widzimy
| 2 września 2014 ]

Filipa ubodło

Pew­ne miej­sce w bli­skiej prze­szło­ści. Pod­czas homi­lii kapłan wnio­sku­je: „może­my więc nie­na­wi­dzić ate­istów, wro­gów Kościo­ła, grzesz­ni­ków”. Jeśli szu­kać egzem­pli­fi­ka­cji okre­śle­nia „strzyc uchem”, takiej reak­cji wśród zgro­ma­dzo­nych w świą­ty­ni, w nastę­pu­ją­cym po tym stwier­dze­niu momen­cie, nie trze­ba było ze świe­cą szu­kać. W powie­trzu dało się wyczuć napię­cie, któ­re spa­dło, gdy ten sam duchow­ny dokoń­czył myśl sło­wa­mi: „i kochać ich jako ludzi”. Dziw­na kon­struk­cja. Reflek­sja tyleż atrak­cyj­na inte­lek­tu­al­nie i intry­gu­ją­ca, co w prak­ty­ce dla chrze­ści­ja­ni­na nie­wy­ko­nal­na. Czy nie­na­wiść nie jest grze­chem? Odłóż­my w tej chwi­li na bok spon­ta­nicz­ne uczu­cie, któ­re może się rodzić w zetknię­ciu z daną oso­bą lub posta­wą. Ale świa­do­ma decy­zja (czym niby mia­ło­by być to „może­my”?)? Wpraw­dzie wcze­śniej wspo­mnia­ny mówił o „nie­na­wi­dze­niu grze­chu” (ja bym jed­nak opto­wał po pro­stu za „odrzu­ce­niem grze­chu”), ale potem nie­ste­ty sło­wo się rze­kło − jako obiekt nie­na­wi­ści uczy­nił ludzi.

Rem­brandt, „The bap­tism of the Eunuch”, 1626 r.

Dobra Nowi­na jest pro­sta, tak jak pro­sty jest nasz Bóg, i choć te jasne zasa­dy pada­ją na gle­bę wca­le nie­pro­stych sytu­acji życio­wych, to chy­ba cza­sa­mi jako chrze­ści­ja­nie prze­sa­dza­my w twór­czym inter­pre­to­wa­niu myśli Zba­wi­cie­la. A wła­śnie przy napo­mknię­tej pro­ble­ma­ty­ce widać bar­dzo wyraź­nie, jak trud­no jest, żyjąc na co dzień, móc powie­dzieć o sobie „jestem chrze­ści­ja­ni­nem”: „Jeśli bowiem miłu­je­cie tych tyl­ko, któ­rzy was miłu­ją, jakaż za to dla was wdzięcz­ność? Prze­cież i grzesz­ni­cy miłość oka­zu­ją tym, któ­rzy ich miłu­ją. I jeśli dobrze czy­ni­cie tym tyl­ko, któ­rzy wam dobrze czy­nią, jaka za to dla was wdzięcz­ność? I grzesz­ni­cy to samo czy­nią. Jeśli poży­czek udzie­la­cie tym, od któ­rych spo­dzie­wa­cie się zwro­tu, jakaż za to dla was wdzięcz­ność? I grzesz­ni­cy grzesz­ni­kom poży­cza­ją, żeby tyleż samo otrzy­mać. Wy nato­miast miłuj­cie waszych nie­przy­ja­ciół, czyń­cie dobrze i poży­czaj­cie, nicze­go się za to nie spo­dzie­wa­jąc. A wasza nagro­da będzie wiel­ka, i będzie­cie syna­mi Naj­wyż­sze­go; ponie­waż On jest dobry dla nie­wdzięcz­nych i złych” (Łk 6,32-35).

Poza tym w posta­wie, któ­ra wywo­ła­ła poru­sze­nie, pobrzmie­wa tro­chę echo kato­lic­kie­go trium­fa­li­zmu. Nie wyda­je mi się, że to naj­wła­ściw­sza posta­wa na wej­ściu, jeśli cho­dzi o spo­tka­nie z Innym. Chy­ba że nie inte­re­su­je nas dia­log, tyl­ko kon­fron­ta­cja. Praw­da jest przy nas, ale Praw­dy nie mamy na wła­sność. W tym miej­scu podzie­lę się oso­bi­stą histo­rią. Przy moim Bierz­mo­wa­niu wybra­łem dla sie­bie imię Filip. Pew­nie cho­dzi­ło mi o samo jego brzmie­nie, moż­li­we, że z tyłu gło­wy mia­łem też postać biblij­ne­go Fili­pa − teraz wiem, że w Nowym Testa­men­cie tym imie­niem ozna­czo­na jest wię­cej niż jed­na oso­ba, ale cho­dzi­ło­by o tego Fili­pa, któ­ry opo­wia­dał o Bogu oso­bie Go nie­zna­ją­cej. Ot, takie kato­lic­kie hip­ster­stwo – zawsze lubi­łem nisze i lubi­łem ten frag­ment Pisma. Tyle że ten patro­nat okre­ślił w pew­nym stop­niu moje przy­szłe życie. Tak się skła­da, że naj­pierw po pro­stu, a potem bar­dziej świa­do­mie zna­la­złem się w tym miej­scu w Koście­le, w któ­rym dużo i czę­sto roz­ma­wiam z wąt­pią­cy­mi i nie­wie­rzą­cy­mi. Od lat. Czy się spie­ra­my? Oczy­wi­ście, aż lecą iskry! Jed­no­cze­śnie nie mają miej­sca wul­gar­ne epi­te­ty i nie wyda­je mi się, by tym, co napę­dza­ło te dys­ku­sje, była wła­śnie nie­na­wiść. Raczej (bądź­my reali­sta­mi) chęć posta­wie­nia na swo­im, może cie­ka­wość Inne­go, a w uję­ciu naj­szla­chet­niej­szym − pra­gnie­nie doj­ścia do praw­dy, czyt. odpo­wie­dzi na pyta­nie „jak jest?”.

Przy­po­mi­nam lub dla nie­któ­rych odkry­wam, że Filip po roz­mo­wie ochrzcił nie tyle „dwo­rza­ni­na” (jak utrwa­la w nas prze­kład Biblii; Dz 8,25-40), ale poga­ni­na i eunu­cha. Tym spo­so­bem pierw­szym ochrzczo­nym spo­za świa­ta juda­istycz­ne­go stał się ktoś, kto w krę­gach żydow­skich ucho­dził za podwój­nie zdys­kwa­li­fi­ko­wa­ne­go. Szo­ku­ją­ce? Jasne, tak­że dziś. Ale chrze­ści­jań­stwo w swo­im rdze­niu jest szo­ku­ją­ce i wca­le nie w tym sen­sie, że ci sami ludzie mogą tę samą oso­bę kochać i nego­wać. A już zosta­wia­jąc te wszyst­kie roz­wa­ża­nia, czy w 2014 r. w Pol­sce nie­na­wiść jest towa­rem defi­cy­to­wym i to wła­śnie ona powin­na się stać naszym „twór­czym” wkła­dem w ota­cza­ją­cą nas rze­czy­wi­stość?