widzimy
| 13 listopada 2015 ]

Jak patrzeć na ten świat – rozmowa z Alicją Kapuścińską

Wywiad z Alicją Kapuścińską. O zaskakującym życiu, o dalekich podróżach i o twórczości męża – Ryszarda Kapuścińskiego.

Jestem w mieszkaniu, w którym żył i tworzył Ryszard Kapuściński – legendarny reportażysta, publicysta, poeta i fotograf. W pokoju znajduje się niezliczona ilość nagród będących zwieńczeniem pisarskiej działalności mistrza reportażu. Puchary, egzotycznie wyglądające figurki, wszelkiego rodzaju pamiątki przywiezione ze wszystkich stron świata tworzą niepowtarzalną duszę tego miejsca. Duszę, z którą każdy człowiek ciekawy świata pragnie się chociaż na chwilę spotkać… Pani Alicja siada przy stole w salonie i zaczynamy rozmawiać.

Jerzy Chodorek: Jak możliwe jest pogodzenie w małżeństwie tak różnych ścieżek zawodowych? Pani pracowała w szpitalu, a mąż był reporterem…

Alicja Kapuścińska: Okazuje się, że jest to możliwe. Przeżyliśmy w końcu ze sobą pół wieku. Jedno drugiemu nie wchodziło w paradę. Staraliśmy się nawzajem sobie pomagać. Wie pan – byliśmy ze sobą tak blisko, że różne zawody nie były w niczym przeszkodą.

No i pomagała Pani swojemu mężowi podczas jego pracy…

Tak, wiedziałam, że jest mu potrzebna pomoc, aby organizować spotkania i zajmować się sprawami codziennymi. Mieliśmy jeszcze córkę – dlatego miałam wiele rodzinnych spraw na głowie. Nie było to łatwe i wymagało wiele pracy, ale okazało się, że jest to możliwe. Myślę, że mąż też to doceniał. Miał we mnie stałą pomoc.

Alicja Kapuścińska, fot. Rafał Wojtas

Alicja Kapuścińska, fot. Rafał Wojtas

W takim razie można powiedzieć, że ma Pani również duży wpływ na twórczość Ryszarda Kapuścińskiego?

Nie merytoryczną! Nie wtrącałam się w to, co On pisze. Nie pytał się mnie zresztą o to. A gdy mąż przyjeżdżał z jakiegoś kraju i zadawałam mu pytanie, jak było, to odpowiadał: „Nie mogę opowiadać, bo jak opowiem, to już nic nie napiszę. A ja to wszystką gromadzę, żeby pisać”. Wiedziałam, że nie należy go męczyć, tylko trzeba poczekać, aż napisze, i przeczytać. Nie miałam mu nigdy tego za złe, że mało jest w domu, bo po prostu wiedziałam, że ten typ pracy tego wymaga…

Jest Pani również bardzo aktywna w działaniu. M.in. jest Pani fundatorką i założycielką Fundacji im. Ryszarda Kapuścińskiego, a także jej honorowym członkiem.

Kiedy zmarł mój mąż, to postanowiłam, że nie będę rozpaczać i szlochać, ponieważ nikomu to się nie przyda. Postanowiłam, że całą swoją energię, czas i siły przeznaczę na to, aby żyła o nim pamięć. Postanowiłam, że będę realizowała jego niedokończone plany – np. fundację stypendialną. Od paru ładnych lat Ryszard planował, że założy fundację stypendialną dla młodych reporterów, aby zachęcać ich do pisania dobrych reportaży. Gromadził na ten cel swoje fundusze. Planował to zrobić, ale ostatecznie nie zdążył… Przez większość czasu był w drodze, a w ostatnim okresie swojego życia poważnie chorował. W ostatnim dniu przed operacją, z której już nie wrócił, powiedział mi rozpaczliwym głosem: „Tak chciałem założyć tę fundację stypendialną”, na co mu odpowiedziałam: „Kochanie, wrócisz po operacji do domu, pomogę Ci i wszystko zrobimy”. Do domu już nigdy nie wrócił… Dlatego było to dla mnie oczywiste zadanie. Po jakimś czasie wszystko udało się zorganizować. Pieniądze zostały przelane na konto i fundacja zaczęła działać. Wszystko rozwija się w dobrym kierunku.

Natomiast druga rzecz to konkurs na książkę reporterską roku. To wydarzenie wychodzi poza granice Polski. Konkurs cieszy się dużym zainteresowaniem. Należy spełnić odpowiednie warunki, aby wziąć w nim udział – musi to być pierwsze wydanie, książka ma być wydana w polskim języku, a także powinna być wydana w roku poprzedzającym konkurs. Książek napływa z bardzo wielu wydawnictw nawet po kilkadziesiąt rocznie. Jury ma ciężką pracę, ponieważ każdy członek kapituły musi przeczytać wszystkie pozycje. W tej chwili nabiera to rozpędu.

Te dwie rzeczy odbywają się na terenie Polski. A na przykład moja córka niedawno pojechała do Włoch na festiwal literatury podróży – Letteratura di viaggio. Przyznają tam nagrody za reportaż im. Ryszarda Kapuścińskiego. W tym momencie – z tego, co wiem – Jego książki tłumaczone są już na 39 języków.

Czy nie bała się Pani o życie swojego męża? Praca reportera jest przecież niebezpieczna.

W momencie kiedy zamykały się drzwi samolotu, wyłączałam swoją wyobraźnię i przyjmowałam zasadę: „Nic mu się nie może stać. Wziął klucze do mieszkania – to znaczy, że wróci”.

On też zawsze, gdy się pakował pytał się – „Gdzie są moje klucze ?”. Musiał mieć klucze, żeby mieć dokąd wrócić. Miało to symboliczne znaczenie. W każdym razie oboje byliśmy przekonani, że każda wyprawa musi się dobrze skończyć. Wiele razy jego życie było zagrożone, ale ze wszystkiego wychodził obronną ręką…

Która podróż Ryszarda Kapuścińskiego jest dla Pani w jakiś szczególny sposób wyjątkowa? Czy może Pani towarzyszyła swojemu mężowi podczas podróży?

Towarzyszyłam mu z konieczności. To było w roku 1963, kiedy był w Afryce Wschodniej. Tam ciężko zachorował na mózgową postać malarii. Na ogół kończy się to śmiercią. Znaleziono go nieprzytomnego w samochodzie i ulokowano w szpitalu. Ciekawostką jest to, że szpital wybudowano w stolicy Ugandy – Kampali, w czasie kiedy Afryka Wschodnia uzyskiwała niepodległość. Szpital ten ufundowała królowa Brytyjska, dlatego posiadał bardzo wiele nowoczesnego sprzętu. Pracowali tam dobrzy lekarze i uratowali mu życie. Kiedy dotarło do mnie przez Polską Agencję Prasową, że mąż ma mózgową postać malarii, to ogarnęło mnie kompletne przerażenie. Ale szczęśliwie w tym szpitalu wyciągnięto go z tej śmiertelnej choroby. Malaria strasznie go wyniszczyła i niebywale schudł. Był osłabiony. Zaczął kasłać i pluć krwią. Rentgen pokazał, że zachorował na następną chorobę – gruźlicę płuc. Gdy zawiadomił swoją centralę, w PAP-ie chciano, aby wrócił do Polski. Lecz on doszedł do wniosku, że gdy wróci po jednej chorobie i w trakcie drugiej, to nie pozwolą mu już pojechać do Afryki, ponieważ źle znosi tamten klimat. Nie chciał się poddać. Postanowił nie leczyć się w drogim szpitalu dla białych i poszedł do przychodni afrykańskiej. Dostał tam antybiotyk i podleczono go. W międzyczasie powiedziano mi, żebym pojechała zająć się Nim, ponieważ jestem lekarzem. Poleciałam do Afryki, lecz był już na tyle zdrowy, że mógł wrócić do pracy…

Jedną z ciekawostek było to, że kiedy Ryszard chodził do szpitala, nie było jeszcze tam jednorazowych strzykawek. Dlatego jeżeli chciano zdezynfekować strzykawki, gotowano wszystko razem w garnuszku z… jajkami. No jak się gotuje, to trzeba wykorzystać i jajka ugotować! A jak się wszystko ugotowało, to lekarz wyciągał strzykawkę, napełniał ją i z rozpędu wbijał w pośladek. Niemniej po tych zastrzykach mąż wrócił do zdrowia i pracy. Właściwie to miałam tam egzotyczny urlop. Zjeździłam Tanganikę, Kenię…

Alicja Kapuścińska i Jerzy Chodorek, fot. Rafał Wojtas

Alicja Kapuścińska i Jerzy Chodorek, fot. Rafał Wojtas

A drugi raz byłam z Nim w Meksyku. Został wydelegowany tam jako stały korespondent. Na trzy lata. Zajmował się właściwie całą Ameryką Łacińską. Pojechałyśmy razem z córką, aby z Nim zamieszkać. Było to dla nas bardzo ciekawe miejsce. Gdy musiał zbierać kontakty i był zapraszany na obiad, to zaproszenie mnie również dotyczyło. Chodziliśmy do restauracji i należało się później zrewanżować. Nie mogliśmy wydawać za dużo pieniędzy, dlatego zapraszałam gości na polską kuchnię. Szłam na rynek, kupowałam produkty i przyrządzałam bigos polskim zwyczajem. Taki posiłek wychodził znacznie taniej, a był dla ludzi z innych krajów czymś interesującym i smacznym! Gościliśmy w Meksyku również wiele osób z Polski, m.in Olgierda Budrewicza, Edwarda Stachurę, Konstantego Andrzeja Kulkę. W tym czasie po prostu czyniłam honory pani domu. Podejmowałam, gościłam i karmiłam…

To były dwa wyjazdy z moim mężem. Oba długie. A jeżeli chodzi o jego podróże służbowe – to nie było mowy, abym z nim jeździła. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżał, musiał od nowa dostawać paszport. Za każdym razem, żeby dostać paszport, musiał przeprowadzić rozmowę z urzędnikiem. Teraz już wiemy, że ci urzędnicy byli ze służb bezpieczeństwa i każda rozmowa była odnotowywana – tak powstawała teczka. Ale była to wtedy normalna procedura. Inaczej nie dostałby paszportu. Więc dodatkowo to było uciążliwe. Ale takie były wtedy czasy i nie było wyjścia…

Twórczość Ryszarda Kapuścińskiego jest ponadczasowa. Sposób widzenia świata, a także jego myśli kształtują nowe pokolenia dziennikarzy, reporterów, ludzi ciekawych świata. Co było fundamentem podczas pracy Ryszarda Kapuścińskiego?

Przede wszystkim opierał się na tym, co osiągnął w trakcie wyjazdów. Każda jego książka mówi o tym, co zobaczył i co przeżył. Ale pod jednym warunkiem. Ryszard zawsze zaczynał pisać, jeżeli pogłębił swoją wiedzę. Nie chodziło mu o to, aby zawierać w swoich książkach tylko emocjonalne i podróżnicze wrażenia. Zależało mu na tym, aby pogłębić swoją wiedzę o historii kraju, w którym był, o problemach, z jakimi borykają się mieszkańcy tego miejsca i o tym, co sam tam zobaczył. Dlatego przed wyjazdem, a także kiedy wrócił, bardzo dużo czytał. Miał nawet taką swoją dewizę:

„Żeby napisać jedną stronę trzeba przeczytać sto”.

To było autentycznie przez niego stosowane. Dopiero zdobyta wiedza pozwalała mu na stwierdzenie tego, że pisze z sensem, że jest to potrzebne i nie będzie się tego wstydził.

Warto wspomnieć o tym, że Ryszard Kapuściński swoją twórczość kierował również do młodych ludzi…

To prawda. Szczególnie zależało mu na tym, żeby młodzi reporterzy zdobywali jak najwięcej wiedzy. Chciał im uświadomić to, jak trzeba pracować i jak należy pisać teksty mające wartość.

A która z książek jest dla pani najważniejsza, w jakiś sposób szczególna?

Każdą książkę zaczynał pisać w mękach. Ale najbardziej pamiętam, jak pisał „Heban – już tutaj, w swojej pracowni na górze. Gdy zaczynał jakąś książkę, to chodził i myślał. Nie chciał o niczym rozmawiać. Potrzebował świętego spokoju. Jak zaczynał pisać „Cesarza”, to kładł się na podłodze i myślał, myślał, myślał… Albo chodził na spacery. Aż nagle wykrzyknął:

„Przecież cesarz miał pieska!”

No i tak się zaczęło… „To był mały biały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łóżku cesarskim” itd.

Kiedy pisał „Cesarza”, często nie było mnie w domu, bo miałam dyżury w szpitalu. Natomiast „Heban” powstawał, kiedy już nie pracowałam. Wtedy już mu ciągle pomagałam. Matkowałam mu wręcz. Chodził często na spacery na Pola Mokotowskie. Chodził, wracał, chodził, aż wreszcie któregoś dnia przyszedł na kolację i o ile wcześniej cały czas był spięty, to nagle powiedział na luzie:

„No, zacząłem pisać”.

W tym momencie zaparło mi dech. Byłam kompletnie zaskoczona. Przeżyłam pozytywny szok! Następnie bez słowa poszedł na górę do swojej pracowni, wykręcił kartkę i przyniósł pierwszą stronę. Następnie mi przeczytał. Tę pierwszą stronę znam na pamięć:

„Przede wszystkim rzuca się w oczy światło. Wszędzie – światło. Wszędzie – jasno. Wszędzie – słońce. Jeszcze wczoraj, ociekający deszczem, jesienny Londyn. Ociekający deszczem samolot. Zimny wiatr i ciemność. A tu, od rana całe lotnisko w słońcu, my wszyscy – w słońcu…”

Jak pan widzi, uczestniczyłam w tym wszystkimi możliwymi siłami i emocjami. Nigdy mu nie przeszkadzałam. O nic nie pytałam. Tylko czekałam. Z tego wysuwa się wniosek, że był mu ktoś taki jak ja potrzebny.

Alicja Kapuścińska, fot. Rafał Wojtas

Alicja Kapuścińska, fot. Rafał Wojtas

Poznali się państwo na Uniwersytecie Warszawskim – pamięta Pani tę sytuację? 

Oczywiście, że tak. Łączy się z tym pewna zabawna historia. Przyjechałam do „Wielkiej Stolicy” ze Szczecina. No i razem z koleżankami – świeżo upieczonymi studentkami – siedzimy sobie, nóżka na nóżkę, każda sobie papieroska pali, aż tu nagle patrzy się na mnie z przeciwka taki ładny chłopiec. I tylko z dezaprobatą kiwa głową. Wobec tego udaję, że nic nie zauważyłam, i papierosa jak gdyby nigdy nic gaszę. To był ostatni papieros w moim życiu. Ale jak już zaczęliśmy tak na siebie spoglądać, to umówiliśmy się kiedyś do kina, potem na spacer i dalej już poszło.

Na Wydziale Historii jest tzw. Sala Kolumnowa, w której spędzało się wieczory. Grała muzyka i chodziło się na tańce – tzw. wieczornice. Chodziliśmy na te wieczornice i się bawiliśmy. Kiedyś znalazłam w jednej ze studenckich gazet opowiadającej o młodzieży tego czasu i aktualnych wydarzeniach notkę o jednej z takich wieczornic. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Podczas jednej z wieczornic wszyscy tańczący utworzyli koło, trzymając się za ręce. Tylko jedna para w ogóle tego nie zauważyła, bo była w siebie tak wpatrzona. To był Rysiek Kapuściński z blondynką”. No więc tak dalece byliśmy w siebie wpatrzeni, że po roku byliśmy już po ślubie.

Już w trakcie drugiego roku poprosiłam o urlop dziekański. Mieszkałam wtedy w akademiku, a Ryszard mieszkał z rodzicami w domku fińskim na Polach Mokotowskich. Uzgodniliśmy, że skoro spodziewamy się potomka, to ja pojadę do Szczecina do mieszkania moich rodziców. Zaczął mnie odwiedzać w Szczecinie. Urodziłam tam naszą córkę. Za którymś razem, kiedy do mnie przyjechał, powiedział: „Chciałaś iść na medycynę, uświadomiłem sobie, jaka to jest ważna i piękna dziedzina. Moja mama miała udar mózgu. Kiedy trafiła do szpitala, wróciła do zdrowia. Wróciła do życia. Medycyna ją uratowała”. Ponieważ okazało się, że po tym urlopie dziekańskim nie muszę wracać na historię, to zdałam egzamin na medycynę. W międzyczasie Ryszard ukończył studia i otrzymał dyplom. Od razu dostał też pracę w „Sztandarze Młodych” oraz mieszkanie komunalne – malutkie, ale jednak mieszkanie – i mógł mnie sprowadzić… Dziecko było jeszcze małe, a ja studiowałam. Dlatego córka została w Szczecinie, a potem kiedy była w wieku przedszkolnym, to przywieźliśmy ją i całą rodziną mieszkaliśmy w pokoju z kuchnią. To był bardzo mały pokoik, a kuchnia była całkiem spora. Córka spała w sypialni, a Ryszard pisał w kuchni. Gdy skończyłam studia, dostałam pracę. Jakoś sobie radziliśmy, chociaż nie było pieniędzy. Trochę pomagali nam rodzice. A potem już sama zaczęłam pracować. Pamiętam, jak w tamtych czasach przed Bożym Narodzeniem poszłam do punktu skupu makulatury i sprzedałam stare gazety. Wracając, kupiłam szpic na choinkę, bo nie miałam za co kupić gwiazdy. Więc tak żyliśmy… W takich warunkach. Teraz można mieć różne stypendia, wtedy nie było o tym mowy. Ale wtedy wszyscy tak żyli.

Ale to mieszkanie jest piękne…

No z tego się bardzo cieszę. To pierwsze mieszkanie było na Nowolipkach, odbudowali część dawnego getta gdzie były gruzy. To było 24-metrowe mieszkaneczko, które miało takie mankamenty jak winda tuż przy naszych drzwiach. Wszystkie trzaski i hałasy do nas dochodziły. A z drugiej strony naszych drzwi był zsyp na śmieci. Mieszkaliśmy tam dziesięć lat, a potem zamieszkaliśmy w mieszkaniu na dalekiej Woli. To było już 48 mkw. Trzy pokoiki z balkonem i wszystkimi potrzebnymi wygodami. Ale gdy przybywało książek, zrobiło się ciasno. Kiedy mogliśmy sobie pozwolić finansowo, przeprowadziliśmy się właśnie tutaj. Bardzo dobrze się tu mieszka. Lokalizacja w pobliżu centrum, a równocześnie odsunięta od głównych ulic. Wokół jest zielono. Domy ładnie prezentują się pod względem architektonicznym. I sąsiadów wszystkich się zna. To miejsce ma w zasadzie same plusy.

Jak Pani sądzi, jaką myśl mógłby zostawić dzisiaj Ryszard Kapuściński młodym ludziom? Jakiś komentarz odnośnie do dzisiejszych czasów?

On zawsze opisywał i analizował sytuację. Mógłby przekazać swoje uwagi o tym, jak pisać. Nie sądzę, żeby mówił, co należy robić i jak urządzać świat. Z jego książek można wyciągnąć wnioski na temat tego, co uważa za słuszne. Mąż przede wszystkim zajmował się tym, jak należy na ten świat patrzeć…

Ryszard był szeroko myślącym człowiekiem. Ogromnie oczytanym. Czytał nie dla samej przyjemności, lecz również dla wniosków, które wyciągał. Równocześnie był prostym, skromnym, uśmiechniętym człowiekiem.

W takim razie czas na ostatnie, tradycyjne już pytanie – jakie ma Pani przesłanie dla czytelników?

Myślę, że warto jest się zapoznać z tym, co Ryszard pisał. Zachęcałabym do czytania, ponieważ jest tam ogromna ilość informacji i wiedzy na tematy, którymi się interesował i które zgłębiał. Jego książki nie mają charakteru tylko opowieści podróżniczych. Mają w sobie dużo wartościowej wiedzy o świecie i o ludziach. Jednym słowem – czytajcie, czytajcie, czytajcie…


 

Roz­mowa uka­zała się pier­wot­nie na blogu Jerzego Cho­dorka blo​gi​no​tes​.pl.