi­sko jest czymś powszech­nym, choć wypa­da­ło­by wziąć pod uwa­gę jego szcze­gól­ną dyna­mi­kę, któ­rą zna­ko­mi­cie opi­su­je Hen­ri de Lubac w zna­nym dzie­le „Kato­li­cyzm”: „Jeden i ten sam Bóg jest Stwór­cą i Odku­pi­cie­lem, naucza Kościół. Zatem nie może być sprzecz­no­ści pomię­dzy Jego dzie­ła­mi, a więc przy­pusz­cze­nie, jako­by poni­ża­nie Stwo­rze­nia mia­ło pod­no­sić zna­cze­nie Odku­pie­nia, świad­czy o jakiejś zupeł­nej aber­ra­cji umy­sło­wej. Sło­wo, któ­re wcie­li­ło się dla napra­wie­nia i wypeł­nie­nia wszech­rze­czy, jest tym samym Sło­wem, któ­re «oświe­ca każ­de­go czło­wie­ka na świat przy­cho­dzą­ce­go». «Pan nie roz­wią­zu­je natu­ral­nych naka­zów pra­wa, ale je roz­sze­rza i uzu­peł­nia». Tak­że i wysłan­ni­cy Boży przy­cho­dzą nie burzyć, ale dopeł­niać; nie nisz­czyć, ale pod­no­sić, prze­mie­niać i uświę­cać” (s. 240-241). Kościół pod­le­ga prze­mia­nom, ale nigdy nie są to zmia­ny rady­kal­ne, cze­go czę­sto nie zauwa­ża­ją sami kato­li­cy. Ilu­stra­tyw­nym przy­kła­dem jest podej­ście wie­lu z nich (zarów­no postę­po­wych, jak i tra­dy­cjo­na­li­stów) do Sobo­ru Waty­kań­skie­go II. Zakła­da­ją, że Sobór podej­mu­jąc na sie­bie zada­nie więk­sze­go otwar­cia Kościo­ła na świat współ­cze­sny, jed­no­cze­śnie poże­gnał sta­re naucza­nie. Przez to Kościół wszedł na nową dro­gę, a nawet roz­po­czął swo­je wła­ści­we funk­cjo­no­wa­nie po okre­sie „wiel­kiej smu­ty”. Takie sta­no­wi­sko jest jed­nak oczy­wi­stym błę­dem i sama lek­tu­ra pism sobo­ro­wych potra­fi je szyb­ko zre­wi­do­wać. Vati­ca­num Secun­dum, będą­cy dla nas ostat­nim wyda­rze­niem tak duże­go for­ma­tu, rze­czy­wi­ście doko­nał otwar­cia, ale doko­na­ło się ono poprzez roz­sze­rze­nie dotych­cza­so­we­go dzie­dzic­twa Kościo­ła. W tym sen­sie Sobór nie prze­pro­wa­dził rady­kal­nej zmia­ny, a raczej pozwo­lił uwzględ­nić w kato­lic­kiej per­spek­ty­wie kwe­stie, któ­re wcze­śniej nie zaj­mo­wa­ły w nim cen­tral­nych pozy­cji (naj­bar­dziej popu­lar­ne to rola świec­kich w Koście­le oraz dia­log mię­dzy­re­li­gij­ny). Jed­nak twier­dze­nie, że wraz z Sobo­rem nastą­pi­ło zakwe­stio­no­wa­nie dotych­cza­so­we­go naucza­nia, jest czymś fał­szy­wym i funk­cjo­nu­je w ramach kry­ty­ko­wa­nej przez papie­ża Bene­dyk­ta XVI her­me­neu­ty­ki zerwa­nia. Z podob­nym zja­wi­skiem mamy do czy­nie­nia, gdy wydo­by­wa­my z histo­rii Kościo­ła pewien fakt i zesta­wia­my bez­kry­tycz­nie z sytu­acją obec­ną. Pamię­taj­my, że doko­nu­jąc takich zesta­wień zawsze musi­my brać pod uwa­gę kon­tekst, w jakim dane fak­ty mają miej­sce i dopie­ro przez jego pry­zmat może­my je zro­zu­mieć.

Dudycz dalej przyj­mu­je, że kwe­stia praw­dy pozo­sta­je dla Kościo­ła czymś nie­istot­nym, ponie­waż bio­rąc pod uwa­gę domnie­ma­ne sprzecz­no­ści, liczy się tyl­ko zaufa­nie wier­nych. Dobry wier­ny, to wier­ny mier­ny. Tutaj autor przy­pi­su­je chrze­ści­ja­nom nie­co wyobra­żo­ną posta­wę. Jeśli wie­rzy­my, że celem nasze­go życia jest pozna­wa­nie i naśla­do­wa­nie Chry­stu­sa, to zakła­da­my, że nie posia­da­my całej wie­dzy o Nim, a jedy­nie znaj­du­je­my się na dro­dze do pozna­nia nasze­go Boga. Praw­da chrze­ści­jań­stwa nie jest po pro­stu dana w obja­wie­niu, ponie­waż klu­czo­wym zada­niem jest pozna­wa­nie jej przez wier­nych, docho­dze­nie do uza­sad­nie­nia wyzna­wa­nych przez nas twier­dzeń, a tego doko­nać może­my tyl­ko dzię­ki zada­wa­niu pytań o treść naszej wia­ry. Jest to moż­li­we wła­śnie dla­te­go, że Chry­stus się nam obja­wił i będąc czło­wie­kiem stał się nam bli­ski (por. Lumen Fidei 15-17). To nato­miast zna­czy, że Bóg, pozo­sta­wia­jąc nas w sytu­acji ocze­ki­wa­nia Jego ponow­ne­go przyj­ścia, dał nam narzę­dzia pozwa­la­ją­ce Go odkry­wać. Jako kato­lik nigdy nie mogę przy­pi­sy­wać sobie posia­da­nia całej praw­dy, bo wie­rzę, że całą praw­dę posia­da Chry­stus. Moim zada­niem jest jej sta­łe odkry­wa­nie i inter­pre­to­wa­nie.

Nie ma po pro­stu jed­ne­go nie­zmien­ne­go porząd­ku – jest za to sze­reg inter­pre­ta­cji, któ­re sta­ra­ją się uła­twić zro­zu­mie­nie chrze­ści­jań­skie­go prze­sła­nia. Obja­wie­nie odgry­wa swo­ją rolę o tyle, o ile jest pozna­wa­ne przez wier­nych i apli­ko­wa­ne do codzien­nej prak­ty­ki. Być może zabrzmi to nie­co ryzy­kow­nie, ale twier­dzę, że śmierć krzy­żo­wa Chry­stu­sa nabie­ra zna­cze­nia dopie­ro w całym miste­rium Tri­du­um, któ­re otwie­ra Wie­czer­nik, będą­cy aktem zało­że­nia Kościo­ła. Inny­mi sło­wy: cho­ciaż męka Chry­stu­sa jest koniecz­na dla zba­wie­nia rze­czy­wi­sto­ści stwo­rzo­nej, to jed­no­cze­śnie nie­ro­ze­rwal­nie spla­ta się z misją Kościo­ła, któ­ry ma za zada­nie pozna­wać jej zna­cze­nie i aktyw­nie reali­zo­wać jej prze­sła­nie. Chry­stus naka­zu­je uczniom czy­nić ofia­rę na znak i podo­bień­stwo jego wła­snej. Wte­dy jesz­cze apo­sto­ło­wie nie rozu­mie­li inten­cji Nauczy­cie­la, któ­re sta­ły się dla nich czymś jasnym na Gol­go­cie. Chry­stus zba­wia przez swo­ją śmierć, ale obja­wie­nie poj­mo­wa­ne jako praw­da wyma­ga prze­ka­zu przez uczniów, któ­rych dzie­dzi­ca­mi jeste­śmy my wszy­scy. Taka jest wła­śnie misja Kościo­ła, któ­ry doko­nu­je sta­łe­go roz­po­zna­nia praw­dy Chry­stu­sa w swym naucza­niu. Nie przez jego zmia­nę, ale roz­wój dok­try­ny, któ­ry doko­nu­je się we wła­snym, swo­bod­nym tem­pie. Tu znów war­to przy­wo­łać de Luba­ca: „Nie wystar­czy bowiem nie­wol­ni­cze naśla­dow­nic­two (…) Tyl­ko pod warun­kiem wysił­ku twór­czych prze­kształ­ceń i zasto­so­wań może­my na nowo prze­żyć sze­ro­ki huma­nizm Ojców i odna­leźć mistycz­ne­go ducha ich egze­ge­zy. Dom, któ­ry my z kolei i na nasz wła­sny rachu­nek mamy budo­wać – bo Kościół jest nie­usta­ją­cą budo­wą na wiecz­nych fun­da­men­tach – nie­raz od tam­tych cza­sów zmie­niał już styl. Dla­te­go to, bynaj­mniej nie uwa­ża­jąc się za coś lep­sze­go od Ojców, win­ni­śmy nada­wać budo­wie nasz wła­sny styl, to zna­czy styl, któ­ry odpo­wia­da naszym potrze­bom i naszym pro­ble­mom.” (s. 273).

Jaro­sław Dudycz fał­szy­wie inter­pre­tu­je sytu­ację chrze­ści­jan, któ­rzy prze­cież samo­dziel­nie i dobro­wol­nie godzą się na obec­ność sprzecz­no­ści w ich świa­to­po­glą­dzie, co nie czy­ni go mniej kohe­rent­nym. Ta sprzecz­ność to wia­ra w Boga, któ­ry stał się czło­wie­kiem. Za nią idą kolej­ne: jed­nost­ki, któ­ra odda­ła swe życie za cały świat; Boga, któ­ry zara­zem jest spra­wie­dli­wy, jak i miło­sier­ny. Dodat­ko­wo nale­ży pamię­tać, że wia­ra nie jest wie­dzą, dla­te­go nakła­da­nie na nią tych samych kry­te­riów jest pod­sta­wo­wym błę­dem auto­ra. Chrze­ści­jań­stwo dostar­cza nam pew­nej praw­dy, ale ma ona szcze­gól­ny wymiar egzy­sten­cjal­ny. Ma wpły­wać na nasze czy­ny, moty­wo­wać je i zabi­jać w nas kle­ry­kal­ną bier­ność. Stąd choć­by pro­ble­ma­tycz­ność kwe­stii dowo­dów na ist­nie­nie Boga - nie moż­na ich trak­to­wać jako wyłącz­ne­go argu­men­tu na rzecz praw­dzi­wo­ści teizmu, a jedy­nie jako racjo­nal­ną pró­bę zro­zu­mie­nia feno­me­nu wia­ry. Miej­my na uwa­dze, że sam świę­ty Anzelm po prze­pro­wa­dze­niu zna­ne­go onto­lo­gicz­ne­go argu­men­tu za ist­nie­niem Boga pod­kre­ślił, że nie ma on żad­ne­go efek­tu dla jego wia­ry, nie wie­rzy dzię­ki nie­mu bar­dziej czy mniej. Zga­dzam się, że posta­wa chrze­ści­jan może być poj­mo­wa­na jako for­ma nie­wo­li. Ale taka nie­wo­la jest zawsze przez wie­rzą­ce­go wybie­ra­na – jest świa­do­mym zło­że­niem kom­pe­ten­cji rozu­mu w obli­czu doświad­cza­nej tajem­ni­cy. I wie­rzy­my, że jako taka sta­je się fun­da­men­tem zro­zu­mie­nia praw­dzi­wej wol­no­ści w Bogu.

 

W cyklu „Jak poznaje Kościół” ukazały się teksty: