widzimy
| 3 kwietnia 2013 ]

Jak nagi w pokrzywach

„Rze­czy Boże dzie­ją się w kon­kret­nych małych wsiach i mia­stecz­kach” – czy­tam w zna­le­zio­nej u bab­ci książ­ce sio­stry Mał­go­rza­ty Chmie­lew­skiej „Wezwa­nie”. Dobra sio­stra Chmie­lew­ska pew­nie nie chcia­ła przez to powie­dzieć, że rze­czy Boże nie dzie­ją się we wsiach dużych i jesz­cze więk­szych mia­stach, ale tro­chę tak wyszło. I jest w tym wie­le praw­dy. Leo Strauss pisał kie­dyś, że mia­sto jest con­tra natu­ram, prze­ciw­ne natu­rze. Ja myślę, że jest też tro­chę con­tra gra­tiam – że i z łaską mu nie po dro­dze. Ale mniej­sza o mia­sto.

Fot. Seba­stian Romik

 

Chry­stus zmar­twych­wstał, więc poje­cha­łem na świę­ta do bab­ci do Opa­to­wa. Kie­dyś świę­ta to były świę­ta, a teraz mija­ją raz dwa i zanim zdą­ży­łem powie­dzieć „Chry­stus zmar­twych­wstał”, trze­ba było iść na dwo­rzec. Mniej wię­cej tędy, któ­rę­dy teraz mknie nasz peka­es spół­ki PKS Ostro­wiec Świę­to­krzy­ski, jechał z tą samą szyb­ko­ścią kulig w pamięt­nej, peł­nej życia i roman­tycz­ne­go napię­cia sce­nie z „Popio­łów” Żerom­skie­go. Są to moje stro­ny rodzin­ne i wszyst­ko mnie tutaj wzru­sza, każ­de wzgó­rze, każ­de nie­mal­że przy­droż­ne drze­wo łzę z oka wyci­ska. Dziś wyci­ska jesz­cze sku­tecz­niej, bo świat spo­wi­ja smut­na sza­rość, a drze­wa sto­ją po kost­ki w bło­cie. Dopie­ro przed Sol­cem nie­bo się zaró­żo­wi i na chwi­lę wyj­rzy słoń­ce – ale Poni­dzie, choć pięk­ne, to już nie są moje stro­ny.

Patrzę przez okno z nadzie­ją, że może zoba­czę zają­ca (tak mi kie­dyś powie­dział mądry star­szy pan w pocią­gu: „Pan sobie sią­dzie tu ze mną przy oknie – może zoba­czy­my zają­ca?”), ale widzę tyl­ko jed­ne­go bure­go kota, któ­ry zają­ca uda­je. A tak to drze­wa, pola, domy, kaplicz­ki, kościo­ły. Małe wsie i mia­stecz­ka, w któ­rych na co dzień dzie­ją się, mam nadzie­ję, rze­czy Boże, a w któ­rych teraz chy­ba wszy­scy śpią. Z kościo­łów oczy­wi­ście naj­bar­dziej wzru­sza ten w samym Opa­to­wie, romań­ska kole­gia­ta św. Mar­ci­na. Arcy­pol­ska, wiecz­no­tr­wa­ła, a jed­no­cze­śnie bar­dzo mi bli­ska: tam rodzi­ce bra­li ślub, a naj­star­szy brat był chrzczo­ny. „Wszyst­kich pol­skich świą­tyń kró­lo­wa” – pisał o niej pate­tycz­nie Iwasz­kie­wicz, ów dziw­ny homo­sek­su­ali­sta, co kochał swo­ją żonę.

Czas się zbli­żać do cze­goś na kształt poin­ty. Wspól­no­ta „Chleb Życia” sio­stry Chmie­lew­skiej znaj­du­je się pod Opa­to­wem, w Zoch­ci­nie; da się tam dojść pie­cho­tą. „Czę­sto pyta­ją mnie ludzie, czy jestem szczę­śli­wa – pisze sio­stra Chmie­lew­ska. – Odpo­wia­dam żar­tem, jak odpo­wia­da­ła moja mama: «Tak, jak nagi w pokrzy­wach». Czym jest szczę­ście, do któ­re­go prze­cież każ­dy z nas dąży? Życie z Chry­stu­sem i ludź­mi ubo­gi­mi uczy mnie, gdzie go szu­kać. W pro­stych spra­wach codzien­ne­go dnia, w ciszy modli­twy, w bra­ter­stwie ludzi, z któ­ry­mi żyję, w pięk­nie skry­tym czę­sto pod zewnętrz­ną brzy­do­tą […]”. Takie tam praw­dzi­we bana­ły.