myslimy
| 11 października 2013 ]

Dlaczego wierzę Kościołowi

Jak poznaje Kościół (2)

Jaro­sław Dudycz w swo­im tek­ście posta­wił pro­blem cie­ka­wy i waż­ny, któ­ry nie jest mi obcy.

Pamię­tam, że w dys­ku­sjach ze świad­ka­mi Jeho­wy, argu­men­tem za praw­dzi­wo­ścią Kościo­ła i fał­szy­wo­ścią Towa­rzy­stwa Straż­ni­ca był fakt nie­zmien­no­ści nauk tego pierw­sze­go oraz zmien­no­ści naucza­nia Straż­ni­cy. Dużym zasko­cze­niem było dla mnie, gdy z cza­sem natkną­łem się na zarzu­ty, jako­by Kościół zmie­niał naucza­nie w kwe­stii powsta­nia i kształ­tu świa­ta, oce­ny nie­wol­nic­twa czy rozu­mie­nia Nie­po­ka­la­ne­go Poczę­cia Naj­święt­szej Marii Pan­ny. Zmien­ne były akcen­ty w poboż­no­ści, róż­nie oce­nia­no taniec, seks, czy wresz­cie podej­ście do wol­no­ści reli­gij­nej i eku­me­ni­zmu. W tych wszyst­kich kwe­stiach, po zgłę­bie­niu kon­kret­nych spraw, oka­zu­je się, że źró­dłem pro­ble­mu jest brak wie­dzy na temat pro­ble­mu.

Przede wszyst­kim trze­ba pamię­tać dla­cze­go Kościół ośmie­la się okre­ślać swo­je naucza­nie mia­nem nie­omyl­ne­go. Nie jest to miej­sce na roz­wi­nię­cie tego tema­tu, zain­te­re­so­wa­nych odsy­łam do kate­chi­zmu i opra­co­wań[1]. Nie trwał­bym w Koście­le, gdy­bym nie miał pew­no­ści, że Bóg jest, że w peł­ni obja­wił się w Chry­stu­sie, i że Kościół kato­lic­ki jest zało­żo­ny przez Zbaw­cę świa­ta. Fakt, że Chry­stus – Praw­da – jest Gło­wą Kościo­ła, jest dla mnie wystar­cza­ją­cym dowo­dem na nie­omyl­ność Jego Mistycz­ne­go Cia­ła. Nie trwał­bym w Koście­le, gdy­bym nie miał pew­no­ści, że wła­śnie on „może rze­czy­wi­ście dać gwa­ran­cję cze­goś” – przede wszyst­kim zba­wie­nia. Poza wia­rą i sakra­men­ta­mi – przez pra­wi­dło­we ukształ­to­wa­nie sumie­nia, jasne wska­zy­wa­nie na dobro i prze­strze­ga­nie przed złem.

Kolej­ną kwe­stią jest hie­rar­chia kon­kret­nych kościel­nych dok­tryn. Czym innym są dogma­ty, orze­cze­nia o moral­no­ści, a czym innym prze­ja­wy poboż­no­ści, wypo­wie­dzi o ekle­zjal­nej modzie czy róż­ne prak­ty­ki dusz­pa­ster­skie. Co jed­nak istot­ne, jeśli w kwe­stii poważ­nej Kościół rze­czy­wi­ście zmie­ni zda­nie - np. jeśli orzek­nie, że Mary­ja jed­nak nie zosta­ła wnie­bo­wzię­ta, że abor­cja czy seks poza­mał­żeń­ski nie zawsze są grze­chem, czy że wol­ność reli­gij­na potę­pio­na nie­gdyś przez papie­ży ma wejść do kato­lic­kiej nauki spo­łecz­nej – taki Kościół prze­sta­nie być Kościo­łem Chry­stu­sa, papież gło­szą­cy takie nauki prze­sta­nie być kato­lic­kim papie­żem, a Chry­stu­so­wa Ecc­le­sia Mili­tans będzie dalej pro­wa­dzi­ła wal­kę o zba­wie­nie sie­bie i świa­ta w jakichś sede­wa­kan­ty­stycz­nych czy kon­kla­wi­stycz­nych gru­pach (wszak „bra­my pie­kiel­ne go nie prze­mo­gą”).

Skup­my się jed­nak na pro­ble­mie, któ­ry posłu­żył jako przy­kład Jaro­sła­wo­wi Dudy­czo­wi. Nie stu­dio­wa­łem nigdy głę­biej roz­wo­ju (a nie – zmian) kato­lic­kie­go podej­ścia do mał­żeń­skie­go sek­su. Wspo­mnia­ny przez Jaro­sła­wa Dudy­cza zwy­czaj powstrzy­my­wa­nia się od aktu sek­su­al­ne­go przed Eucha­ry­stią, sko­ja­rzył mi się raczej nie tyle z przy­pi­sy­wa­niem mał­żeń­skie­mu poży­ciu jakiejś grzesz­no­ści, co z prak­ty­ką pokut­ną (ana­lo­gicz­ną do postu eucha­ry­stycz­ne­go, skra­ca­ne­go od pon­ty­fi­ka­tu Piu­sa XII). Ma to nawet biblij­ne uza­sad­nie­nie (1 Sm 21, 5 – kapłan przed poda­niem Dawi­do­wi i jego towa­rzy­szom „świę­te­go chle­ba” pyta: „czy jed­nak mło­dzień­cy powstrzy­my­wa­li się cho­ciaż od współ­ży­cia z kobie­tą?”). Nawet u żydów, któ­rych obo­wią­zy­wa­ły rady­kal­ne prze­pi­sy wyłą­cza­ją­ce z kul­tu kobie­ty i męż­czyzn po ich akcie sek­su­al­nym, nie nio­sło to kon­se­kwen­cji moral­nych, a izo­la­cja czy oczysz­cza­nie rytu­al­ne nie były karą (por. Kpł 15). Pew­ne jest dla mnie, że Kościół nigdy mał­żeń­skie­go sek­su nie uwa­żał za grzesz­ny. Prze­ciw­nie – grze­chem jest nie­uza­sad­nio­ne powstrzy­my­wa­nie się od aktu mał­żeń­skie­go (mówi się i dziś o „obo­wiąz­ku mał­żeń­skim”). Nie przy­pad­kiem impo­ten­cja (a nie – bez­płod­ność) jest prze­szko­dą do waż­ne­go zawar­cia związ­ku mał­żeń­skie­go.

O roz­wo­ju w tej mate­rii może­my mówić rów­nież w kwe­stii celów poży­cia. Już nie naucza się o pierw­szo­rzęd­nym (pro­kre­acja) i dru­go­rzęd­nym (rela­cje mał­żon­ków) celu aktów sek­su­al­nych, a oba te cele sta­wia się raczej na rów­ni (jest to też wska­za­nie na róż­ni­cę mię­dzy sek­su­al­no­ścią zwie­rzę­cą i ludz­ką).

Kościół nie może zmie­nić naucza­nia o anty­kon­cep­cji, bo pocią­gnę­ło­by to w kon­se­kwen­cji rewo­lu­cję w (wów­czas już nie-) kato­lic­kiej ety­ce sek­su­al­nej. W kato­li­cy­zmie nie powin­ny mieć miej­sca żad­ne rewo­lu­cje, żad­ne „dok­try­nal­ne zwro­ty akcji”. Anty­kon­cep­cja jest zła nie dla­te­go, że jest szko­dli­wa dla związ­ku i jed­no­stek (Jaro­sław Dudycz wspo­mniał tyl­ko o dru­go­rzęd­nych argu­men­tach psy­cho­lo­gicz­no-dusz­pa­ster­skich). Anty­kon­cep­cja jest grze­chem, bo ude­rza w zamysł Stwór­cy – seks ma kon­kret­ne cele, któ­rych nie moż­na pomi­jać przy jego moral­nej oce­nie. Jeśli któ­ryś z celów zaczę­ło­by się rela­ty­wi­zo­wać, kon­se­kwent­nie za moral­ną trze­ba by uznać mastur­ba­cję czy seks homo­sek­su­al­ny.

Nawet jeśli nie­któ­re argu­men­ty za kato­lic­kim rozu­mie­niem sek­su­al­no­ści (zaspo­ka­ja­nie popę­du płcio­we­go ma słu­żyć pro­kre­acji i budo­wa­niu wię­zi mał­żeń­skiej) z cza­sem oka­żą się błęd­ne lub nie­ak­tu­al­ne, nicze­go to w tej spra­wie nie zmie­ni – np. w dzi­siej­szych pod­ręcz­ni­kach do ety­ki nie stra­szy się już cudzo­łoż­ni­ków licz­ny­mi cho­ro­ba­mi, nie tyl­ko wene­rycz­ny­mi, gdyż nauka wyka­za­ła absur­dal­ność więk­szo­ści tego typu poglą­dów). Ina­czej o sek­su­al­no­ści wypo­wia­da­li się Jan Paweł II i Bene­dykt XVI, jed­nak samo sed­no pozo­sta­wa­ło oczy­wi­ście nie­zmien­ne. Podob­nie jak z dogma­tem – nie jest obję­ta nie­omyl­no­ścią argu­men­ta­cja uży­ta w cza­sie ogła­sza­nia danej dok­try­ny, lecz sama jej isto­ta.

Jak widać, anty­kon­cep­cji nie moż­na posta­wić na rów­ni z kwe­stia­mi, któ­rych inter­pre­ta­cja w Koście­le się zmie­nia­ła (np. taniec), albo może się zmie­nić (np. celi­bat dla łaciń­skich księ­ży). Są sytu­acje, kie­dy kon­kret­ne środ­ki anty­kon­cep­cyj­ne mogą być dopusz­czal­ne, ale nigdy, jeśli mia­ły­by one na celu zapo­bie­ga­nie poczę­ciu (np. tablet­ki hor­mo­nal­ne dla kobiet mają­cych pro­ble­my z cerą, czy inna kwe­stia – pre­zer­wa­ty­wy dla męskich pro­sty­tu­tek zaka­żo­nych HIV, jako krok w stro­nę uwraż­li­wia­nia sumie­nia).

Być może kwe­stią do dal­szej dys­ku­sji (o ile już nie roz­strzy­gnię­tą), jest oce­na moral­na anty­kon­cep­cji sto­so­wa­nej poza mał­żeń­stwem.

Naj­bar­dziej inspi­ru­ją­cy w tek­ście Jaro­sła­wa Dudy­cza jest ostat­ni aka­pit. Jak wspo­mnia­łem, są w Koście­le kwe­stie trze­cio­rzęd­ne, do któ­rych z cza­sem (razem ze świa­tem) Kościół może podejść ina­czej. Tak dzie­je się w kwe­stiach nie­te­olo­gicz­nych (np. medy­cy­na, astro­no­mia), albo kul­tu­ro­wych (taniec, polo­wa­nie, teatr). W tych przy­pad­kach jest natu­ral­ne, że raz Kościół mówi X, by póź­niej się zre­flek­to­wać i orzec Y. Ale to nie zna­czy, że Kościół ma ogól­ne pro­ble­my poznaw­cze. To zna­czy, że w tych (mniej istot­nych dla zba­wie­nia) kwe­stiach bazu­je na tym, co już wypra­co­wa­no. W spra­wach doty­czą­cych Boże­go zamy­słu wobec świa­ta naucza­nie Kościo­ła musi być nie­zmien­ne. W tej ekle­zjal­nej epi­ste­mo­lo­gii moż­na doszu­ki­wać się ana­lo­gii do sta­re­go pro­ble­mu świę­te­go Kościo­ła grzesz­nych ludzi.

Cie­kaw­sza jest jed­nak teza zawar­ta w pierw­szym zda­niu: „Kościół nie chce się pod­po­rząd­ko­wać uzna­nym stan­dar­dom poznaw­czym”. Ciśnie się na usta seria pytań: jakim stan­dar­dom? Uzna­nym kie­dy i przez kogo? Dla­cze­go powi­nien się pod­po­rząd­ko­wać? Kto i dla­cze­go ma więk­szy niż Kościół Jezu­sa Chry­stu­sa auto­ry­tet do orze­ka­nia o moral­no­ści?

Sko­ro już padło hasło „epi­ste­mo­lo­gia”, zatrzy­maj­my się na pierw­szym pyta­niu. Czy w dzi­siej­szym świe­cie panu­je zgo­da co do stan­dar­dów poznaw­czych? Czy tę samą meto­dę poszu­ki­wa­nia praw­dy zasto­su­je fizyk i psy­cho­log, praw­nik i lekarz, infor­ma­tyk i teatro­log?

Oba­wiam się, że Dudycz wpa­da tu w zasadz­kę pozy­ty­wi­stów, któ­rzy w meto­dzie nauko­wej chcie­li widzieć zasa­dę uni­wer­sal­ną, co zro­dzi­ło wizję deter­mi­ni­zmu, zabie­ra­ją­ce­go nie tyl­ko wol­ność, ale i pięk­no. Miłość czy­ni che­mią, a popę­dy każe reali­zo­wać, bo taka jest natu­ra rze­czy. Jeśli nie ma wol­no­ści, nie ma też odpo­wie­dzial­no­ści. A w kon­se­kwen­cji nie ma oso­by.

Pozna­nie moral­ne jest czymś innym, niż pozna­nie nauko­we. Gdy roz­ma­wia­my o Koście­le, dodać też do tego trze­ba pozna­nie teo­lo­gicz­ne (np. wspo­mnia­ne przez Dudy­cza Obja­wie­nie – Pismo Świę­te i Tra­dy­cja). Natu­ral­nie one nie muszą (i nie powin­ny) się wyklu­czać.

Nie jestem posłusz­ny dogma­tycz­ne­mu naucza­niu Kościo­ła tyl­ko dla­te­go, że wie­rzę, że Chry­stus jest Praw­dą. Poza tym widzę, że sta­no­wi ono jedy­ny histo­rycz­nie i teo­lo­gicz­nie spój­ny sys­tem reli­gij­ny. Podob­nie z naucza­niem moral­nym – nie sta­ram się być mu wier­ny posłu­szeń­stwem ślep­ca (cho­ciaż nie uwa­żam takiej posta­wy za złą), ale po pro­stu widzę, że jest ono sen­sow­ne i doświad­czam, że jest dobre.

Tak, wie­rzę, że Kościół „pil­nu­je nie­zmien­ne­go porząd­ku”, bo pra­wo Boga jest nie­zmien­ne.

Nad moimi osą­da­mi chcę zawsze sta­wiać zda­nie Kościo­ła, bo to dla mnie pierw­szy front wal­ki z moją pychą.

To Kościół uczy, jak mam naśla­do­wać Chry­stu­sa i co to zna­czy, że mam być dosko­na­ły jak Ojciec.


[1] Pole­cam szcze­gól­nie te star­sze, gdzie w spo­sób spój­ny, sys­te­ma­tycz­ny i pro­sty pre­zen­to­wa­na jest kato­lic­ka dok­try­na. Np. opra­co­wa­nie ks. Cheł­miń­skie­go, dostęp­ne pod tym lin­kiem: http://​swie​ty​.krzyz​.org/​n​i​e​o​m​y​l​n​o​s​c​.​htm

 

Tekst Dawida Gospodarka rozpoczyna polemikę z tezami ogłoszonymi przez Jarosława Dudycza w artykule Poznanie w Kościele.