myslimy
| 30 grudnia 2013 ]

Gender i dżęder

Proces adaptacji słowa „gender” w polszczyźnie dokonuje się w trzech kierunkach. Jednym z nich jest transkrypcja: przyjmujemy uproszczony zapis wymowy oryginalnej i w ten sposób mamy w Polsce „dżender”. Drugim jest utrzymanie oryginalnej pisowni, ale wymawianie jej według polskich harmonii dźwiękowych, a więc po prostu „gender” i w piśmie, i w mowie. A trzecim jest zachowanie zarówno oryginalnej pisowni, jak i oryginalnej wymowy.

Zaobserwować można, że każdy z tych kierunków jest reprezentowany i cieszy się popularnością, ale każdy w innych środowiskach i w różnych rodzajach komunikatów. Transkrypcja chętnie jest stosowana w dyskusjach internetowych, gdzie pojawia się nawet forma „dżęder”, która niesie ze sobą ironię i złośliwość wymierzoną w polemistów. „Dżender” czy „dżęder” to więcej niż tylko spolszczenie, nie ma w tym neutralności, jest pokaźny ładunek emocjonalny i ideowy. To zupełnie nowy twór, autonomiczny byt, który żyje tylko w Polsce, a do którego powstania przyczyniły się na równi prawica i lewica. To prawicowe monstrum, potwór do straszenia dzieci, wytłumaczenie wszystkich naszych nieszczęść i synonim upadku cywilizacji, który lewica nazywa z przekąsem.

Zdjęcie ze spektaklu "Mutabor" grupy Wędrujące Lalki Pana Pezo, Sztuka Ulicy 2007, fot. Marcin Kiedio

Można zatem powiedzieć, że radykalne środowiska kościelne wojują karykaturalnym, zdemonizowanym obrazem gender, a ludzie z drugiego obozu znajdują na to słowo i tym słowem ochoczo operują, żeby siebie rozbawić. Mnożą się więc różne literackie impresje, krążą żarty o potworze Dżęderze i o wiedźmie Dżęder. Możemy oglądać rozmaite memy, choćby taką grafikę, która przedstawia rocznego Karola Wojtyłę w koszuli nocnej, a podpis pod zdjęciem mówi, że „dżęder wcale nie jest taki straszny”. Sporo ludzi bawi się w najlepsze lękami swoich adwersarzy, sporo ludzi reaguje zupełnie innymi emocjami, niż oczekiwaliby tego biskupi. Nie dość, że nie wystraszono się gender, to jeszcze narodziła się prężna satyra, niejako wbrew intencji straszących.

Trudno nie odnieść wrażenia, że im głośniejszy podnosi się dziś krzyk przeciw różnym nowym nurtom filozoficznym czy społecznym, tym głośniejszy rozlega się śmiech drugiego obozu. Zwolennicy straszenia powinni mieć to na uwadze, że przekonują wyłącznie samych siebie, a z zewnątrz odpowiada im tylko błazenada i szyderstwo, które uznano za jedyną dobrą formę reakcji. Nikt już nie chce dyskutować z radykałami o gender, pomyślano, że lepiej ich zbombardować dowcipami o dżęder.

Tymczasem na ulicy, w tramwajach, w kolejce do lekarza czy na obiedzie u cioci można usłyszeć słowo „gender” wymawiane według polskiej fonetyki. Dostosowanie wymowy do pisowni jest zjawiskiem bardzo ciekawym, dawniej bowiem dominowała sytuacja odwrotna: dostosowania pisowni do wymowy. Wynikało to stąd, że ludzie więcej mówili, niż czytali, przekaz ustny był przekazem podstawowym. Człowiek nie był bombardowany tysiącem tekstów, słowa przyjmował na ucho, z czasem nawet w sposób zniekształcony. Ludzie częściej słyszeli o Szekspirze, niż czytali Shakespeare’a, i częstotliwość tej formy wpłynęła na normatywizację. Obecnie jest inaczej. Dominują teksty, głównie internetowe, więc łatwo zaprezentować pisownię oryginalną. Ludzie przeglądają w sieci różne portale, to słowo pisane uderza ich na każdym kroku, nie dziwi więc, że to zapis się im bardzo mocno utrwala i determinuje wymowę. I właśnie tak tu i ówdzie jest z gender.

Taki sposób podejścia do tego słowa charakteryzuje ludzi niewłączających się do dyskusji o gender, niesłuchających wykładów na jego temat, niechodzących na modne spotkania i niebawiących się w internetowe gierki. Jest to więc cecha ludzi mniej aktywnych, może też gorzej wykształconych, ale przede wszystkich chyba ludzi, którzy na sprawę tylko rzucili okiem i potem luźno gdzieś o niej wspominają. Słowo „gender” wymawiane polskimi głoskami jest być może cechą – nie operuje tym słowem pejoratywnie, tylko zupełnie neutralnie – prowincji, gdzie takie nowe refleksje, mówiąc wprost, nikogo zbytnio nie obchodzą, ludzie mają tam bowiem zupełnie inne tematy do rozmów.

Trzecim kierunkiem jest ortodoksja w traktowaniu tego słowa, czyli pilnowanie oryginalnej pisowni i wymowy, a nawet śrubowanie tej drugiej tak, by była jak najbardziej angielska. Spotykam się z tym, że mój rozmówca to słowo wymawia niezwykle pietystycznie, jakby był rodzimym użytkownikiem języka angielskiego. Mówimy tu o zjawisku zupełnie przeciwnym do opisanego w poprzednim akapicie: oryginalnej pisowni i wymowy – nawet na granicy śmieszności – pilnują aktywiści, ludzie żywo zaangażowani w popularyzowanie gender, organizujący panele dyskusyjne, warsztaty i konferencje, wierzący w sens tego nurtu i w jego siłę, w to, że sporo może zmienić. Zaryzykuję tezę, że oryginalną postać to słowo zachowuje wszędzie tam, gdzie studia gender są czymś więcej niż tylko namysłem, ale są ars vivendi, budowaniem tożsamości, sposobem określenia własnej wartości i statusu społecznego. Może w tym cyzelowaniu angielskiego brzmienia iść o chęć wyróżnienia się, uchodzenia za innego, otwartego, prozachodniego, przerastającego – jak to się określa często − polską przaśność. Dla sporej grupy ludzi „gender” to skrót myślowy, który oznacza mnóstwo różnych spraw, które da się pod to słowo podłączyć, warto jednak zauważyć, że osoby w rzecz bardzo zaangażowane wszystko starannie różnicują, na przykład często operując szczegółowym określeniem „gender studies”. Dbają o precyzję, profesjonalizują przekaz i w ten sposób pokazują swój ponadprzeciętny udział w sprawie.

Należy jeszcze się zastanowić, czy jest możliwy polski ekwiwalent dla tego słowa. Sądzę, że do jego utworzenia nie dojdzie, z dwóch powodów. Po pierwsze, polszczyzna raczej wchłania słowa i je adaptuje, niż wymyśla własne, ponieważ jest językiem narodu słowiańskiego, a narody słowiańskie nie ustalają w Europie norm kulturowych. Zawsze byliśmy narodem aspirującym do cywilizacji zachodniej, a nie narodem tworzącym projekty cywilizacyjne, nasz język był więc ogromnie elastyczny i otwarty, pojemny. Aparat intelektualny przyjął z zewnątrz. Po drugie, gender chce być prądem uniwersalnym, ma ambicję zmieniania sposobu myślenia mas ludzi, przez to nazwa tego prądu jest bardzo wpływowa i raczej nie sposób jej uniknąć.