myslimy
| 19 kwietnia 2016 ]

Głos w sprawie powieści katolickiej

Tytuł niczym z dawnego pisma katolickiego. „Powieść katolicka”, temat dziś już u nas raczej zapomniany, ale kiedyś przecież – obok „filozofii katolickiej” – podstawowy dla formacji zwanej „inteligencją katolicką” i dyskutowany bez końca, przed wojną choćby w „Verbum”, „Prosto z Mostu”, wileńskim „Paksie”, po wojnie w „Tygodniku Powszechnym”, „Dziś i Jutro” czy „Znaku”.

Przyszło to do nas chyba z Francji, gdzie tzw. odrodzenie katolickie zapoczątkowali przecież w pewnym sensie właśnie pisarz, Léon Bloy, do spółki ze swoim chrzaśniakiem, Jakiem Maritainem – filozofem co prawda, ale żywo zainteresowanym literaturą i kreślącym dla niej swego rodzaju duchowy program (a następnie wcielającym ten program w życie przez stworzenie serii powieściowej „Le Roseau d’Or”). Pisarze francuscy – obok Bloya przede wszystkim Bernanos, Claudel, Mauriac, Julien Green – stanowili trzon tego, co w polskich dyskusjach określano mianem „powieści katolickiej”, ale byli w gronie twórców spod tego znaku też choćby Brytyjczycy (Waugh, Greene, Marshall, Baring), Niemki (von le Fort i Langgässer), Norweżka (noblistka Sigrid Undset), a nawet Japończyk (Shusaku Endo). Do tego mieliśmy jeszcze polskich „pisarzy katolickich” – młodego Andrzejewskiego z „Ładem serca”, Kossak-Szczucką, Malewską, Władysława Jana Grabskiego, Zawieyskiego, Dobraczyńskiego, Żukrowskiego (tego samego, który napisał „Porwanie w Tiutiurlistanie”), Gołubiewa. Czasem ma się wrażenie, że próbowano ich wszystkich wrzucić do jednego worka na siłę, wbrew ich własnym samoidentyfikacjom, wbrew głębokim różnicom w stylu, treści i poziomie artystycznym, jak gdyby wystarczyło, że większość z nich wydawało w Polsce to samo wydawnictwo – uwikłany w komunizm, ale przecież jednocześnie zasłużony Instutut Wydawniczy „Pax”. „Gebethner i Wolff PRL-u” – pisał o nim, zdaje się, Stefan Kisielewski, i rzeczywiście do dziś „powieść katolicką” najłatwiej u nas dostać w starych „paksowskich” wydaniach.

Powiesc katolicka

„Powieść katolicka” była w pewnym sensie synonimem katolickiego humanizmu. To, co zdawało się najwyższe w ludzkiej (a w każdym razie francuskiej) kulturze – powieść – łączyło się w niej w jedno z wiarą katolicką, która, zgodnie z wyrażeniem Maritaina, „oczyszczała źródło” literatury, czyli duszę twórcy. Z czasem jednak termin ten zaczął kojarzyć się negatywnie, z próbami tworzenia katolickiego getta, jak gdyby „katolickość” zniekształcała raczej, niż dopełniała to, co „ludzkie”. Może „powieść katolicka” jeszcze wróci jako temat nowych dyskusji, bogatszych o dorobek poprzednich. Zdaje mi się, że nie ja jeden szukam katolickiej literatury po antykwariatach.

Na razie dyskusje takie toczą się chyba przede wszystkim w kręgu anglosaskim, gdzie pod terminem „powieść katolicka” rozumie się przede wszystkim Flannery O’Connor i Walkera Percy’ego po jednej stronie oceanu i Waugha oraz Greena – po drugiej. Choć dyskusje te są żywe, sama „powieść katolicka” i w tym kręgu zdaje się należeć już do przeszłości. „Czy literatura straciła wiarę?” – pytał na łamach „New York Timesa” jakiś czas temu Paul Elie, ogłaszając, że gatunek powieści religijnych tkwi w kryzysie, a wyjścia zeń nie widać. Niewiele powstało od czasów O’Connor dobrej literatury tego typu – argumentował – a ta, co jest, bardzo nieśmiało porusza sprawy wiary. Gregory Wolfe, redaktor naczelny chrześcijańskiego pisma kulturalnego „Image”, odpowiadał mu, że literatura religijna ma się dobrze, tylko mówi dziś innym tonem, mniej krzykliwym, cichszym, co nie znaczy jednak, że mniej autentycznie chrześcijańskim. Nie wiem, kto z nich dwóch ma rację. W każdym razie wydaje mi się, że rzeczywiście nie widać nowych Waugha, Greene’a, O’Connor, Undset, Bernanosa, Mauriaca, Malewskiej.

Dającą do myślenia odpowiedź na pytanie, dlaczego „literatura katolicka” była zjawiskiem tylko tymczasowym, znalazłem w eseju „«Nieudana epifania»: dwie chrześcijańskie powieści – «Idiota» i «Doktor Żywago»” rosyjskiej poetki prawosławnej Olgi Sediakowej, który ukazał się w numerze kwartalnika „Kronos” poświęconym Dostojewskiemu. W obydwu powieściach świętość poniosła według Sediakowej klęskę, bo autorzy nie zrezygnowali z… formy powieści współczesnej, którą zajmują sprawy takie jak „los” czy „charakter”, dla świętych mało ważne. Literatura spod znaku współczesnych powieści jest według poetki próbą celebrowania tego, co w świętych ma umierać, współczesna powieść o świętości jest więc oksymoronem.

Może więc w pewnym sensie mamy wybór: albo powieść, z jej kultem tego, co ludzkie, albo miłość Boga i zgoda na to, by ludzkie przemijało nieopisane? Kolejne wcielenie dylematu między amor sui usque ad contemptum Dei (miłość siebie aż do negacji Boga) i amor Dei usque ad contemptum sui (miłość Boga aż do negacji siebie).