myslimy
| 8 lutego 2013 ]

Dialog postu z karnawałem

Raz na kil­ka lat kalen­darz litur­gicz­ny nie­odwo­łal­nie skra­ca nam czas kar­na­wa­łu. Sty­czeń i pierw­sza deka­da lute­go, wciąż rezo­nu­ją­ce odgło­sa­mi nowo­rocz­nych wystrza­łów, prze­peł­nio­ne feerią świa­teł, kwie­ci­stych i kolo­ro­wych kostiu­mów, wido­kiem peł­nych tajem­ni­cze­go wdzię­ku zdo­bio­nych wenec­kich masek oraz dyna­micz­nych, tanecz­nych ryt­mów nagle ustę­pu­ją miej­sca ciche­mu i nie­po­zor­ne­mu Popiel­co­wi.

Cóż z tego?! – mógł­by dra­ma­tycz­nie zapy­tać mal­kon­tent, narze­ka­ją­cy na coraz gor­szą kon­dy­cję współ­cze­snej cywi­li­za­cji, rosną­ce zeświec­cze­nie oraz postę­pu­ją­cy upa­dek tra­dy­cyj­nej kul­tu­ry. Kto dzi­siaj przej­mu­je się ostat­ka­mi, Wiel­kim Postem lub Śro­dą Popiel­co­wą?! Prze­cież kar­na­wał trwa teraz cały rok. Czy to pią­tek, czy świą­tek, impre­za musi być! Po cóż odda­wać się wiel­kiej roz­ryw­ce w ostat­ni wto­rek kar­na­wa­łu, sko­ro w śro­dę trze­ba pójść do pra­cy, a war­to było­by jesz­cze oszczę­dzać siły na kolej­ny, zaba­wo­wy week­end już za parę dni?

Johan­nes Lin­gel­bach, „Kar­na­wał w Rzy­mie” (frag­ment), ok. 1650 r.

Coś w tej pesy­mi­stycz­nej opty­ce może być na rze­czy. Coraz czę­ściej zani­ka w nas umie­jęt­ność zna­le­zie­nia rów­no­wa­gi pomię­dzy cza­sem rado­snej, nawet sza­lo­nej zaba­wy, a momen­ta­mi ciszy, reflek­sji i widocz­nej na zewnątrz powścią­gli­wo­ści. Brak rów­no­wa­gi poprze­dza­ją zazwy­czaj zawro­ty gło­wy, któ­re w skraj­nych przy­pad­kach koń­czą się przy­ję­ciem przez dotknię­te­go nimi nie­szczę­śliw­ca pozy­cji hory­zon­tal­nej. Tak i my, nie­raz prze­sy­ce­ni tęt­nią­cym zgieł­kiem muzy­ki świa­ta, ule­ga­my dys­kret­nym uro­kom skraj­no­ści. Ucie­ka­my w apa­tię i zupeł­ną nie­chęć do zaba­wy, uwa­ża­jąc ją za coś, jeże­li już nie grzesz­ne­go i podej­rza­ne­go, to cokol­wiek głu­pie­go i bez­war­to­ścio­we­go. Ale może­my się tak­że ukryć w trwa­ją­cym nie­ustan­nie, bez wzglę­du na oko­licz­no­ści kli­ma­cie bez­tro­skiej impre­zy, pocią­ga­ją­cym car­ni­val of life, o któ­rym śpie­wał przed laty Marc Almond.

Czy kar­na­wał i post są ska­za­ne na odwiecz­ny, cięż­ki spór lub nawet woj­nę, jak zgrab­nie uję­li to w tytu­le jed­nej ze swo­ich naj­słyn­niej­szych płyt Jacek Kacz­mar­ski, Prze­my­sław Gin­trow­ski i Zbi­gniew Łapiń­ski? Otóż nie. To wła­śnie na gra­ni­cy kar­na­wa­łu i postu, we wza­jem­nym ich przy­cią­ga­niu i odpy­cha­niu może­my doświad­czyć wiel­kie­go para­dok­su chrze­ści­jań­stwa, gdzie niczym w baro­ko­wej poezji łączą się ze sobą wszyst­kie prze­ci­wień­stwa. Radość i łzy, sza­leń­stwo i umiar, chłód i upał, wywa­żo­na reflek­sja i gorą­ce emo­cje, dyna­mi­ka i sta­ty­ka.

We wcze­snym Koście­le, już za cza­sów świę­te­go papie­ża Grze­go­rza I żyją­ce­go na prze­ło­mie VI i VII wie­ku, po uprzed­nim usta­le­niu 40-dnio­we­go okre­su Wiel­kie­go Postu poprze­dza­ją­ce­go Świę­to Zmar­twych­wsta­nia, ukształ­to­wał się zwy­czaj obcho­dze­nia trzy­ty­go­dnio­we­go litur­gicz­ne­go Przed­po­ścia. Jego głów­ny­mi punk­ta­mi były nie­dzie­le, bez­po­śred­nio poprze­dza­ją­ce Popie­lec. Od licz­by dni dzie­lą­cych je od Pas­chy nazy­wa­ne odpo­wied­nio Sie­dem­dzie­siąt­ni­cą, Sześć­dzie­siąt­ni­cą i Pięć­dzie­siąt­ni­cą, naj­bliż­szą począt­ko­wi postu. W litur­gii zaczę­to wów­czas uży­wać fio­le­to­we­go, post­ne­go kolo­ru szat, zni­kał rado­sny śpiew mszal­ny „Alle­lu­ja”, choć nie mil­kły jesz­cze orga­ny. W wymia­rze zewnętrz­nym okres ten nie wyróż­niał się w zasa­dzie niczym szcze­gól­nym. Od Trzech Kró­li w naj­lep­sze trwał prze­cież kar­na­wał, któ­ry w ostat­nich dniach przed Śro­dą Popiel­co­wą osią­gał wręcz apo­geum. Mury miast i mia­ste­czek hucza­ły od muzy­ki, rado­sne­go tań­ca, koro­wo­dów prze­bie­rań­ców przy ryt­mach bęb­nów i pisz­cza­łek. Żar­to­wa­no i śmia­no się nie­mal ze wszyst­kie­go, łącz­nie z samym papie­żem i bisku­pa­mi, któ­rych gesty i sło­wa ocho­czo naśla­do­wa­no i paro­dio­wa­no, z nutą mniej lub bar­dziej wyraź­nej iro­nii. Sami adre­sa­ci tych żar­tów nie wyda­wa­li się obra­że­ni, udzie­la­jąc czę­sto ówcze­snym impre­zo­wi­czom spe­cjal­nych, kar­na­wa­ło­wych bło­go­sła­wieństw. Dyna­micz­ny kolo­ryt daw­ne­go kar­na­wa­łu szcze­gól­nie widać na obra­zach sta­rych wło­skich mistrzów, por­tre­tu­ją­cych pul­su­ją­ce emo­cja­mi zaba­wy na uli­cach Rzy­mu, Neapo­lu lub Wene­cji.

W daw­nej Pol­sce nie­dzie­le Przed­po­ścia mia­ły wła­sne nazwy, dzi­siaj przy­wo­ły­wa­ne być może tyl­ko przez stu­den­tów i pro­fe­so­rów etno­gra­fii: Sta­ro­za­pust­na, Mię­so­pust­na i Zapust­na. Nie­oce­nio­ny Jędrzej Kito­wicz w „Opi­sie oby­cza­jów za pano­wa­nia Augu­sta III” zapi­sał, jak bawio­no się w ostat­nie dni kar­na­wa­łu i Przed­po­ścia: „Naj­wię­cej tako­wych ochot spra­wia­li sobie począw­szy od Tłu­ste­go Czwart­ku aż do Wstęp­nej Śro­dy (Popiel­ca – przyp.); czę­sto zaś bar­dzo roz­sza­law­szy się, choć przy post­nych potra­wach, gwał­ci­li tań­ca­mi i pija­ty­ką i Wstęp­ną Śro­dę, i Wstęp­ny Czwar­tek, led­wo hamu­jąc się w swa­wo­li w pierw­szy pią­tek post­ny (…). W domach ato­li bisku­pich i duchow­nych tań­ce nie trwa­ły dłu­żej jak do świ­tu Wstęp­nej Śro­dy, i to tyl­ko tam, gdzie się mło­dzie­ży zbyt nogi roz­bie­ga­ły, a gospo­darz łagod­ny, nie­su­ro­wy obser­want cza­sów kościel­nych, nie chciał im psuć weso­łej fan­ta­zyi, dys­sy­mu­lu­jąc tę wio­len­cy­ją postu świę­te­go (dając bawią­cym się dys­pen­sę – przyp.), póki sami, zmor­do­wa­ni, nie prze­sta­li”. Tuż przed ostat­ka­mi urzą­dza­no rów­nież kuli­gi i wyści­gi na san­kach.

Jak jed­nak widzi­my, nastrój litur­gii w Przed­po­ściu był już poważ­ny i reflek­syj­ny. W modli­twach bre­wia­rzo­wych czy­ta­no frag­men­ty Księ­gi Rodza­ju – opis grze­chu pier­wo­rod­ne­go, póź­niej­sze­go poto­pu oraz powo­ła­nia Abra­ha­ma, któ­ry idąc za gło­sem boskiej inspi­ra­cji wycho­dzi z zie­mi rodzin­nej do Kana­anu (Rdz 12). Jakaż to dobit­na meta­fo­ra przej­ścia od bez­tro­ski kar­na­wa­łu do począt­ków postu! Litur­gię nie­dzie­li Sie­dem­dzie­siąt­ni­cą roz­po­czy­na­ły z kolei sło­wa peł­nej skar­gi anty­fo­ny na wej­ście ze sło­wa­mi z Psal­mu 18: „Ogar­nę­ły mnie fale śmier­ci / i zatrwo­ży­ły mnie odmę­ty nio­są­ce zagła­dę / W moim utra­pie­niu wzy­wam Pana i wołam do moje­go Boga”.

Czy jed­nak wszyst­ko to ozna­cza­ło odse­pa­ro­wa­nie się ryt­mu życia Kościo­ła od toczą­cych się poza mura­mi świą­tyń barw­nych zabaw, obję­cie ich uczest­ni­ków zbio­ro­wą, choć zawo­alo­wa­ną ana­te­mą i ciska­nie w bawią­cych się potę­pień­czych gro­mów? Jak widać nie. Ta wyda­wać by się mogło na pierw­szy rzut oka dziw­na dwo­istość sta­no­wi­ła ni mniej, ni wię­cej tyl­ko traf­ne, choć sym­bo­licz­ne odbi­cie całej ludz­kiej kon­dy­cji, roz­pię­tej mię­dzy bie­gu­na­mi: ema­nu­ją­ce­go rado­ścią szczę­ścia, wspól­ne­go tań­ca i zaba­wy a gnę­bią­ce­go smut­ku i cier­pie­nia, przed któ­ry­mi im dalej ucie­ka­my, tym bar­dziej nas dosię­ga­ją. To rów­nież odbi­cie dro­gi Chry­stu­sa, nio­są­ce­go krzyż przez cia­sne jero­zo­lim­skie ulicz­ki, obok stra­ga­nów z kolo­ro­wy­mi pta­ka­mi, bukła­ka­mi z winem i wiszą­cą na drew­nia­nych bel­kach błysz­czą­cą biżu­te­rią, w tle dźwię­ków pisz­cza­łek i bęb­nów towa­rzy­szą­cych miej­skim kome­dian­tom, wśród zmie­sza­nych spoj­rzeń kry­ją­cych się w bra­mach mło­dych, zako­cha­nych par.

Tak jest też w naszej codzien­no­ści, gdzie kar­na­wał i post idą rów­no­le­gły­mi, choć nie­raz nie­mo­gą­cy­mi się łatwo prze­ciąć ścież­ka­mi. Te wyda­wać by się mogło tak róż­ne, a nawet prze­ciw­staw­ne dro­gi współ­two­rzą żywe kolo­ry na ogrom­nej mapie życia nakre­ślo­nej nam przez Boga. Pozo­sta­jąc we wza­jem­nym, iskrzą­cym napię­ciu, radość i speł­nie­nie kar­na­wa­łu oraz wyrze­cze­nie i trud postu nie mogą bez sie­bie ist­nieć. Są prze­cież tak bli­skie sobie jak Boże Naro­dze­nie i Wiel­ka­noc w tego­rocz­nym kalen­da­rzu.

Cytat z Jędrze­ja Kito­wi­cza za wyd.: Seria Biblio­te­ki Naro­do­wej Wydaw­nic­twa Osso­li­neum, Wrocław−Warszawa 1970.