myslimy
| 19 lutego 2016 ]

Franciszek bez lukru

Wszy­scy zna­my obra­zy św. Fran­cisz­ka z popkul­tu­ry i cen­trów piel­grzym­ko­wych oraz skle­pów z dewo­cjo­na­lia­mi. Nie­obec­ny wzrok, naiw­ne spoj­rze­nie, głup­ko­wa­ty wyraz twa­rzy i zwie­rzę­ta wko­ło. Figur­ki ocie­ka­ją­ce kiczem i obra­zy malo­wa­ne lukrem. Nie taki jest Fran­ci­szek u Richar­da Roh­ra. Obraz, jaki wyła­nia się z jego naj­now­szej książ­ki „Siew­ca miło­ści. Wła­sna dro­ga Fran­cisz­ka z Asy­żu”, przy­po­mi­na raczej świę­tych od Fra Ange­li­co. Tak jak pięk­nie poka­zał kon­tekst histo­rycz­ny Bie­da­czy­ny z Asy­żu Che­ster­ton, tak pięk­nie i cie­ka­wie poka­zu­je ducho­wość Fran­cisz­ka Richard Rohr. Nie jest to bynaj­mniej malo­wa­na paste­la­mi laur­ka, ale raczej mozol­ne, stro­na po stro­nie, zdzie­ra­nie dłu­tem lukru z wize­run­ku świę­te­go. Obraz, jaki się z tej pra­cy wyła­nia, może nie­któ­rych zaska­ki­wać.

Zasko­cze­nie wyda­je się dobrym sło­wem opi­su­ją­cym doświad­cze­nie czy­tel­ni­ka wcho­dzą­ce­go w świat ducho­wo­ści, któ­ry rysu­je w swo­ich książ­kach ten ame­ry­kań­ski fran­cisz­ka­nin. Sta­li czy­tel­ni­cy Richar­da Roh­ra (któ­re­go książ­ki na pol­ski rynek – i chwa­ła im za to – spro­wa­dza­ją Bog­dan Bia­łek i wydaw­nic­two Cha­rak­te­ry) są, jak myślę, już przy­zwy­cza­je­ni do tego, że każ­da taka podróż obfi­tu­je w bodź­ce do wycho­dze­nia z utar­tych kole­in wyobra­żeń na temat tego, czym jest chrze­ści­jań­stwo. Ci z Pań­stwa, któ­rzy się­gną po tego auto­ra po raz pierw­szy, niech przy­go­tu­ją się men­tal­nie, że ta książ­ka raczej nie zapew­ni „cie­peł­ka”. Jest raczej jak ude­rze­nie bok­ke­nem w prak­ty­ce zen – nie­wy­god­na i cza­sa­mi bole­sna, bo zdzie­ra­ją­ca nasze sche­ma­ty postrze­ga­nia chrze­ści­jań­stwa, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo pomoc­na na dro­dze meta­noi.

Siewca miłości

Rohr to czło­wiek łączą­cy w sobie ducha kon­tem­pla­cji i czyn­ne­go dzia­ła­nia. Dobry przy­kład na domi­ni­kań­skie Con­tem­pla­re et con­tem­pla­ta aliis tra­de­re. Chodź miesz­ka na co dzień w pustel­ni w oko­li­cach Albu­qu­erque w USA, to kie­ru­je tak­że Cen­trum na rzecz Dzia­ła­nia i Kon­tem­pla­cji. Oprócz tych aktyw­no­ści rów­nież podró­żu­je, wygła­sza wykła­dy, pro­wa­dzi reko­lek­cje oraz pisze – o czym moż­na się coraz czę­ściej prze­ko­nać w Pol­sce, gdzie w ostat­nim cza­sie poja­wi­ło się dużo tłu­ma­czeń prac fran­cisz­ka­ni­na.

W „Siew­cy miło­ści” idzie­my po śla­dach św. Fran­cisz­ka, św. Kla­ry, św. Bona­wen­tu­ry i Dun­sa Szko­ta. I pro­szę mi wie­rzyć, nie jest to nud­na podróż. Wraz z nimi wcho­dzi­my za kota­rę i zanu­rza­my się w świat misty­ki, któ­ra bynaj­mniej nie jest ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści. Wręcz prze­ciw­nie, jest zako­rze­nio­na w rze­czy­wi­sto­ści i dla­te­go jest mistycz­na. Bo rze­czy­wi­stość to Bóg. Taki para­doks. A takich para­dok­sów jest tam wię­cej. Tu nie ma „Bozi” i Jezu­ska, ale jest Ogień Miło­ści, któ­ry wypa­la ego­izm, i Stru­mień Miło­ści, w któ­re­go zanu­rzo­ny jest świat i czło­wiek.

Dla Richar­da Roh­ra nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że w Bogu znaj­du­je się nasze DNA, że jeste­śmy Jego odbi­ciem, a Bóg jest źró­dłem, z któ­re­go prze­le­wa się stru­mień oso­bo­wej Miło­ści i wypeł­nia wszyst­ko. Brzmi to być może lan­dryn­ko­wo i naiw­nie, ale to wra­że­nie zni­ka, gdy scho­dzi się w głąb tej książ­ki. Richard Rohr, jak przy­sta­ło na ducho­we­go syna św. Fran­cisz­ka, pisze o tym, co odkrył, a wła­ści­wie przy­wró­cił na nowo Bie­da­czy­na z Asy­żu. Dla św. Fran­cisz­ka bowiem świat widzial­ny jest bra­mą do świa­ta nie­wi­dzial­ne­go, a isto­tą Wszech­świa­ta jest połą­cze­nie i rela­cja. I to jest jeden z fun­da­men­tów ducho­wo­ści fran­cisz­kań­skiej. Moc­ne zako­rze­nie­nie w tajem­ni­cy Trój­cy Świę­tej. Tyl­ko odkry­wa­jąc na nowo ducho­wość Trój­cy Świę­tej, może­my wyjść poza duali­stycz­ne myśle­nie, któ­re zamy­ka nas w naszym małym ja. Żeby to jed­nak zoba­czyć, a wła­ści­wie doświad­czyć, trze­ba wejść na dro­gę misty­cy­zmu i zdra­pać biel­mo ze swo­ich oczu, odkry­wa­jąc na nowo w sobie spoj­rze­nie kon­tem­pla­cyj­ne. To czy­ste spoj­rze­nie jest waż­ne, bo jak pod­kre­śla Richard Rohr, nie znaj­dziesz Boga na zewnątrz, jeśli nie znaj­dziesz Go wcze­śniej w sobie.

Wej­ście na dro­gę mistycz­ną nie jest jed­nak łatwe. Trud dro­gi nie wyni­ka jed­nak z tego, że jest to jakaś tajem­na wie­dza albo że wej­ście na nią zaczy­na się za sied­mio­ma góra­mi i sied­mio­ma lasa­mi. Trud bie­rze się z nasze­go ego­izmu, któ­ry się tego bar­dzo boi. Boi się ruszyć, oddać, stra­cić. Dla Roh­ra, tak jak dla św. Fran­cisz­ka, jest jasne, że aby pójść w dro­gę, trze­ba przy­jąć, zaak­cep­to­wać i przy­tu­lić swo­je cier­pie­nie, umrzeć na krzy­żu i zmar­twych­wstać po dru­giej stro­nie. Jak to jest moż­li­we? „U ludzi to nie­moż­li­we, ale nie u Boga”. To wła­śnie w tym wymia­rze doty­ka­my Tajem­ni­cy Dobrej Nowi­ny, któ­rą przy­niósł nam Jezus, a póź­niej na prze­strze­ni wie­ków przy­no­szą Jego ucznio­wie.

Zmia­na sto­sun­ku do cier­pie­nia to była rewo­lu­cja Jezu­sa, któ­ra wciąż szo­ku­je i budzi sprze­ciw. Pomi­mo 2000 lat wciąż boimy się bólu, utra­ty kon­tro­li, sła­bo­ści. Z tej nie­zgo­dy, wypar­cia i bun­tu rodzi się nasze cier­pie­nie. Wciąż mamy pro­blem z akcep­ta­cją „bez­sen­su”, gdy tym­cza­sem praw­dzi­wy sens pole­ga wła­śnie na akcep­ta­cji tego, co okre­śla­my bez­sen­sem. Kolej­ny para­doks na naszej dro­dze – żeby zyskać życie, musisz umrzeć, a dokład­niej mówiąc: musi umrzeć cząst­ka two­je­go ja. Innej dro­gi nie ma. Ta akcep­ta­cja fak­tu, że wzra­sta­my przez cier­pie­nie, daje mądrość i spo­kój. Nie­ste­ty, ubo­le­wa Rohr, dzi­siej­szy świat nie ofe­ru­je języ­ka, któ­ry by to wyja­śnił, stąd m.in. bie­rze źró­dło pla­ga depre­sji, z jaką zma­ga się współ­cze­sny czło­wiek.

Boimy się bar­dzo czę­sto swo­je­go cie­nia. A tym­cza­sem, i to jest kolej­na rewo­lu­cja Ewan­ge­lii, ten cień jest nie­zbęd­ny do tego, aby­śmy praw­dzi­wie żyli. Ewan­ge­lia ze swo­im inte­gro­wa­niem prze­ci­wieństw i posta­wie­niem w cen­trum tego, cze­go się naj­bar­dziej boimy, pozwa­la wyjść z zaklę­te­go krę­gu lęku i przy­tu­lić swój cień. Ducho­wość nie­do­sko­na­ło­ści to wiel­ka war­tość Ewan­ge­lii i Dobra Nowi­na, któ­ra aż się pro­si, żeby odkryć ją na nowo i podzie­lić się nią z zato­pio­nym w swo­im lęku współ­cze­snym czło­wie­kiem. Na co dzień zapo­mi­na­my, że to Bóg, a nie my, zba­wia świat i że w Jego oczach nie­god­ność, któ­rej tak bar­dzo się wsty­dzi nasze ego, jest warun­kiem nie­zbęd­nym do tego, żeby­śmy mogli być zba­wie­ni. Bo jeste­śmy zba­wia­ni przez Łaskę, a nie przez zasłu­gi i punk­ty za dobre spra­wo­wa­nie. Richard Rohr zachę­ca nas do tego, żeby­śmy o tym pamię­ta­li i na co dzień prak­ty­ko­wa­li małą dro­gę sła­bo­ści, któ­ra pole­ga na czy­nie­niu małych rze­czy z wiel­ką miło­ścią.

Żeby wytrwać na tej dro­dze, potrze­bu­je­my mądro­ści kon­tem­pla­cji, któ­rą ofe­ru­je św. Fran­ci­szek, a tak napraw­dę całe chrze­ści­jań­stwo. Kon­tem­pla­cji, któ­ra przy­no­si odmien­ny spo­sób pozna­nia niż ten świat. Jest to pozna­nie, któ­re pozwa­la widzieć po dru­giej stro­nie raczej czu­łe­go Ojca niż suro­we­go sędzie­go. „Kon­tem­pla­ty­cy to ci, któ­rzy mają odwa­gę burzyć gra­ni­ce swo­je­go ego, tak żeby Bóg mógł patrzeć przez nich, z nimi i w nich”. Czy to jest tyl­ko dla wybra­nych? Bynaj­mniej. To jest isto­ta naszej wia­ry – zda­je się pod­kre­ślać Richard Rohr. Bycie chrze­ści­ja­ni­nem to bycie połą­czo­nym ze Źró­dłem, to przy­ję­cie, że dzie­li­my toż­sa­mość z Jezu­sem – Ktoś żyje w nas i przez nas. Praw­da, że zaska­ku­ją­ca per­spek­ty­wa? Ale taka jest wła­śnie nasza wia­ra. Nie­ste­ty, ubo­le­wa nad tym Richard Rohr, bar­dzo czę­sto o tym zapo­mi­na­my, robiąc z chrze­ści­jań­stwa drob­no­miesz­czań­ską reli­gię „świę­te­go spo­ko­ju” i gwa­ran­ta sta­bil­no­ści spo­łecz­nej.

Nie takie jest nasze powo­ła­nie, przy­po­mi­na nam za św. Fran­cisz­kiem jego ducho­wy syn. I to jest kolej­ny waż­ny moment w naszej podró­ży po świe­cie fran­cisz­kań­skich świę­tych. Dla nich wszyst­kich, a tak­że dla Richar­da Roh­ra, kon­tem­pla­cja, któ­ra nie dzie­li się owo­ca­mi ze świa­tem, nie jest chrze­ści­jań­ską kon­tem­pla­cją. Misty­cy to ludzie Trze­ciej Siły, któ­ra ma swo­je źró­dło w Ewan­ge­lii i któ­ra opar­ta jest na powstrzy­my­wa­niu się od anta­go­ni­zmu na rzecz pro­po­no­wa­nia roz­wią­zań alter­na­tyw­nych. Liczy się w niej miłość i dzia­ła­nie, a nie inte­lekt i spe­ku­la­tyw­na praw­da. Prze­ko­na­na jest, że Jezu­sa trze­ba naśla­do­wać, a nie tyl­ko wiel­bić. Siła ta wyra­sta z prze­ko­na­nia, że życie zmie­niasz przez dzia­ła­nie, a nie przez myśle­nie.

Myślę, że tak sil­ny akcent poło­żo­ny na uczu­cie i dzia­ła­nie, a nie na inte­lekt i wie­dzę spe­ku­la­tyw­ną jest tym, co wyróż­nia książ­kę Roh­ra na tle innych publi­ka­cji poświę­co­nych św. Fran­cisz­ko­wi. Pozwa­la też lepiej zro­zu­mieć róż­ni­cę, jaka od same­go począt­ku była mię­dzy domi­ni­ka­na­mi a fran­cisz­ka­na­mi – dwo­ma zako­na­mi żebra­czy­mi śre­dnio­wie­cza.

Dla Roh­ra, podob­nie jak dla Bona­wen­tu­ry, wie­dza mistycz­na jest naj­do­sko­nal­szą for­mą wie­dzy. Wyra­ża się to w prze­ko­na­niu, że wyobraź­nia jest waż­niej­sza niż inte­li­gen­cja. Tym, co zmie­nia czło­wie­ka od wewnątrz, jest wła­śnie wyobraź­nia, któ­ra opie­ra się na arche­ty­pach. To one mają moc lecze­nia ser­ca, a nie logicz­ne argu­men­ty. Jak przy­po­mi­na ducho­wy syn św. Fran­cisz­ka, „Bóg dzia­ła w sekre­cie na dnie ser­ca. Tam, gdzie nie ma świa­do­mo­ści”. Tyl­ko gdy kocha­my, jeste­śmy w sta­nie funk­cjo­no­wać w peł­ni w świe­cie. Rohr ubo­le­wa nad tym, że w Koście­le, nie­ste­ty, czę­sto się o tym zapo­mi­na. Źró­dła tego pro­ce­su tkwią, według Roh­ra, w myśli św. Toma­sza, w któ­rej zro­zu­mie­nie sta­ło się waż­niej­sze niż wola miło­ści. Tomizm, uwa­ża Rohr, któ­ry został posta­wio­ny na rów­ni z Ewan­ge­lią, odda­lił nas od mistycz­ne­go i jed­no­czą­ce­go jej odczy­ta­nia. Praw­da zosta­ła zrów­na­na z wie­dzą, a nie z miło­ścią. Zaowo­co­wa­ło to tym, że weszli­śmy w logi­kę zasług przed Bogiem i zapo­mnie­li­śmy, że Bóg jest wol­ny i bez­względ­nie kocha, że rdze­niem chrze­ści­jań­stwa są łaska, miło­sier­dzie, miłość i prze­ba­cze­nie. Zapo­mi­na­my na co dzień, że Bóg nas kocha nie dla­te­go, że jeste­śmy dobrzy, ale dla­te­go, że sam jest dobry i że nic na świe­cie nie może zaha­mo­wać tej miło­ści. Zapo­mi­na­my, że Jezus przy­szedł na świat nie po to, aby Bóg zmie­nił zda­nie o ludziach, ale po to, aby ludzie zmie­ni­li zda­nie o Bogu. To kolej­ny bar­dzo cie­ka­wy frag­ment książ­ki Roh­ra.

I już zupeł­nie na koniec coś, co dla wie­lu czy­tel­ni­ków może być bar­dzo kon­tro­wer­syj­ne. Mam na myśli te frag­men­ty „Siew­cy miło­ści”, w któ­rych Rohr pisze o kosmicz­nym Chry­stu­sie. Dla wie­lu chrze­ści­jan takie sfor­mu­ło­wa­nia kla­sy­fi­ku­ją od razu auto­ra w gro­nie kolej­nych piew­ców „mul­ti-kul­ti” i new age’u. Jeże­li myślą Pań­stwo w ten spo­sób, to szcze­gól­nie Wam pole­cam te frag­men­ty, aby prze­ko­nać się, że kosmicz­ny Chry­stus był w chrze­ści­jań­stwie od począt­ku. Jak pod­kre­śla Rohr, umarł histo­rycz­ny, zako­rze­nio­ny w cza­sie i kul­tu­rze Jezus – cie­śla z Naza­re­tu, a zmar­twych­wstał Chry­stus. Tym­cza­sem my ze sło­wa „Chry­stus” uczy­ni­li­śmy dru­gie imię Jezu­sa, zapo­mi­na­jąc, że to sło­wo okre­śla Jego odwiecz­ną, kosmicz­ną natu­rę. W krót­kiej for­mie recen­zji trud­no przy­bli­żyć tę część wywo­du ame­ry­kań­skie­go duchow­ne­go, ale pro­szę mi wie­rzyć, napraw­dę war­to. Jest to jeden z tych frag­men­tów książ­ki Roh­ra, któ­ry wyma­ga wie­lo­krot­ne­go wra­ca­nia i „prze­żu­wa­nia” tego, co mówi do nas autor książ­ki. Poni­żej chciał­bym tyl­ko Pań­stwu deli­kat­nie zamar­ko­wać tok myśle­nia fran­cisz­ka­ni­na.

Jezus bez Chry­stu­sa two­rzy reli­gię zanu­rzo­ną w kul­tu­rze i cza­sie. Z dru­giej stro­ny sam Chry­stus bez Jezu­sa to abs­trak­cyj­na meta­fi­zy­ka lub ide­olo­gia. Potrze­bu­je­my Ich obu. Po Sobo­rze Chal­ce­doń­skim dogmat o czło­wie­czeń­stwie i bosko­ści Jezu­sa był powszech­ny, ale nic z tym nie zro­bi­li­śmy, nie wpro­wa­dzi­li­śmy go w życie – pisze Rohr i dalej pod­kre­śla, że wyję­li­śmy Jezu­sa z Trój­cy Świę­tej, co spo­wo­do­wa­ło poważ­ne kon­se­kwen­cje dla naszej ducho­wo­ści. Zni­kła wiel­ka fabu­ła, zni­kła nadzie­ja, zni­kła Tajem­ni­ca. Spro­wa­dzi­li­śmy reli­gię do drob­no­miesz­czań­skiej fast-foodo­wej wer­sji oraz do moral­no­ści. W ten spo­sób, tak uwa­ża Rohr, sami zafun­do­wa­li­śmy sobie puste kościo­ły. Doj­rza­ła reli­gij­ność ma pro­wa­dzić do roz­wo­ju ludz­kiej świa­do­mo­ści. Zapo­mnie­li­śmy, że „(…) kata holon zna­czy doty­czą­ce cało­ści. Aż do dziś inte­re­su­je nas wyklu­cze­nie, a nie obej­mo­wa­nie”. Zapo­mnie­li­śmy, że dla chrze­ści­ja­ni­na Bogiem jest Trój­ca Świę­ta, a Jezus przy­szedł po to, aby nas zapro­wa­dzić do domu. Bez tej per­spek­ty­wy powsta­je fał­szy­wy misty­cyzm, któ­ry wyra­ża się w „moim małym Jezu­sie i moim małym ja”. W ten spo­sób chrze­ści­jań­stwo, zamiast otwie­rać na żywą rela­cje z Bogiem i dru­gim czło­wie­kiem, zamy­ka w pry­wat­no­ści i nie­za­in­te­re­so­wa­niu się inny­mi.

Kie­dy zaczy­na­łem czy­tać te frag­men­ty, towa­rzy­szył mi pewien nie­smak i prze­ko­na­nie, że teraz to autor już odpły­nął. Gdy skoń­czy­łem, już tak nie myśla­łem. Mało tego, uświa­do­mi­łem sobie, jak czę­sto nasze chrze­ści­jań­stwo przy­kry­te jest nawy­ka­mi reli­gij­no­ści natu­ral­nej, myśle­niem magicz­nym, „han­del­kiem” z Panem Bogiem i deizmem. Przez to wszyst­ko nie mamy moż­li­wo­ści dotknąć pul­su­ją­cej Tajem­ni­cy chrze­ści­jań­stwa i spo­tkać Ojca, w któ­re­go prze­cież teo­re­tycz­nie wie­rzy­my. Przy­po­mnie­nie tego to jeden z dużych plu­sów „Siew­cy miło­ści”.

War­to się­gnąć po tę książ­kę, bo wszy­scy tęsk­ni­my za miło­ścią i jed­no­cze­śnie wąt­pi­my, czy jest ona w ogó­le moż­li­wa. Ta książ­ka wycho­dzi naprze­ciw tym wąt­pli­wo­ściom i poka­zu­je, gdzie moż­na zna­leźć miłość, za któ­rą tak bar­dzo tęsk­ni­my.

Idź two­ja wia­ra cię uzdro­wi­ła – mówi Jezus do para­li­ty­ka. Wia­ra, a nie przy­ka­za­nia – pod­kre­śla Rohr. Oczy­wi­ście, ktoś z Pań­stwa może w tym momen­cie powie­dzieć: oho, kolej­ny, któ­ry pro­pa­gu­je roz­my­te, lan­dryn­ko­we chrze­ści­jań­stwo. W tej książ­ce nie ma jed­nak nic z lan­dryn­ki. Ma ona raczej posmak korzen­ne­go, czer­wo­ne­go wina wytraw­ne­go, któ­ry prze­bi­ja się przez nut­kę gory­czy wyczu­wal­ną na począt­ku książ­ki, kie­dy pisze o roli cier­pie­nia, akcep­ta­cji sła­bo­ści i bez­sil­no­ści na dro­dze ducho­we­go wzro­stu. Osią, wokół któ­rej krę­ci się cała nasz podróż po świe­cie fran­cisz­kań­skich świę­tych, jest doświad­cze­nie oso­bo­wej Miło­ści Boga do czło­wie­ka. Miło­ści, od któ­rej zaczy­na się wia­ra. Miło­ści, któ­ra pozwa­la widzieć w przy­ka­za­niach nie opre­syj­ne narzę­dzia tyra­na, ale wycią­gnię­te dło­nie kocha­ją­ce­go Ojca, któ­re ase­ku­ru­ją w dro­dze w górę, ku wol­no­ści i peł­ni. Lek­tu­ra „Siew­cy miło­ści” poma­ga na nowo zadzi­wić się chrze­ści­jań­stwem i przy­po­mi­na, że może On nie jest tak dale­ko od nas, jak się nam na co dzień wyda­je.

Ta książ­ka to pozy­cja obo­wiąz­ko­wa dla wszyst­kich tych, któ­rzy kibi­cu­ją dzia­ła­niom papie­ża Fran­cisz­ka i jego „odkle­ja­niu” chrze­ści­jań­stwa od reli­gii poli­tycz­nej i zako­rze­nia­niu w rady­ka­li­zmie Ewan­ge­lii. To tak­że książ­ka dla osób będą­cych chrze­ści­ja­na­mi „od zawsze”, któ­rym kolej­ne obro­ty koła cza­su już przy­tę­pi­ły zmy­sły ducho­we, ale nie zale­czy­ły w ser­cu rany, z któ­rej sączy się tęsk­no­ta za wię­cej…