widzimy
| 4 marca 2013 ]

Historie weselne

Tzw. okoliczności życiowe skłoniły mnie ostatnio do intensywnych poszukiwań domu bankietowo-weselnego. Oglądając te budowle – najczęściej rozrzucone wśród pól malowanych złotem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem – zastanawiałam się: jeśli popyt kształtuje podaż, to co te miejsca mówią o nas, Polakach AD 2013?

  1. Dworek musi być!

Nic to, że większość z nas wywodzi się z chłopstwa, więc w genealogiach rodzinnych można co najwyżej doszukać się biednego szlachciury na zaścianku. Lubimy sobie wyobrażać, że nasz pradziad wojował z szabelką jak, nie przymierzając, Kmicic, by na starość odpoczywać na ganku bielonego dworu, który uparcie przypomina nieśmiertelne Soplicowo. Zapewne z tej tęsknoty za utraconym szlacheckim rajem biorą się uparte nawiązania w architekturze do staropolskich dworków: ganek z kolumienkami, białe tralki w tarasowych balustradach, podjazdy z okrągłym klombem (często w wersji full wypas, czyli z fontanną w stylizacji antycznej). Styl dominujący wewnątrz budynków ciężko jest określić, bo krzyżują się w nim odniesienia do mitologii, akademickie malarstwo XIX-wieczne, duża liczba draperii, sztukaterii i kryształowych lamp. I to wszystko w tonacji biało-kremowej (wersja light) lub złoto-purpurowej (wersja hard).

  1. Polak potrafi

Zaradność Polaków jest doprawdy imponująca. Istnieje kategoria domów weselnych, które na pewno wiodą teraz swoje drugie życie. W pierwszym te ogromne sale były wiatami magazynowymi, fabryczkami przetwórstwa rybnego, składnicami złomu itp. Właściciel jednego z takich cudeniek architektury użytkowej powiedział mi wprost: „Myśmy tu mieli przetwórnię warzyw, proszę pani, ale siostra nie miała gdzie zrobić wesela na 300 osób, więc raz-dwa żeśmy tę halę przerobili”. Efekt niewątpliwie zapiera dech w piersiach…

  1. Odpowiednie dać rzeczy słowo

Nie od dziś wiadomo, że chwytliwa nazwa to w promocji podstawa. Z niegasnącą uciechą obserwuję, jak bezkresną wyobraźnię słowotwórczą mają rodzimi biznesmeni, którzy powołali do istnienia takie marki jak „Zniczland” czy „Jeliton”. Właściciele sal weselnych gardzą taką dosłownością. One sprzedają iluzję, że przez tę jedną noc wszyscy możemy być piękni, eleganccy, bardziej glamour, zatem nazwa musi odpowiadać tym zawyżonym standardom, musi zadawać szyku. Dlatego roi się od domów o wdzięcznych nazwach: Wiktoria, Aleksis, Mariaż, Marco, Bella Donna. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to po prostu inny kierunek emanacji tej potrzeby, które każe nam nasze dzieci nazywać Xawier, Nikola, Karmen, Tycjan czy Zachary.

Na wszelki wypadek tym, którzy chcieliby dać dziecku na imię Tradycja, przypominam za mistrzem Bareją:

– Ona nie może się tak nazywać: Tradycja!

– Dlaczego niby?

– Pytasz, dlaczego? No bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.