widzimy
| 18 kwietnia 2013 ]

Dar ostatniej chwili

Wiel­ka Sobo­ta, w domi­ni­kań­skim koście­le na War­szaw­skim Słu­że­wie panu­je pół­mrok. Nawet tu panu­je ten spe­cy­ficz­ny rytm świą­tecz­nych przy­go­to­wań, w któ­rym sacrum sty­ka się z pro­fa­num. Docho­dzi do mnie zapach kieł­ba­sy ze świę­con­ki, któ­rą ukrad­kiem pod­ja­da­ją dzie­ci, ukry­te w jed­nej z ławek. Pew­nie cze­ka­ją na rodzi­ca, któ­ry tak jak ja stoi w kolej­ce ostat­nich z ostat­nich do spo­wie­dzi.

Rem­brandt, Powrót syna mar­no­traw­ne­go

Zaci­skam ner­wo­wo ręce i sta­ram się nie patrzeć przed sie­bie. Chcia­ła­bym uciec, uciec od nie­po­ko­ju, że nie zdą­żę się wyspo­wia­dać, uciec przed moim nie­po­rad­nym rachun­kiem sumie­nia i wsty­dem, że ktoś weź­mie mnie za typo­we­go kato­li­ka ostat­niej chwi­li. Mój zega­rek wska­zu­je za pięt­na­ście pią­tą, czy­li zosta­ło jesz­cze pięt­na­ście minut do koń­ca cza­su prze­zna­czo­ne­go na spo­wiedź. Nagle docho­dzi do mnie głos z mikro­fo­nu. Pro­sze­ni jeste­śmy o uwa­gę. Powin­ni­śmy już koń­czyć, ale ojco­wie wyspo­wia­da­ją wszyst­kich, któ­rzy cze­ka­ją. Pro­szą tyl­ko, żeby nikt nowy już nie docho­dził do kolej­ki. Koń­czą defi­ni­tyw­nie o 17:20 i pro­szą o wyro­zu­mia­łość, gdyż chcie­li­by wziąć udział w nie­szpo­rach. Ogar­nia mnie fala zdu­mie­nia. W gło­wie prze­ma­wia­ją­ce­go ojca nie ma nuty kar­ce­nia czy obwi­nia­nia. Nikt nas nie wyrzu­ca. Otrzy­ma­my to, o co pro­si­li­śmy.

Zdą­żam ze spo­wie­dzią. Jest szyb­ka, ale nie bła­ha. Otrzy­mu­ję samą esen­cję tego, co naj­lep­sze. Wypeł­nia mnie fala spo­ko­ju.

Myślę o księ­żach spo­wia­da­ją­cych w Wiel­kie Sobo­ty, o sprze­daw­cach skle­pów czyn­nych do 17 w dni przed­świą­tecz­ne, o tych człon­kach rodzi­ny, któ­rzy przyj­mu­ją nasze zapro­sze­nia z ostat­niej chwi­li, o służ­bach odśnie­ża­ją­cych śnieg w wiel­ka­noc­ny pora­nek… To dzię­ki nim może­my świę­to­wać w spo­ko­ju.

Tego dnia spo­wiedź, do któ­rej przy­szłam prze­peł­nio­na wsty­dem i żalem, wypeł­ni­ła mnie sma­kiem wdzięcz­no­ści. Wdzięcz­no­ści za to, że są „ludzie ostat­niej chwi­li”, któ­rzy przyj­mą mnie z taką god­no­ścią i cier­pli­wo­ścią jak­bym przy­szła w pierw­szych dniach z czter­dzie­stu, a nie za pięt­na­ście sie­dem­na­sta. I chy­ba tak wła­śnie przyj­mu­je nas Bóg.