widzimy
| 2 kwietnia 2013 ]

Hostie jak papierosy

54 minuty. Tyle trwała liturgia sprawowana przez papieża w Wielki Czwartek − donosi chrześcijański „Pudelek”. Źle? Dobrze? Liturgiczne mistrzostwo świata? Zaczynam mieć serdecznie dość całego zamieszania wokół Franciszka.

Środa. Wybór papieża. Poczta na Świętokrzyskiej. Tam mnie zastała prośba o modlitwę i błogosławieństwo. Wzruszyłam się do łez. Poczta miejscem modlitwy? Jak najbardziej! Radość, po prostu radość.

Od tamtej pory mnóstwo zdjęć, newsów, artykulików, hasełek, kwiatków, rozważań i pień ku czci Franciszka. A jednocześnie cała lawina narzekań, jaki to Kościół jest zły i bogaty.

Z jednej strony – odkrycie, że Kościół jest wspólnotą, papież też człowiek i potrzebuje modlitwy, prostota, brak bogactw (poza tymi duchowymi). Z drugiej − medialne zakrycie… Chrystusa.

Poszedł dym i chyba jeszcze nie opadł. Niestety. Recepta? Puszczam „Dym” Lao Che.

6 minut (i 9 sekund) teledysku. Co wpada mi w ucho? Słowa: „Papierosy jak hostię całuje się ustami”. Jeden wers podobno bardzo heretyckiej piosenki. Sedno? Pocałunek – ten na upragnionych przez nałogowca papierosach. Co mnie porusza? Całowanie hostii. Nie jak Judasz na umówiony znak, tylko jak pożądający jej człowiek, narkoman na głodzie, grzesznik potrzebujący Zbawiciela. Dlaczego to ważne? Bo zanim nakarmię się Ciałem, rozerwę zębami Chleb życia, już jestem kochana. I to nałogowo.

Nałogowo, czyli nieustannie. I ja, i papież Franciszek, i dziennikarze nie tylko katolickich portali, i Lao Che ze Spiętym na czele, i inni grzesznicy. Co więcej ja też mogę tak kochać. Niemożliwe? Tak. Bez Chrystusa to niemożliwe! (No dobrze, poniosła mnie paschalna radość, rzeczywistość to życie w kryzysie i pisanie kolejnych rozdziałów z cyklu: jak zostałam seryjną morderczynią, czyli jak stawiałam krzyżyk na innych, a oni okazywali się być zbawieni).