myslimy
| 21 czerwca 2013 ]

Gombrowicz apokaliptyk

Gom­bro­wicz – argu­men­to­wał nie­gdyś na łamach „Kul­tu­ry” Józef Wit­tlin – nie jest, jak chcą nie­któ­rzy jego kry­ty­cy, amo­ral­nym skan­da­li­stą. Jest, wręcz prze­ciw­nie, bez­kom­pro­mi­so­wym mora­li­stą! Jeśli jego powie­ści – mimo mistrzow­skich sty­li­stycz­nych fajer­wer­ków i rubasz­ne­go kli­ma­tu – wywo­łu­ją u czy­tel­ni­ka wra­że­nie przy­gnę­bia­ją­ce, to dla­te­go, że dema­sku­ją one kłam­stwo, któ­rym pod­szy­te są sto­sun­ki mię­dzy­ludz­kie. Nam się tyl­ko wyda­je – mówi Gom­bro­wicz – że mamy czy­ste inten­cje; w rze­czy­wi­sto­ści jeste­śmy ego­tycz­ni, pożą­dli­wi, mali i chce­my nad wszyst­ki­mi domi­no­wać – jak nie siłą, to wdzię­kiem. Wszak – czy­ta­my w „Dzien­ni­ku” – „w świe­cie ducha odby­wa się gwałt per­ma­nent­ny”. W tym sen­sie pisar­stwo Gom­bro­wi­cza jest – mówi Wit­tlin – apo­ka­lip­są: „odkry­wa­niem rze­czy zata­jo­nych”, sam pisarz zaś nie­da­le­ki jest od chrze­ści­jań­stwa, bo też „każ­dy uczci­wy apo­ka­lip­tyk, choć­by trzy­mał się jak naj­da­lej od praw­dy Krzy­ża – już przez samą tra­wią­cą go pasję szu­ka­nia praw­dy (…) – jest jak gdy­by dra­śnię­ty drza­zgą z tam­te­go Drze­wa”.

Fot. Seba­stian Romik

* * *

Ale wła­śnie – czy chrze­ści­jań­stwo to tyl­ko „prze­ko­ny­wa­nie świa­ta o grze­chu” (J 16,8-9)? Czy „rze­czy ukry­te od zało­że­nia świa­ta” (Mt 13,35), któ­re Jezus nam obja­wia, to (jak chce René Girard) praw­da o złu – o okrut­nych mecha­ni­zmach rzą­dzą­cych naszym spo­łe­czeń­stwem, czy raczej Dobra Nowi­na o uświę­ce­niu i zba­wie­niu?

Gom­bro­wi­cza zostaw­my w spo­ko­ju, bo jego pisar­stwo jest zawsze mądrzej­sze od naszych jego inter­pre­ta­cji i nie­wąt­pli­wie nie ogra­ni­cza się do tego, co napi­sa­no powy­żej; podob­nie jest zresz­tą z Girar­dem. Ale jeśli ist­nie­je coś, co na potrze­by tego tek­stu moż­na by nazwać „ducho­wo­ścią gom­bro­wi­czow­ską”, a co pole­ga na cią­głym doszu­ki­wa­niu się w poczy­na­niach naszych i innych osób oznak ukry­tej pychy, nie­uświa­do­mio­nej hipo­kry­zji, cichej prze­mo­cy itd., to zary­zy­ku­ję: na tym chrze­ści­jań­stwo nie pole­ga. Chrze­ści­jań­stwo jest bowiem przede wszyst­kim opty­mi­zmem, że sko­ro do świę­to­ści został stwo­rzo­ny czło­wiek, to może ją z Bożą pomo­cą osią­gnąć. Mądrze mówił Fra­nço­is Mau­riac, choć sam nie­wol­ny od tej skłon­no­ści, że „przy pew­nym stop­niu ana­li­zy żad­ne nasze uczu­cie nie pozo­sta­je w sta­nie czy­sto­ści”. Ale „Bóg nie posłał swe­go Syna na świat po to, aby świat potę­pił, ale po to, by świat został przez Nie­go zba­wio­ny” (J 3,17).

* * *

Mam przed sobą obra­zek zna­le­zio­ny kie­dyś w koście­le, na któ­rym wydru­ko­wa­no frag­ment nastę­pu­ją­cej wypo­wie­dzi bł. kar­dy­na­ła New­ma­na (praw­do­po­dob­nie ury­wek listu do oso­by duchow­nej): „Jeśli zapy­tasz mnie, co masz robić, aby osią­gnąć dosko­na­łość, powiem tak: nie wyle­guj się w łóż­ku, gdy powi­nie­neś wsta­wać; poświęć Bogu swo­je pierw­sze myśli; złóż miłą wizy­tę Naj­święt­sze­mu Sakra­men­to­wi; poboż­nie zmów Anioł Pań­ski; jedz i pij ku Bożej chwa­le; odmów porząd­nie róża­niec; bądź sku­pio­ny; trzy­maj złe myśli z dala od sie­bie; dobrze odpraw wie­czor­ną medy­ta­cję; codzien­nie doko­nuj rachun­ku sumie­nia; nie idź za póź­no spać – i już jesteś dosko­na­ły”.

O co cho­dzi? Czy to jakaś podej­rza­na nauka o „zba­wie­niu przez uczyn­ki”? Nie, chy­ba raczej przy­po­mnie­nie, że świę­tość jest w zasię­gu ręki – ot wystar­czy, prócz Łaski, parę sta­ro­świec­kich poboż­nych prak­tyk (o rale­cję z Bogiem trze­ba dbać), jedze­nie, picie i wcze­sne kła­dze­nie się do snu. A w zasa­dzie wystar­czy samo zaufa­nie Bogu: że gdy mu tyl­ko pozwo­li­my, On nas będzie wycią­gał za uszy z naszej pozor­nie nie­ule­czal­nej byle­ja­ko­ści. A jak już się tą świę­tą czy tym świę­tym zosta­nie, to nic nie będzie w naszym życiu nie na miej­scu, wszyst­ko będzie świę­te: „Łoże twar­do sła­ne, nie­po­ko­je i oschło­ści, / wspo­mnie­nia spi­sa­ne ukrad­kiem w pamięt­ni­ku, / szorst­ki strój brą­zo­wy i każ­de z twych prze­zię­bień, / każ­dy twój ból gło­wy (…)” (ks. Twar­dow­ski).