dzialamy
| 16 grudnia 2015 ]

Inna Warszawa

Podob­no pocho­dzi­ła z ary­sto­kra­tycz­nej, kre­so­wej rodzi­ny. Stu­dia na SGPiS (dziś SGH) szły jej tak dobrze, że na prze­ło­mie lat 70. i 80. poje­cha­ła na sty­pen­dium do Nie­miec. Mówi się, że w nie­wiel­kim odstę­pie cza­su spo­tka­ły ją dwie tra­ge­die: zmar­ła jej mat­ka, a mąż porwał syna za gra­ni­cę. W tym punk­cie histo­ria zapa­da się w mrok.

Cotygodniowe spotkanie wspólnoty Sant Egidio z bezdomnymi. Fot. Anna Matlak

Coty­go­dnio­we spo­tka­nie wspól­no­ty Sant Egi­dio z bez­dom­ny­mi. Fot. Anna Matlak

Wspól­no­ta Sant’Egidio pozna­ła ją przy roz­da­wa­niu kana­pek jako star­szą kobie­tę z wiel­kim kokiem upię­tym pod chust­ką. Taka wła­śnie spo­glą­da­ła z nie­sio­ne­go za trum­ną por­tre­tu, któ­ry nama­lo­wał Rado­sław Skrzyp­czyk. Choć poli­cja osta­tecz­nie nie usta­li­ła toż­sa­mo­ści kobie­ty, na tablicz­ce nagrob­nej oprócz ozna­cze­nia NN i nume­ru iden­ty­fi­ka­cyj­ne­go uda­ło się w cudzy­sło­wie dodać nazwi­sko, pod któ­rym zna­ła ją wspól­no­ta. – Bez­dom­ni umie­ra­ją ano­ni­mo­wo: bez nazwi­ska i bez twa­rzy. Nawet jeśli mają zna­jo­mych, nikt nie odszu­ku­je ich, by poin­for­mo­wać o pogrze­bie. Przy trum­nie są tyl­ko gra­ba­rze. Chcie­li­śmy zro­bić wszyst­ko, żeby było ina­czej – mówi Anna Matlak.

Aby przy­je­chać na pogrzeb razem ze swo­imi przy­ja­ciół­mi bez­dom­ny­mi, wspól­no­ta wyna­ję­ła auto­bus. Razem modli­li się pod­czas Mszy i razem szli za trum­ną. Jeden z gra­ba­rzy nie ukry­wał zdzi­wie­nia. Pierw­szy raz widział sześć­dzie­siąt osób na pogrze­bie bez­dom­nej. – Jeste­ście rodzi­ną? – dopy­ty­wał. Odpo­wie­dzie­li: Wła­ści­wie tak. – Byli­śmy w tej samej sytu­acji: ludzie, któ­rzy przy­je­cha­li poże­gnać się ze zna­jo­mą – dzie­li się swo­imi odczu­cia­mi Agniesz­ka Nosow­ska. – Zoba­czy­łam inne obli­cze mia­sta, bie­dac­men­tarz, krzy­że wbi­te w roz­wie­wa­ne przez wiatr kop­czy­ki. Segre­ga­cja jest wyraź­na. W jed­nej czę­ści pięk­ne pomni­ki, w innej kwa­te­ra z tymi bab­ka­mi z pia­sku, wypchnię­ta naj­da­lej jak się da.


To jest frag­ment arty­ku­łu. Peł­ny tekst – w kwar­tal­ni­ku „Więź” jesień 2015