myslimy
| 17 września 2013 ]

Czyż ktoś im rzekł

Na YouTu­bie­moż­na zna­leźć coś na kształt ofi­cjal­ne­go tele­dy­sku do tego utwo­ru, fil­mo­wy kolaż scen ze stu­dia nagrań i z kon­cer­tów prze­no­szą­cy nas w póź­ne lata 90., gdy w modzie, przy­naj­mniej w bran­ży muzycz­nej, były T-shir­ty bia­łe i w moro oraz roz­pię­te pod szy­ją koszu­le. „Gdy wiatr i deszcz” Miro­sła­wa Czy­ży­kie­wi­cza, pio­sen­ka do wier­sza Tho­ma­sa Hardy’ego w tłu­ma­cze­niu Sta­ni­sła­wa Barań­cza­ka. Pro­mo­wa­ła pły­tę „Ave” nagra­ną jesie­nią 1997 roku, gdy mia­łem lat dzie­sięć.

„Ci tam sto­ją­cy przy pia­ni­ście…” – śpie­wa mło­dy Czy­ży­kie­wicz i jed­no­cze­śnie widzi­my dźwię­kow­ców w stu­diu i przez moment nawet dłoń pia­ni­sty z obrącz­ką na ser­decz­nym pal­cu. Treść utwo­ru i jego wyko­na­nie zle­wa­ją się więc, przy­naj­mniej przez pierw­szą zwrot­kę, w jed­no, a że Har­dy chce swo­im wier­szem przy­po­mnieć o prze­mi­ja­niu – o tym, że po bez­tro­skim muzy­ko­wa­niu zosta­nie kie­dyś led­wie wspo­mnie­nie – nasze oglą­da­nie tego nagra­nia wła­śnie teraz, po pięt­na­stu latach, też wta­pia się w ową jed­ną całość tre­ści, wyko­na­nia i odbio­ru, owo jed­no wiel­kie arty­stycz­ne doświad­cze­nie prze­mi­ja­nia:

„Ci tam, sto­ją­cy przy pia­ni­ście –
On, ona, wszy­scy, sopran, tenor,
Bas; ulu­bio­ne ich pio­sen­ki;
Świe­ce wbrew cie­niom
Jasne, wbrew dniom żywe dźwię­ki… –
Czyż ktoś im rzekł, że lat bieg…”.

Emo­cje przy słu­cha­niu tej pio­sen­ki są sil­niej­sze niż przy samej tyl­ko lek­tu­rze wier­sza. I inne, bo Czy­ży­kie­wicz twór­czo zmie­nił utwór Hardy’ego. Pomi­nął choć­by w każ­dej zwrot­ce ostat­ni, naj­bar­dziej melan­cho­lij­ny wers (a rymu­ją­cy się z pierw­szym, naj­bar­dziej weso­łym), w któ­rym bez­tro­sce ludz­kich aktyw­no­ści prze­ciw­sta­wio­ny jest wprost jakiś przy­po­mi­na­ją­cy o prze­mi­ja­niu obraz: spa­da­ją­cych liści („Jakim tłu­mem kołu­ją, lecą cho­re liście” – stoi w wer­sji dru­ko­wa­nej na koń­cu powyż­szej, pierw­szej zwrot­ki), mew lecą­cych w burzy, muru odar­te­go z pną­cych się po nim nie­gdyś róż i wresz­cie desz­czu spły­wa­ją­ce­go „w row­ki liter w kamie­niu, ich imion”. Brak ostat­nie­go z tych wer­sów ma zresz­tą szcze­gól­ne zna­cze­nie, bo u Hardy’ego kazał on całą ostat­nią stro­fę, sta­no­wią­cą opis prze­pro­wadz­ki, trak­to­wać jako meta­fo­rę śmier­ci (ów dom, do któ­re­go nasi boha­te­ro­wie wno­szą „co naj­lep­sze­go w życiu zgro­ma­dzi­li” to chy­ba po pro­stu grób), a tak mamy tyl­ko kolej­ną bez­tro­ską aktyw­ność na liście, choć oczy­wi­ście o śmier­ci przy­po­mi­na pośred­nio wzmian­ka o „lat bie­gu”. Inny jest też u Czy­ży­kie­wi­cza kli­mat – w wier­szu panu­je atmos­fe­ra melan­cho­lii, w pio­sen­ce mamy raczej bunt, zwłasz­cza w dru­giej poło­wie, gdy dłu­go­wło­sy bard śpie­wa całość jesz­cze raz, ale tym swo­im dru­gim, zadzior­niej­szym gło­sem, któ­ry tak pięk­nie brzmiał w pol­skiej wer­sji „Koni naro­wi­stych” Wysoc­kie­go. A zresz­tą nie tyl­ko bunt – jest tu cała gama ludz­kich reak­cji. Dobre pod­su­mo­wa­nie sta­no­wi to, co ktoś (nie­ja­ka Kryn­ka) kie­dyś napi­sał pod inter­ne­to­wym szki­cem Jerze­go Sosnow­skie­go o „Gdy wiatr i deszcz” (może to nie­co naiw­ne, ale przy­znam się: cza­sem lubię naiw­ność, ckli­wość, nawet banał): „Dla mnie – praw­dzi­wa opo­wieść o prze­mi­ja­niu. O umie­ra­niu. I żal, i zgo­da, i uśmiech, i miłość, i czu­łość, i bunt. Ja to bym chcia­ła tak żyć, jak on to zaśpie­wał. Zawsze kie­dy w Trój­ce to sły­sza­łam […] to przez cały czas jej trwa­nia jakiś bez­dech mnie dopa­dał. Jak wie­le lat temu, z mamą i dziad­kiem na wozie z dopie­ro zebra­nym z pola zbo­żem, w burzy i desz­czu”.

* * *

Zaj­mij­my się jed­nak wier­szem, któ­re­go prze­sła­nie jest bar­dziej jed­no­znacz­ne niż pio­sen­ki: wszyst­ko prze­mi­ja, zani­ka i chy­ba tyl­ko zapo­mi­na­jąc o tej gorz­kiej praw­dzie, moż­na cie­szyć się uro­ka­mi życia. A więc albo praw­da, albo radość.

Jerzy Sosnow­ski dostrze­ga tu wyraz ogól­no­ludz­kiej świa­do­mo­ści „kohe­le­tycz­nej”, świa­do­mo­ści „nachy­le­nia naszej rze­czy­wi­sto­ści ku śmier­ci”, osło­dzo­nej szczyp­tą czu­ło­ści „wobec czło­wie­ka, sta­ra­ją­ce­go się upra­wiać sztu­kę, dbać o ścież­ki i się bawić […] pomi­mo meta­fi­zycz­ne­go hor­ro­ru, w któ­ry wpa­dli­śmy z chwi­lą uro­dze­nia”. Zasta­na­wiam się jed­nak, czy tak jest rze­czy­wi­ście. Czy rze­czy­wi­ście to nasze kru­che i pod­da­ne prze­mi­ja­niu życie jest osta­tecz­nie „meta­fi­zycz­nym hor­ro­rem”? Czy dyle­mat: albo pamię­tam o prze­mi­ja­niu i roz­pa­czam albo nie pamię­tam i się bawię, jest napraw­dę czymś nie­usu­wal­nym, czymś ogól­no­ludz­kim i ponad­cza­so­wym? Albo ina­czej: czy Księ­ga Kohe­le­ta (Sosnow­ski mówi o „świa­do­mo­ści kohe­le­tycz­nej”) jest rze­czy­wi­ście ostat­nim sło­wem, jakie powie­dzia­no w spra­wie prze­mi­ja­nia?

* * *

Pod­mio­tem lirycz­nym utwo­ru „Gdy wiatr i deszcz” mógł­by być Sta­ni­sław Wokul­ski:

„Ludzie, któ­rzy je budo­wa­li z wiel­ką pra­cą – myślał boha­ter „Lal­ki” widząc mury ota­cza­ją­ce rynsz­tok, na miej­scu któ­re­go mia­ły według jego pozy­ty­wi­stycz­nych marzeń powstać pięk­ne bul­wa­ry – mie­li tak­że na celu zdro­wie, bez­pie­czeń­stwo, mają­tek, a może zaba­wy i piesz­czo­ty. I gdzie oni są? Zosta­ły po nich spę­ka­ne mury, jak sko­ru­pa po śli­ma­ku daw­nej epo­ki. A cały poży­tek z tego sto­su cegieł, i tysią­ca innych sto­sów, będzie, że przy­szły geo­log nazwie je ska­łą ludz­kie­go wyro­bu, jak my dziś kora­lo­we rafy albo kre­dę nazy­wa­my ska­ła­mi wyro­bu pier­wot­nia­ków. I cóż ma z tru­du swe­go czło­wiek, i z prac tych, któ­re wsz­czął pod słoń­cem? Zni­ko­mość jego dzie­ła goń­cem, a żywot jego mgnie­niem powiek. Gdziem ja to czy­tał? Gdzie? Mniej­sza o to”.

Czy­tał oczy­wi­ście w Księ­dze Kohe­le­ta, bo Wokul­skie­go też dość czę­sto – w chwi­lach, gdy nie był sza­lo­nym roman­ty­kiem – dopa­da­ła „świa­do­mość kohe­le­tycz­na”. I tu poja­wia się pewien trop: może owa świa­do­mość nie jest jed­nak czymś aż tak „ogól­no­ludz­kim”, może szcze­gól­nie obja­wia­ła się w pew­nych krę­gach, np. u pol­skich pozy­ty­wi­stów albo angiel­skich pisa­rzy i poetów epo­ki wik­to­riań­skiej (takich jak Arnold, Mill, Car­ly­le, King­sley, Mere­dith, Har­dy wła­śnie), któ­rych udzia­łem było wyda­rze­nie zna­ne w histo­rii idei pod nazwą „wik­to­riań­skie­go kry­zy­su wia­ry”? Może „świa­do­mość kohe­le­tycz­na” rodzi się po pro­stu wte­dy, gdy ule­ga­my zwąt­pie­niu? Gdy nie wie­rzy­my już w Cel, w Sens, w Wiecz­ność?

Ci wszy­scy ludzie – cze­mu oni tak bez­tro­sko muzy­ku­ją przy pia­ni­nie („sopran, tenor, bas”), cze­mu porząd­ku­ją ścież­ki w par­ku, cze­mu ucztu­ją na tra­wie, cze­mu meblu­ją nowy dom? Czy nikt im nie powie­dział, że nie ma żad­ne­go więk­sze­go Celu, któ­ry mógł­by objąć nasze małe ludz­kie cele? Żad­ne­go więk­sze­go Sen­su zdol­ne­go usen­sow­nić wszyst­ko, co się wyda­rza? Żad­nej Wiecz­no­ści, oca­la­ją­cej to, co dobre w naszym prze­mi­ja­ją­cym świe­cie? Czy ktoś im rzekł – czy ktoś im wresz­cie powie – że bie­gną lata, że zosta­ną po nich tyl­ko „row­ki liter w kamie­niu, ich imion”?

* * *

Zda­je mi się, że chrze­ści­jań­stwu „świa­do­mość kohe­le­tycz­na” jest zupeł­nie obca. Pamię­ta ono oczy­wi­ście o prze­mi­ja­niu, i to tak samo dobrze, jak Har­dy – wśród jego ksiąg od zawsze był i Kohe­let. Ale tak jak Kohe­let jest tyl­ko jed­ną z wie­lu skła­do­wych Biblii, któ­rej zwień­cze­niem jest Ewan­ge­lia, tak prze­mi­ja­nie jest dla chrze­ści­jan tyl­ko jed­nym z ele­men­tów bosko-ludz­kie­go uni­wer­sum, sto­ją­ce­go pod zna­kiem Zmar­twych­wsta­nia. Zmar­twych­wsta­nie zaś co praw­da nie unie­waż­nia melan­cho­lii, żalu, bólu (u zmar­twych­wsta­łe­go Pana rany pozo­sta­ją) i nie każe o nich zapo­mnieć, ale napeł­nia je sen­sem i jak­by neu­tra­li­zu­je doświad­cze­nia­mi z prze­ciw­ne­go bie­gu­na: nadzie­ją, rado­ścią, chwa­łą, czu­ło­ścią (któ­rej nuta u Hardy’ego jest być może świa­dec­twem jego, mimo wszyst­ko, „ano­ni­mo­we­go chrze­ści­jań­stwa”). Chrze­ści­ja­nin prze­cież cze­ka nie­cier­pli­wie na nie­bo! W ogó­le dyle­mat: albo pamię­tam o „meta­fi­zycz­nym hor­ro­rze, w któ­ry wpa­dli­śmy z chwi­lą uro­dze­nia”, albo nor­mal­nie żyję, jest w chrze­ści­jań­stwie prze­kro­czo­ny. I pamię­tam, i żyję, bo pamięć o złu i cier­pie­niu jest czę­ścią życia – cóż by to było za życie w amne­zji lub kłam­stwie? – a zresz­tą na Krzy­żu oka­za­ło się, że w „meta­fi­zycz­nym hor­ro­rze” cho­dzi po pro­stu o miłość i ufność aż do koń­ca.

Chrze­ści­jań­stwo jest bar­dziej jak pio­sen­ka Czy­ży­kie­wi­cza, w któ­rej jest „i żal, i zgo­da, i uśmiech, i miłość, i czu­łość, i bunt”, niż jak wiersz Hardy’ego. Choć wiersz, trze­ba przy­znać, też genial­ny.