dzialamy
| 19 listopada 2013 ]

Gender i dym

Podczas spotkania „Gender – błogosławieństwo czy przekleństwo?” w warszawskim klasztorze dominikanów na Freta był dym. I to dosłownie. Zaczęło się od krzyków, które sparafrazować można słowem: „Hańba!”, a których nadawca zaopatrzony był w transparent z napisem „Gender = 666”. Wyproszony, wrócił po kilkunastu minutach, wzywając „wszystkich katolików do opuszczenia sali” i wrzucając do środka świecę dymną.

Fot. Natalia Kertyczak

Spotkaniu i bez tego towarzyszyła najwyższa temperatura, która swoje apogeum osiągnęła, gdy nadszedł czas zadawania pytań przez publiczność. Charakter tych uwag odda być może przytaczana z pamięci wymiana zdań, w której brał udział wyrywany sobie z rąk mikrofon:

− W „Wielkiej księdze cipek” na krzyżu jest nagi Chrystus! Proszę zobaczyć!
− To nie Chrystus, to kobieta!
− Jestem siostrą zakonną. My, chrześcijanie, wierzymy w Chrystusa. Na piersiach noszę krzyż z Chrystusem! Jak pani śmie mówić, że na krzyżu jest kobieta?
− Zakonnica nic nie rozumie! Mówię, że w książce jest kobieta.

W całym tym ferworze mogła umknąć uwadze publiczności rozmowa panelistek: Agnieszki Graff, Zuzanny Radzik i Dominiki Kozłowskiej, prowadzona przez Martę de Zunigę. Szkoda, bo pojawił się w niej wprowadzony przez Agnieszkę Graff i entuzjastycznie podjęty przez pozostałe rozmówczynie wątek możliwej współpracy między feministkami i chrześcijanami (a dodać by trzeba − zapewne także wszystkimi zainteresowanymi, których te dwie kategorie nie obejmują) na polu walki o lepsze rozwiązania dotyczące opieki nad dziećmi, np. o dostęp do żłobków i przedszkoli.

Wysłuchanie tej rozmowy, a przede wszystkim poczytanie literatury na temat gender (i to nie tylko literatury bliskiej własnej opcji światopoglądowej) byłoby na pewno istotnym krokiem. Wygląda jednak na to, że desygnat słowa „gender” jest dla części osób mało istotny − pojęcie to ląduje w mentalnej szufladce z etykietą „wróg, katastrofa, niebezpieczeństwo”, w której miesza się w jakichś niejasnych splotach z homoseksualizmem, in vitro, edukacją seksualną i symbolami szatana. Realna dyskusja coraz bardziej wydaje się odsuwać, tym bardziej że pragnący brać w niej udział mogą zacząć się obawiać o własne bezpieczeństwo fizyczne. Zajścia na spotkaniu u dominikanów dołączają do zbioru wydarzeń z ostatniego tygodnia, w których swój sprzeciw postanowiono wyrazić siłowo, uniemożliwiając innym spokojny udział. W tym szeregu mieliśmy już zajścia z 11 listopada, oblanie farbą pracy Jacka Markiewicza w CSW i krzyki podczas spektaklu Jana Klaty.

Spotkanie „Gender − błogosławieństwo czy przekleństwo” tak podsumował Bartosz Bartosik, jeden z jego organizatorów:

„Dla części Kościoła na rzeczową rozmowę o gender jest jeszcze za wcześnie. To grupa niewielka, ale głośna i potrafiąca zapalić race/saletrę w klasztorze, zrobić trochę hałasu i uciec.
Dla innych gender jest utożsamiane z ideologią wrogą Kościołowi, prawu naturalnemu i chrześcijańskiej antropologii. W tej grupie niektórzy projektują na gender swoje lęki, inni potrafią rzeczowo wyjaśnić swoje wątpliwości.
Dla jeszcze innej grupy osób, chyba największej, jest to temat, o którym chcieliby porozmawiać i podebatować. Ale publicznie jest to niemal niemożliwe, bo nawet jeśli mają wobec gender wątpliwości bądź zwyczajnie ufają głosowi hierarchów, to każda próba rozmowy uznawana jest za zdradę katolickiej ideologii, czymkolwiek by ona nie była”.