myslimy
| 10 października 2013 ]

Dziedziniec Pogan

„Nowi Ate­iści* trzy­ma­ją się ulot­nych śla­dów chrze­ści­jań­skiej moral­no­ści, któ­rą absur­dal­nie nazwa­li huma­ni­zmem” – takie sło­wa ame­ry­kań­skie­go teo­lo­ga pra­wo­sław­ne­go Davi­da Ben­tleya Har­ta moż­na prze­czy­tać w tego­rocz­nym nume­rze domi­ni­kań­skie­go maga­zy­nu „Teo­fil” podej­mu­ją­cym temat „Dzie­dzi­niec pogan” (tekst pt. „Moda na ate­izm”, pier­wot­nie dru­ko­wa­ny w piśmie „First Things” nr 5/2010). D.B. Hart wska­zu­je w swo­im arty­ku­le kon­kret­ne bra­ki kon­struk­tów inte­lek­tu­al­nych two­rzo­nych przez ate­istów takich jak Chri­sto­pher Hit­chens i Richard Daw­kins, m.in. myle­nie fak­tów czy mie­rze­nie się z reli­gią w jej naj­mniej wyra­fi­no­wa­nej, fun­da­men­ta­li­stycz­nej wer­sji. Naj­cie­kaw­sze jed­nak, że według auto­ra sku­tecz­nym „anti­do­tum na znu­że­nie czy­ta­niem Nowych Ate­istów jest relek­tu­ra Nie­tz­sche­go”. Cze­mu? D.B. Hart pisze: „Nie­tz­sche rozu­miał, jak wiel­kie kon­se­kwen­cje mia­ły naro­dzi­ny chrze­ści­jań­stwa i jak wiel­kie przy­nie­sie jego upa­dek. Był na tyle inte­li­gent­ny, żeby nie kon­cen­tro­wać się na miło brzmią­cych moral­nych pew­ni­kach, do któ­rych nie miał żad­ne­go pra­wa. Tak jak rewo­lu­cja chrze­ści­jań­ska stwo­rzy­ła nową wraż­li­wość, odwra­ca­jąc wie­le z naj­wyż­szych war­to­ści z pogań­skiej prze­szło­ści, tak samo upa­dek chrze­ści­jań­stwa, jak Nie­tz­sche wie­dział, wska­zu­je na inny, kata­stro­fal­ny zwrot w moral­nej i kul­tu­ral­nej świa­do­mo­ści. […] Sza­le­niec [w „Wie­dzy rado­snej”] roz­pa­cza nad zwy­kły­mi ate­ista­mi – tymi, któ­rzy po pro­stu nie wie­rzą – i do nich adre­su­je swo­ją wieść. W sta­nie ich moral­ne­go zado­wo­le­nia, ich spo­ko­ju sumie­nia widzi naj­czyst­szej posta­ci głu­po­tę”. W miej­sce chrze­ści­jań­stwa nie pro­po­nu­ją oni nicze­go poza nihi­li­zmem. Mówiąc języ­kiem Nie­tz­sche­go: luki po micie chrze­ści­jań­skiej rewo­lu­cji nie wypeł­nia­ją żad­nym nowym mitem, któ­ry był­by w sta­nie ufun­do­wać nowy sys­tem i nową moral­ność – takim mitem, jakim dla Nie­tz­sche­go był Über­mensch. Jak moż­na wywnio­sko­wać z dal­szej czę­ści tek­stu D.B. Har­ta, według nie­go do tej gru­py zali­czyć trze­ba by Nowych Ate­istów.

To nie­zwy­kle cie­ka­we zesta­wie­nie Nowych Ate­istów z Nie­tz­schem pro­wo­ku­je czy­tel­ni­ka do posta­wie­nia pyta­nia, na czym w isto­cie ate­iści fun­du­ją swój sys­tem moral­ny. Czy fak­tycz­nie wyłącz­nie „trzy­ma­ją się ulot­nych śla­dów chrze­ści­jań­skiej moral­no­ści”, a więc bier­nie przej­mu­ją pewien sys­tem moral­ny wyro­sły na zupeł­nie obcym im grun­cie – sys­tem, któ­re­go korze­ni nie byli­by w sta­nie wytłu­ma­czyć? Mówiąc wprost: co powstrzy­mu­je ich przed krzyw­dze­niem innych ludzi na set­ki moż­li­wych i dogod­nych spo­so­bów, jeśli nie łączy ich z nimi żad­na więź – bo o poczu­ciu bycia dzieć­mi jed­ne­go Boga i opar­tym na tym bra­ter­stwie w tym wypad­ku nie ma mowy. Czy pozo­sta­je jedy­nie prag­ma­tycz­na umo­wa spo­łecz­na: nie zro­bię ci krzyw­dy, wte­dy może ty też mi nie zro­bisz? Z pew­no­ścią wie­lu nie­wie­rzą­cych żyje w spo­sób etycz­nie lep­szy niż chrze­ści­ja­nie czy wyznaw­cy innych z reli­gii. Powyż­sza wąt­pli­wość nie doty­czy jed­nak prak­ty­ki życia, ale tego, na jakiej pod­sta­wie opar­te są wybo­ry moral­ne. Są to pyta­nia, któ­re zada­wać jest ponoć nie­przy­zwo­icie. Są to jed­nak pyta­nia, na któ­re odpo­wie­dzi jestem nie­zmier­nie cie­ka­wa. Pyta­nia, wobec któ­rych zna­jo­mi ate­iści pozo­sta­li nie­mi.

Temat ten powra­ca kil­ka razy w oma­wia­nym tu nume­rze „Teo­fi­la”. Agniesz­ka Koła­kow­ska w roz­mo­wie pt. „Bóg, któ­re­go nie znam” stwier­dza, że jeśli nastą­pi rady­kal­na seku­la­ry­za­cja, „nie będzie już żad­nych pod­staw do mówie­nia o ludz­kiej god­no­ści”. Tej wypo­wie­dzi towa­rzy­szy inna, sfor­mu­ło­wa­na zupeł­nie wprost: „Myślę, że nie znaj­dzie­my poza reli­gią wystar­cza­ją­co sil­ne­go i prze­ko­nu­ją­ce­go źró­dła moral­no­ści czy god­no­ści ludz­kiej. […] Oba­wiam się, że jeśli nie uzna­je­my, że reli­gia jest takim źró­dłem, pozo­sta­nie nam tyl­ko rela­ty­wizm”. W tym samym wywia­dzie Agniesz­ka Koła­kow­ska mówi o sobie: „nie nale­żę do Kościo­ła, jestem bez­boż­nym Żydem”. Trze­ba pod­kre­ślić, że pro­wa­dzą­cy roz­mo­wę Erik Ross OP cel­nie zada­je pyta­nia – podej­mu­je te wła­śnie kwe­stie, któ­re naj­moc­niej nasu­wa­ją się pod­czas lek­tu­ry, szcze­gól­nie wobec takie­go opi­su wła­snej toż­sa­mo­ści w połą­cze­niu z prze­ko­na­niem o fun­da­men­tal­nej war­to­ści reli­gii dla budo­wa­nia ety­ki. „Dla­cze­go Biblia ma dla Pani więk­sze zna­cze­nie niż jaka­kol­wiek inna świę­ta księ­ga?” – pyta Erik Ross OP. „Dziw­ne pyta­nie. Biblia to świę­ta księ­ga naszej cywi­li­za­cji, zachod­niej kul­tu­ry […]. Nie spo­sób nie zna­jąc jej, zro­zu­mieć euro­pej­ską kul­tu­rę” – odpo­wia­da A. Koła­kow­ska. „Dla­cze­go oso­ba, któ­ra nie uzna­je za praw­dę ist­nie­nia Boga, ma żyć tak, jak­by On ist­niał? Dla­cze­go sło­wa sta­ro­żyt­ne­go dzie­ła lite­rac­kie­go mają mieć dla niej war­tość wyzna­cza­ją­cą życio­wy kie­ru­nek?” – cią­gnie dalej o. Erik Ross. Agniesz­ka Koła­kow­ska: „Biblia jest fun­da­men­tem naszej cywi­li­za­cji. Dla mnie, oso­by nie­wie­rzą­cej, jest przede wszyst­kim świę­tą księ­gą moich przod­ków, świę­tą księ­gą Izra­ela, skarb­ni­cą ludz­kiej mądro­ści”. Są to odpo­wie­dzi dla mnie zaska­ku­ją­ce, przy­zna­ję – spo­ty­ka­ją­ce się z moim nie­zro­zu­mie­niem. Sama histo­rycz­na war­tość pew­nych tek­stów nie czy­ni z nich jesz­cze cze­goś, na czym zbu­do­wać by moż­na sys­tem etycz­ny. Naby­wa­ją one takiej mocy dopie­ro, gdy sta­ją się żywym tek­stem wia­ry. „Dziw­ne pyta­nie” – powie­dzia­ła A. Koła­kow­ska. „Dziw­na odpo­wiedź” – chcia­ło­by się spa­ra­fra­zo­wać. Dla wyro­bie­nia sobie wła­snej opi­nii odsy­łam jed­nak do peł­nych odpo­wie­dzi z wywia­du – tu zosta­ły zacy­to­wa­ne z nich tyl­ko frag­men­ty.

Temat war­to­ści, na któ­rych fun­do­wa­ny miał­by być sys­tem etycz­ny, a więc też sys­tem praw­ny, poja­wia się tak­że w wywia­dzie z Krzysz­to­fem Doro­szem („Przy­po­mi­na­ją mi się roz­mo­wy, jakie mia­łem wie­le lat temu w Szwe­cji z pew­nym praw­ni­kiem, któ­ry był prze­ra­żo­ny tym, że pra­wo już się nie opie­ra na żad­nych war­to­ściach, któ­re wykra­cza­ją poza umo­wę spo­łecz­ną […]. Sądzę, że tym, co utrzy­mu­je nasz świat, jest prze­ko­na­nie, obec­ne w chrze­ści­jań­stwie i innych tra­dy­cjach, że zosta­li­śmy stwo­rze­ni na obraz i podo­bień­stwo Boga”). Naj­peł­niej temat ten wybrzmi w prze­dru­ko­wa­nych w „Teo­fi­lu” refe­ra­tach Jür­ge­na Haber­ma­sa i Jose­pha Rat­zin­ge­ra ze zor­ga­ni­zo­wa­nej w 2004 r. deba­ty „Przed­po­li­tycz­ne moral­ne fun­da­men­ty pań­stwa wol­no­ścio­we­go”.

Nie moż­na jed­nak całej zawar­to­ści tego nume­ru „Teo­fi­la” spro­wa­dzić jedy­nie do tema­tu moral­no­ści i szu­ka­nia jej pod­staw. Numer doty­czą­cy ate­istów nie mógł się obyć bez oso­by ks. Tomáša Halíka, w któ­re­go tek­stach rela­cja mię­dzy wie­rzą­cy­mi i nie­wie­rzą­cy­mi odgry­wa tak zasad­ni­czą rolę. „Wie­rzą­cy posia­da­ją w swo­im wnę­trzu coś z nie­wie­rzą­ce­go, a nie­wie­rzą­cy mają coś z wie­rzą­ce­go” – to zda­nie z wywia­du, któ­re­go ks. Halík udzie­lił „Teo­fi­lo­wi”, zda­je się dobrze odda­wać sed­no jego myśli. W nume­rze zna­la­zła swe miej­sce tak­że napi­sa­na przez Szy­mo­na Popław­skie­go OP ana­li­za kon­cep­cji „ate­izmu zasmu­co­ne­go” i „ate­izmu jako doświad­cze­nia reli­gij­ne­go”, istot­nych w pisar­stwie ks. Halíka. Zakre­śla­jąc cel swo­je­go tek­stu, o. Szy­mon Popław­ski wska­zu­je na potrze­bę spraw­dze­nia, czy ks. Halík „opie­ra się poku­sie zbyt powierz­chow­ne­go podej­ścia do zja­wi­ska nie­wia­ry”. Podob­nej ana­li­zy doma­ga­ło­by się pada­ją­ce w roz­mo­wie z „Teo­fi­lem” stwier­dze­nie ks. Halíka, że „ate­izm jest abso­lu­ty­za­cją teo­lo­gii nega­tyw­nej”. Wyda­je się, że teo­lo­gia nega­tyw­na, wska­zu­ją­ca na ogra­ni­cze­nia ludz­kie­go pozna­nia, na to, że żad­ne okre­śle­nie nie odda­je tego, kim Bóg jest i jaki jest, bo wszyst­ko, co o Nim powie­my, będzie to wciąż zbyt mało, dale­ka jest od posta­wy przyj­mu­ją­cej, że żad­ne­go Boga w ogó­le nie ma. Powie­dzia­ła­bym, że zbież­ność mię­dzy nimi ist­nie­je jedy­nie na pozio­mie dobrze brzmią­cych haseł. Powie­dzia­ła­bym to jed­nak jako oso­ba pozba­wio­na wykształ­ce­nia teo­lo­gicz­ne­go, pro­sząc przy oka­zji spe­cja­li­stów o usto­sun­ko­wa­nie się do tego zagad­nie­nia.

Do swe­go wie­lo­wąt­ko­we­go uję­cia tema­tu nie­wia­ry „Teo­fil” wpu­ścił tak­że powiew ze świa­ta lite­ra­tu­ry. O wizji czło­wie­ka pre­zen­to­wa­nej przez Samu­ela Bec­ket­ta mówi Anto­ni Libe­ra: „Jego odstęp­stwo nie ma cha­rak­te­ru obra­zo­bur­cze­go i w żad­nym razie nie spro­wa­dza się do czy­ste­go aktu nega­cji czy gestu woju­ją­ce­go ate­izmu. Jego zwąt­pie­nie nie jest try­um­fa­li­stycz­ne. Prze­ciw­nie, jest gorz­kie i peł­ne cier­pie­nia. Jego «nie» pły­nie z tęsk­no­ty za «tak». Dla chrze­ści­ja­ni­na nie powin­no to jed­nak sta­no­wić wyłącz­nie przy­kła­du zbłą­dze­nia i prze­stro­gi: oto co dzie­je się z kimś, kto zbo­czył z «ze szla­ku nie­myl­nej dro­gi», jak pisze Dan­te. Dla chrze­ści­ja­ni­na twór­czość Bec­ket­ta win­na być wezwa­niem do reflek­sji, czy aby wszyst­kie praw­dy wia­ry w dal­szym cią­gu są do utrzy­ma­nia, czy aby nie nale­ża­ło­by cze­goś zmie­nić w teo­lo­gicz­nym myśle­niu, a wresz­cie: do poszu­ki­wa­nia dróg, na któ­rych mogło­by dojść do pojed­na­nia czło­wie­ka ze świa­tem na nowo. Według mnie, «mrocz­ny», pesy­mi­stycz­ny Bec­kett jest, mimo wszyst­ko, sprzy­mie­rzeń­cem chrze­ści­ja­ni­na, a nie jego adwer­sa­rzem”.

W War­sza­wie trwa cykl imprez pod hasłem „Dzie­dzi­niec Dia­lo­gu” mają­cych za zada­nie stwo­rze­nie prze­strzeni spo­tka­nia wie­rzą­cych z ate­istami, agno­sty­kami i obo­jęt­nymi reli­gij­nie. Nazwa ta w ory­gi­na­le brzmi „Dzie­dzi­niec Pogan”, tak jak tytuł oma­wia­ne­go tu nume­ru „Teo­fi­la”. Nie tyl­ko z tego powo­du war­to udział w tych spo­tka­niach uzu­peł­nić lek­tu­rą domi­ni­kań­skie­go pisma.

* Więcej na temat Nowych Ateistów m.in. w „Więzi” nr 5-6/2009.