myslimy
| 25 lutego 2013 ]

Dwa oblicza heroizmu

Od chwi­li prze­ka­za­nia przez Bene­dyk­ta XVI do publicz­nej wia­do­mo­ści infor­ma­cji o jego ustą­pie­niu z funk­cji bisku­pa Rzy­mu w mediach – co oczy­wi­ste – nastał czas gorącz­ko­wych komen­ta­rzy i spe­ku­la­cji. Wśród publi­cy­stów chy­ba łatwiej dziś wska­zać nie­licz­ne posta­ci zacho­wu­ją­ce w tej spra­wie powścią­gli­we mil­cze­nie (jak Józe­fa Hen­ne­lo­wa), ani­że­li wymie­nić nazwi­ska tych, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się na zabra­nie gło­su. Zara­zem nie spo­sób mieć za złe ludziom na co dzień zaj­mu­ją­cym się komen­to­wa­niem bie­żą­cych wyda­rzeń, że ocho­czo podej­mu­ją nowi­nę tego kali­bru. Było­by dopraw­dy dziw­ne, gdy­by wokół takie­go wyda­rze­nia zapa­no­wa­ła cisza. Świad­czy­ło­by to prze­cież o zupeł­nej mar­gi­na­li­za­cji chrze­ści­jań­stwa we współ­cze­snym świe­cie. Nie war­to więc chy­ba prze­sad­nie narze­kać z powo­du medial­ne­go szu­mu, sko­ro dowo­dzi on jed­nak zain­te­re­so­wa­nia Sto­li­cą Apo­stol­ską i przy­szło­ścią Kościo­ła kato­lic­kie­go, nawet jeśli w nie­jed­nym przy­pad­ku jest ono dale­kie od pogłę­bio­nej ana­li­zy i wyni­ka z potrze­by wyko­rzy­sta­nia atrak­cyj­ne­go new­sa.

Fot. Mar­cin Kie­dio

Bar­dziej nie­po­koi w tej sytu­acji inne zja­wi­sko. Nie trze­ba dale­ko się­gać, by prze­ko­nać się, jak róż­ne reak­cje i oce­ny wywo­ła­ła papie­ska decy­zja. To natu­ral­nie tak­że dość zro­zu­mia­łe. Postrze­ga­my świat róż­no­rod­nie i mamy pra­wo odmien­nie inter­pre­to­wać zacho­dzą­ce w nim wyda­rze­nia. Nie powin­no się zatem kry­ty­ko­wać tych, dla któ­rych ustą­pie­nie papie­ża jest źró­dłem roz­cza­ro­wa­nia czy nie­po­ko­ju. Mimo że nie podzie­lam podob­ne­go punk­tu widze­nia, to sta­ram się zro­zu­mieć ludzi reagu­ją­cych w taki wła­śnie spo­sób. Sęk jed­nak w tym, by swo­ich oso­bi­stych odczuć nie wyol­brzy­miać i uni­kać dale­ko idą­cych oraz ryzy­kow­nych para­le­li.

Dla każ­de­go było zapew­ne jasne, że abdy­ka­cja Bene­dyk­ta XVI spro­wo­ku­je porów­na­nia tej decy­zji z wybo­rem pod­ję­tym przez jego bez­po­śred­nie­go poprzed­ni­ka. Było to nie­unik­nio­ne. Jed­nak już nie­ko­niecz­nie to samo moż­na powie­dzieć o skraj­nie spo­la­ry­zo­wa­nym przed­sta­wia­niu postaw obu papie­ży. Do napi­sa­nia tego tek­stu skło­ni­ła mnie wypo­wiedź jed­ne­go z inter­nau­tów, któ­ry – jak sądzę – nie był odosob­nio­ny w swo­jej oce­nie Bene­dyk­ta XVI. W jego komen­ta­rzu obec­ny papież został prze­ciw­sta­wio­ny Jano­wi Paw­ło­wi II jako ktoś, kto rezy­gnu­jąc z dźwi­ga­nia krzy­ża swo­je­go losu, sprze­nie­wie­rza się naśla­do­wa­niu Chry­stu­sa, któ­re z kolei Jan Paweł II miał zre­ali­zo­wać dzię­ki swo­je­mu nie­złom­ne­mu trwa­niu na cze­le Kościo­ła.

Takie posta­wie­nie spra­wy wzbu­dzi­ło moje obiek­cje. Choć bez wąt­pie­nia hero­icz­na posta­wa poprzed­ni­ka Bene­dyk­ta XVI na Sto­li­cy Pio­tro­wej god­na jest naj­wyż­sze­go uzna­nia, to nale­ży pamię­tać, że była ona auto­no­micz­ną decy­zją Jana Paw­ła II i tyl­ko jako taka posia­da ona war­tość. Gdy­by bowiem oka­za­ło się, że papież Polak wstrzy­mał się od abdy­ka­cji z urzę­du wbrew sobie, na przy­kład z powo­du jakichś naci­sków czy szan­ta­żu, to wów­czas nasze postrze­ga­nie jego wybo­ru było­by zapew­ne znacz­nie mniej apro­ba­tyw­ne. Zatem naczel­ną kwe­stią jest tutaj dobro­wol­ność i samo­sta­no­wie­nie. Jan Paweł II pozo­sta­wił po sobie wspa­nia­łe świa­dec­two prze­zwy­cię­ża­nia cho­ro­by i sta­ro­ści, czym nie­wąt­pli­wie sta­rał się przy­wró­cić god­ność wszyst­kim cier­pią­cym, nie­do­łęż­nym i usu­nię­tym na mar­gi­nes spo­łe­czeń­stwa. Jego posta­wa była z pew­no­ścią wzo­rem do naśla­do­wa­nia dla wie­lu ludzi. Czy jed­nak powin­na być ona trak­to­wa­na jako obli­ga­to­ryj­na dla każ­de­go czło­wie­ka oraz – co tutaj naj­waż­niej­sze – dla kolej­nych papie­ży bez wzglę­du na oko­licz­no­ści? Takie rozu­mie­nie zacho­wa­nia Jana Paw­ła II zda­je się odbie­rać mu to, co w nim naj­istot­niej­sze, a więc wła­śnie ową dobro­wol­ność. Jeśli jego następ­ca w spo­sób rów­nie auto­no­micz­ny (w co chcę wie­rzyć) zde­cy­do­wał się zre­zy­gno­wać z peł­nie­nia urzę­du papie­skie­go, to czy moż­na mieć mu za złe, że był w tym wier­ny swo­je­mu sumie­niu? Czy lepiej było­by, gdy­by stał się bez­wol­nym zakład­ni­kiem wybo­ru doko­na­ne­go przez Jana Paw­ła II, a w kon­se­kwen­cji jego kary­ka­tu­rą?

Rozu­mie­nie ludz­kich postaw powin­no zawie­rać w sobie kom­po­nent racjo­nal­ny rów­no­wa­żą­cy emo­cjo­nal­ne reak­cje. W sytu­acjach waż­kich, gdy w świe­cie spo­łecz­nym, poli­tycz­nym czy reli­gij­nym zacho­dzą istot­ne zmia­ny, mamy natu­ral­ną skłon­ność, by reago­wać spon­ta­nicz­nie, kie­ru­jąc się bar­dziej chwi­lo­wym nastro­jem niż zdy­stan­so­wa­ną reflek­sją. W pol­skiej tra­dy­cji szcze­gól­nie trwa­ły jest wzór roman­tycz­ne­go hero­izmu, któ­ry bywa dość stra­ceń­czy i ma skłon­ność, by mie­rzyć siły na zamia­ry, a nie odwrot­nie. Otóż takie rozu­mie­nie posta­wy hero­icz­nej, choć atrak­cyj­ne i pod­nio­słe, nie wyklu­cza innych moż­li­wo­ści. Rów­nie boha­ter­skie może być prze­cież tak­że pod­ję­cie trud­nej, choć na pozór mało efek­tow­nej decy­zji i pozo­sta­nie jej wier­nym wbrew wszel­kim prze­ciw­no­ściom. Taki cichy hero­izm czę­sto­kroć prze­gry­wa w wize­run­ko­wym star­ciu z pod­nio­słą wizją ofiar­no­ści, nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że jest on jak naj­bar­dziej real­ny i zasłu­gu­je na sza­cu­nek.

Śpie­szę wyja­śnić, że powyż­sze prze­ciw­sta­wie­nie nie jest ani oce­nia­ją­ce, ani też bynaj­mniej nie zmie­rza do jed­no­znacz­ne­go przy­pi­sa­nia któ­rejś z postaw Bene­dyk­to­wi XVI czy Jano­wi Paw­ło­wi II. Moją inten­cją jest raczej poka­za­nie sze­ro­kiej ska­li zacho­wań, któ­rym przy­słu­gu­je mia­no hero­icz­nych. Uwa­żam ponad­to, że mimo oczy­wi­stych róż­nic ist­nie­je też coś, co łączy decy­zje obu papie­ży. Tym czymś jest poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści za Kościół oraz odważ­ny wybór roz­wią­za­nia, na któ­re każ­dy z nich indy­wi­du­al­nie się zde­cy­do­wał. Wie­rzę, że obaj uczy­ni­li to w prze­ko­na­niu, że w danym im cza­sie były to decy­zje naj­wła­ściw­sze z moż­li­wych. Jan Paweł II hero­icz­nie obna­żył swo­ją sła­bość wyni­ka­ją­cą z cho­ro­by i pode­szłe­go wie­ku, poka­zu­jąc świa­tu, że mimo prze­ciw­no­ści będzie do koń­ca pia­sto­wał swój urząd. Bene­dykt XVI rów­nie hero­icz­nie przy­znał się do sła­bo­ści, decy­du­jąc się nie powta­rzać czy­nu swo­je­go wiel­kie­go poprzed­ni­ka i świa­do­mie dopro­wa­dza­jąc do sytu­acji, któ­ra w nowo­żyt­nym świe­cie jest bez pre­ce­den­su. I podob­nie jak uwa­żam, iż tłu­ma­cze­nie wybo­ru, któ­re­go doko­nał Jan Paweł II, jego rze­ko­mo auto­ry­tar­ny­mi skłon­no­ścia­mi jest skraj­nie nie­spra­wie­dli­we i krzyw­dzą­ce, tak też sądzę, że trak­to­wa­nie abdy­ka­cji Bene­dyk­ta XVI jako dezer­cji czy zdra­dy jest rów­nie upo­ka­rza­ją­ce i nie­ade­kwat­ne.

Naśla­do­wa­nie Chry­stu­sa może odby­wać się na wie­le spo­so­bów, choć z pew­no­ścią ci, któ­rzy ofia­ro­wa­li swe życie za bliź­nich, god­ni są naj­wyż­sze­go sza­cun­ku. Czyż jed­nak fakt nie­po­nie­sie­nia przez chrze­ści­ja­ni­na męczeń­skiej śmier­ci spra­wia, że jest on gor­szy od tych, któ­rzy stra­ci­li życie za wia­rę? Każ­dy, kto wybie­ra wier­ność Bogu, podą­ża ku Nie­mu krę­tą ścież­ką, nie zawsze zda­jąc sobie spra­wę z tego, czy na pew­no idzie we wła­ści­wym kie­run­ku. Nawet Jezus miał chwi­le zwąt­pie­nia. My zaś nie jeste­śmy Chry­stu­sa­mi. Ani ja, ani ty, ani żaden z papie­ży.

Abdy­ka­cję Bene­dyk­ta XVI odbie­ram sym­bo­licz­nie jako pyta­nie skie­ro­wa­ne do wszyst­kich kato­li­ków: Jak my sami w takiej sytu­acji może­my zaświad­czyć o swo­im chrze­ści­jań­stwie? To poważ­na lek­cja samo­dziel­no­ści i być może jed­na z waż­niej­szych chwil w dzie­jach Kościo­ła: bądź­my sobą wobec Tego, któ­ry zawsze i napraw­dę jest. Jeśli waty­kań­ska abdy­ka­cja mia­ła­by być toż­sa­ma z począt­kiem zmierz­chu Kościo­ła, ozna­cza­ło­by to, że kró­le­stwo, któ­re­mu pozo­sta­wa­li­śmy wier­ni, pocho­dzi­ło nie­ste­ty tyl­ko z tego świa­ta.