myslimy
| 31 grudnia 2012 ]

Fakt: księdzu się wnuk narodził

W prze­dzia­le pocią­gu TLK rela­cji Lublin – Kra­ków gru­pa trzech stu­den­tek bez­par­do­no­wo obwie­ści­ła towa­rzy­szom podró­ży, że ksiądz dobro­dziej z mia­sta X (tu nazwę miej­sco­wo­ści, para­fii i nazwi­sko księ­dza poda­no do wia­do­mo­ści publicz­nej) cie­szył się w minio­ne świę­ta naro­dzi­na­mi wła­sne­go wnu­ka.

Ów dogmat o potom­stwie wyra­żo­ny był bez cie­nia nie­pew­no­ści. Stu­dent­ka swo­ją rację obja­wi­ła gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu.

To, że ksiądz ma wnu­ka, nie pod­le­ga wąt­pli­wo­ści. To jest praw­da oczy­wi­sta, nie­po­zo­sta­wia­ją­ca miej­sca dla pytań, docie­kań czy zastrze­żeń:

– Pro­szę Pana, nie ma się co uśmie­chać. Ksiądz pro­boszcz nie raz widzia­ny był w dużym cen­trum han­dlo­wym z mał­żon­ką i małym syn­kiem. Nawet się nie krył. Z tym bia­łym pasecz­kiem pod szy­ją cho­dził i wózek z dru­gim dziec­kiem pchał przed sobą – zapew­nia stu­dent­ka gło­sem peł­nym prze­ko­na­nia.

– Ja to wiem, że jest taki spe­cjal­ny fun­dusz kościel­ny, na dzie­ci księ­ży. I jak któ­re­muś dziec­ko się rodzi, to biskup od razu poda­je numer kon­ta takie­mu deli­kwen­to­wi i dzie­ci księ­ży od razu lepiej mają – doda­ła pew­nie kolej­na podróż­nicz­ka.

– Ksiądz pro­boszcz pod­czas paster­ki powie­dział, że wier­ni muszą teraz wię­cej pie­nię­dzy na kościół dawać. Pro­boszcz zapew­niał, że to na remont dachu, ale to prze­cież oczy­wi­ste jest, że o jego wnu­ka cho­dzi – dedu­ko­wa­ła ta pierw­sza.

Te trzy prze­słan­ki wszyst­ko już wyja­śnia­ją. To na ich pod­sta­wie moż­na stwier­dzić, że ksiądz roman­su­je.

W mie­ście X gore. Ksiądz dobro­dziej zepsuł się i prze­stał dzia­łać. Stu­dent­ka z wie­dzą tajem­ną, któ­rej to wie­dzy pew­nie sam ksiądz dobro­dziej nie posia­da, prze­ko­nu­je, że ludzie na tacę już nie chcą rzu­cać. – Jak my mamy teraz do nie­go do spo­wie­dzi cho­dzić – wier­ni zacho­dzą w gło­wę. Pro­boszcz jest już spa­lo­ny.

Przy­po­mniał mi się wten­czas dłu­gi semi­na­ryj­ny wie­czór, pod­czas któ­re­go kole­ga kle­ryk – dziś już ksiądz Mar­cin – snuł marze­nia o przy­szłym księ­żow­skim życiu. – Ja to bym chciał, chło­pa­ki, ze spo­koj­nym sumie­niem wyjść po mszy prze­ze mnie cele­bro­wa­nej i sko­czyć do pobli­skie­go skle­pu po buł­ki, mle­ko i trzy piwa. I żeby wier­ni nie widzie­li w tym nicze­go złe­go – marzył Mar­cin.

Przy­po­mnia­łem też sobie jak jeden z kole­gów kle­ry­ków poszedł w lubież­ne tań­ce i swa­wo­le zabaw na pry­mi­cjach swo­ich kur­so­wych, o czym wieś hucza­ła nie­mo­żeb­nie przez całe dłu­gie lato, że kole­ga kle­ryk to się do robie­nia Jezu­sa w ogó­le nie nada­je, bo nie przy­stoi, bo sza­tan nim mio­ta i w ogó­le krzyż mu na dro­gę.

Wypa­da rzec miesz­kań­com X, by powścią­gnę­li swo­je nie­god­ne pomru­ki. Próż­no w ich śmia­łych dekla­ra­cjach szu­kać rozu­mu i logi­ki. Dostaw­cy prawd wysnu­tych z pal­ca, zbu­do­wa­nych na bzdur­nych prze­słan­kach, naj­więk­sze pole do popi­su mają wła­śnie przy plo­tecz­kach o księ­żach. I dopó­ki takich plot­ka­rzy zie­mia nosić będzie, dopó­ty Mar­cin swo­ich marzeń o nor­mal­no­ści nie zre­ali­zu­je.