widzimy
| 13 listopada 2015 ]

Jak patrzeć na ten świat – rozmowa z Alicją Kapuścińską

Wywiad z Alicją Kapuścińską. O zaskakującym życiu, o dalekich podróżach i o twórczości męża – Ryszarda Kapuścińskiego.

Jestem w miesz­ka­niu, w któ­rym żył i two­rzył Ryszard Kapu­ściń­ski – legen­dar­ny repor­ta­ży­sta, publi­cy­sta, poeta i foto­graf. W poko­ju znaj­du­je się nie­zli­czo­na ilość nagród będą­cych zwień­cze­niem pisar­skiej dzia­łal­no­ści mistrza repor­ta­żu. Pucha­ry, egzo­tycz­nie wyglą­da­ją­ce figur­ki, wszel­kie­go rodza­ju pamiąt­ki przy­wie­zio­ne ze wszyst­kich stron świa­ta two­rzą nie­po­wta­rzal­ną duszę tego miej­sca. Duszę, z któ­rą każ­dy czło­wiek cie­ka­wy świa­ta pra­gnie się cho­ciaż na chwi­lę spo­tkać… Pani Ali­cja sia­da przy sto­le w salo­nie i zaczy­na­my roz­ma­wiać.

Jerzy Cho­do­rek: Jak moż­li­we jest pogo­dze­nie w mał­żeń­stwie tak róż­nych ście­żek zawo­do­wych? Pani pra­co­wa­ła w szpi­ta­lu, a mąż był repor­te­rem…

Ali­cja Kapu­ściń­ska: Oka­zu­je się, że jest to moż­li­we. Prze­ży­li­śmy w koń­cu ze sobą pół wie­ku. Jed­no dru­gie­mu nie wcho­dzi­ło w para­dę. Sta­ra­li­śmy się nawza­jem sobie poma­gać. Wie pan – byli­śmy ze sobą tak bli­sko, że róż­ne zawo­dy nie były w niczym prze­szko­dą.

No i poma­ga­ła Pani swo­je­mu mężo­wi pod­czas jego pra­cy…

Tak, wie­dzia­łam, że jest mu potrzeb­na pomoc, aby orga­ni­zo­wać spo­tka­nia i zaj­mo­wać się spra­wa­mi codzien­ny­mi. Mie­li­śmy jesz­cze cór­kę – dla­te­go mia­łam wie­le rodzin­nych spraw na gło­wie. Nie było to łatwe i wyma­ga­ło wie­le pra­cy, ale oka­za­ło się, że jest to moż­li­we. Myślę, że mąż też to doce­niał. Miał we mnie sta­łą pomoc.

Alicja Kapuścińska, fot. Rafał Wojtas

Ali­cja Kapu­ściń­ska, fot. Rafał Woj­tas

W takim razie moż­na powie­dzieć, że ma Pani rów­nież duży wpływ na twór­czość Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go?

Nie mery­to­rycz­ną! Nie wtrą­ca­łam się w to, co On pisze. Nie pytał się mnie zresz­tą o to. A gdy mąż przy­jeż­dżał z jakie­goś kra­ju i zada­wa­łam mu pyta­nie, jak było, to odpo­wia­dał: „Nie mogę opo­wia­dać, bo jak opo­wiem, to już nic nie napi­szę. A ja to wszyst­ką gro­ma­dzę, żeby pisać”. Wie­dzia­łam, że nie nale­ży go męczyć, tyl­ko trze­ba pocze­kać, aż napi­sze, i prze­czy­tać. Nie mia­łam mu nigdy tego za złe, że mało jest w domu, bo po pro­stu wie­dzia­łam, że ten typ pra­cy tego wyma­ga…

Jest Pani rów­nież bar­dzo aktyw­na w dzia­ła­niu. M.in. jest Pani fun­da­tor­ką i zało­ży­ciel­ką Fun­da­cji im. Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go, a tak­że jej hono­ro­wym człon­kiem.

Kie­dy zmarł mój mąż, to posta­no­wi­łam, że nie będę roz­pa­czać i szlo­chać, ponie­waż niko­mu to się nie przy­da. Posta­no­wi­łam, że całą swo­ją ener­gię, czas i siły prze­zna­czę na to, aby żyła o nim pamięć. Posta­no­wi­łam, że będę reali­zo­wa­ła jego nie­do­koń­czo­ne pla­ny – np. fun­da­cję sty­pen­dial­ną. Od paru ład­nych lat Ryszard pla­no­wał, że zało­ży fun­da­cję sty­pen­dial­ną dla mło­dych repor­te­rów, aby zachę­cać ich do pisa­nia dobrych repor­ta­ży. Gro­ma­dził na ten cel swo­je fun­du­sze. Pla­no­wał to zro­bić, ale osta­tecz­nie nie zdą­żył… Przez więk­szość cza­su był w dro­dze, a w ostat­nim okre­sie swo­je­go życia poważ­nie cho­ro­wał. W ostat­nim dniu przed ope­ra­cją, z któ­rej już nie wró­cił, powie­dział mi roz­pacz­li­wym gło­sem: „Tak chcia­łem zało­żyć tę fun­da­cję sty­pen­dial­ną”, na co mu odpo­wie­dzia­łam: „Kocha­nie, wró­cisz po ope­ra­cji do domu, pomo­gę Ci i wszyst­ko zro­bi­my”. Do domu już nigdy nie wró­cił… Dla­te­go było to dla mnie oczy­wi­ste zada­nie. Po jakimś cza­sie wszyst­ko uda­ło się zor­ga­ni­zo­wać. Pie­nią­dze zosta­ły prze­la­ne na kon­to i fun­da­cja zaczę­ła dzia­łać. Wszyst­ko roz­wi­ja się w dobrym kie­run­ku.

Nato­miast dru­ga rzecz to kon­kurs na książ­kę repor­ter­ską roku. To wyda­rze­nie wycho­dzi poza gra­ni­ce Pol­ski. Kon­kurs cie­szy się dużym zain­te­re­so­wa­niem. Nale­ży speł­nić odpo­wied­nie warun­ki, aby wziąć w nim udział – musi to być pierw­sze wyda­nie, książ­ka ma być wyda­na w pol­skim języ­ku, a tak­że powin­na być wyda­na w roku poprze­dza­ją­cym kon­kurs. Ksią­żek napły­wa z bar­dzo wie­lu wydaw­nictw nawet po kil­ka­dzie­siąt rocz­nie. Jury ma cięż­ką pra­cę, ponie­waż każ­dy czło­nek kapi­tu­ły musi prze­czy­tać wszyst­kie pozy­cje. W tej chwi­li nabie­ra to roz­pę­du.

Te dwie rze­czy odby­wa­ją się na tere­nie Pol­ski. A na przy­kład moja cór­ka nie­daw­no poje­cha­ła do Włoch na festi­wal lite­ra­tu­ry podró­ży – Let­te­ra­tu­ra di viag­gio. Przy­zna­ją tam nagro­dy za repor­taż im. Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go. W tym momen­cie – z tego, co wiem – Jego książ­ki tłu­ma­czo­ne są już na 39 języ­ków.

Czy nie bała się Pani o życie swo­je­go męża? Pra­ca repor­te­ra jest prze­cież nie­bez­piecz­na.

W momen­cie kie­dy zamy­ka­ły się drzwi samo­lo­tu, wyłą­cza­łam swo­ją wyobraź­nię i przyj­mo­wa­łam zasa­dę: „Nic mu się nie może stać. Wziął klu­cze do miesz­ka­nia – to zna­czy, że wró­ci”.

On też zawsze, gdy się pako­wał pytał się – „Gdzie są moje klu­cze ?”. Musiał mieć klu­cze, żeby mieć dokąd wró­cić. Mia­ło to sym­bo­licz­ne zna­cze­nie. W każ­dym razie obo­je byli­śmy prze­ko­na­ni, że każ­da wypra­wa musi się dobrze skoń­czyć. Wie­le razy jego życie było zagro­żo­ne, ale ze wszyst­kie­go wycho­dził obron­ną ręką…

Któ­ra podróż Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go jest dla Pani w jakiś szcze­gól­ny spo­sób wyjąt­ko­wa? Czy może Pani towa­rzy­szy­ła swo­je­mu mężo­wi pod­czas podró­ży?

Towa­rzy­szy­łam mu z koniecz­no­ści. To było w roku 1963, kie­dy był w Afry­ce Wschod­niej. Tam cięż­ko zacho­ro­wał na mózgo­wą postać mala­rii. Na ogół koń­czy się to śmier­cią. Zna­le­zio­no go nie­przy­tom­ne­go w samo­cho­dzie i ulo­ko­wa­no w szpi­ta­lu. Cie­ka­wost­ką jest to, że szpi­tal wybu­do­wa­no w sto­li­cy Ugan­dy – Kam­pa­li, w cza­sie kie­dy Afry­ka Wschod­nia uzy­ski­wa­ła nie­pod­le­głość. Szpi­tal ten ufun­do­wa­ła kró­lo­wa Bry­tyj­ska, dla­te­go posia­dał bar­dzo wie­le nowo­cze­sne­go sprzę­tu. Pra­co­wa­li tam dobrzy leka­rze i ura­to­wa­li mu życie. Kie­dy dotar­ło do mnie przez Pol­ską Agen­cję Pra­so­wą, że mąż ma mózgo­wą postać mala­rii, to ogar­nę­ło mnie kom­plet­ne prze­ra­że­nie. Ale szczę­śli­wie w tym szpi­ta­lu wycią­gnię­to go z tej śmier­tel­nej cho­ro­by. Mala­ria strasz­nie go wynisz­czy­ła i nie­by­wa­le schudł. Był osła­bio­ny. Zaczął kasłać i pluć krwią. Rent­gen poka­zał, że zacho­ro­wał na następ­ną cho­ro­bę – gruź­li­cę płuc. Gdy zawia­do­mił swo­ją cen­tra­lę, w PAP-ie chcia­no, aby wró­cił do Pol­ski. Lecz on doszedł do wnio­sku, że gdy wró­ci po jed­nej cho­ro­bie i w trak­cie dru­giej, to nie pozwo­lą mu już poje­chać do Afry­ki, ponie­waż źle zno­si tam­ten kli­mat. Nie chciał się pod­dać. Posta­no­wił nie leczyć się w dro­gim szpi­ta­lu dla bia­łych i poszedł do przy­chod­ni afry­kań­skiej. Dostał tam anty­bio­tyk i pod­le­czo­no go. W mię­dzy­cza­sie powie­dzia­no mi, żebym poje­cha­ła zająć się Nim, ponie­waż jestem leka­rzem. Pole­cia­łam do Afry­ki, lecz był już na tyle zdro­wy, że mógł wró­cić do pra­cy…

Jed­ną z cie­ka­wo­stek było to, że kie­dy Ryszard cho­dził do szpi­ta­la, nie było jesz­cze tam jed­no­ra­zo­wych strzy­ka­wek. Dla­te­go jeże­li chcia­no zde­zyn­fe­ko­wać strzy­kaw­ki, goto­wa­no wszyst­ko razem w gar­nusz­ku z… jaj­ka­mi. No jak się gotu­je, to trze­ba wyko­rzy­stać i jaj­ka ugo­to­wać! A jak się wszyst­ko ugo­to­wa­ło, to lekarz wycią­gał strzy­kaw­kę, napeł­niał ją i z roz­pę­du wbi­jał w pośla­dek. Nie­mniej po tych zastrzy­kach mąż wró­cił do zdro­wia i pra­cy. Wła­ści­wie to mia­łam tam egzo­tycz­ny urlop. Zjeź­dzi­łam Tan­ga­ni­kę, Kenię…

Alicja Kapuścińska i Jerzy Chodorek, fot. Rafał Wojtas

Ali­cja Kapu­ściń­ska i Jerzy Cho­do­rek, fot. Rafał Woj­tas

A dru­gi raz byłam z Nim w Mek­sy­ku. Został wyde­le­go­wa­ny tam jako sta­ły kore­spon­dent. Na trzy lata. Zaj­mo­wał się wła­ści­wie całą Ame­ry­ką Łaciń­ską. Poje­cha­ły­śmy razem z cór­ką, aby z Nim zamiesz­kać. Było to dla nas bar­dzo cie­ka­we miej­sce. Gdy musiał zbie­rać kon­tak­ty i był zapra­sza­ny na obiad, to zapro­sze­nie mnie rów­nież doty­czy­ło. Cho­dzi­li­śmy do restau­ra­cji i nale­ża­ło się póź­niej zre­wan­żo­wać. Nie mogli­śmy wyda­wać za dużo pie­nię­dzy, dla­te­go zapra­sza­łam gości na pol­ską kuch­nię. Szłam na rynek, kupo­wa­łam pro­duk­ty i przy­rzą­dza­łam bigos pol­skim zwy­cza­jem. Taki posi­łek wycho­dził znacz­nie taniej, a był dla ludzi z innych kra­jów czymś inte­re­su­ją­cym i smacz­nym! Gości­li­śmy w Mek­sy­ku rów­nież wie­le osób z Pol­ski, m.in Olgier­da Budre­wi­cza, Edwar­da Sta­chu­rę, Kon­stan­te­go Andrze­ja Kul­kę. W tym cza­sie po pro­stu czy­ni­łam hono­ry pani domu. Podej­mo­wa­łam, gości­łam i kar­mi­łam…

To były dwa wyjaz­dy z moim mężem. Oba dłu­gie. A jeże­li cho­dzi o jego podró­że służ­bo­we – to nie było mowy, abym z nim jeź­dzi­ła. Za każ­dym razem, kie­dy wyjeż­dżał, musiał od nowa dosta­wać pasz­port. Za każ­dym razem, żeby dostać pasz­port, musiał prze­pro­wa­dzić roz­mo­wę z urzęd­ni­kiem. Teraz już wie­my, że ci urzęd­ni­cy byli ze służb bez­pie­czeń­stwa i każ­da roz­mo­wa była odno­to­wy­wa­na – tak powsta­wa­ła tecz­ka. Ale była to wte­dy nor­mal­na pro­ce­du­ra. Ina­czej nie dostał­by pasz­por­tu. Więc dodat­ko­wo to było uciąż­li­we. Ale takie były wte­dy cza­sy i nie było wyj­ścia…

Twór­czość Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go jest ponad­cza­so­wa. Spo­sób widze­nia świa­ta, a tak­że jego myśli kształ­tu­ją nowe poko­le­nia dzien­ni­ka­rzy, repor­te­rów, ludzi cie­ka­wych świa­ta. Co było fun­da­men­tem pod­czas pra­cy Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go?

Przede wszyst­kim opie­rał się na tym, co osią­gnął w trak­cie wyjaz­dów. Każ­da jego książ­ka mówi o tym, co zoba­czył i co prze­żył. Ale pod jed­nym warun­kiem. Ryszard zawsze zaczy­nał pisać, jeże­li pogłę­bił swo­ją wie­dzę. Nie cho­dzi­ło mu o to, aby zawie­rać w swo­ich książ­kach tyl­ko emo­cjo­nal­ne i podróż­ni­cze wra­że­nia. Zale­ża­ło mu na tym, aby pogłę­bić swo­ją wie­dzę o histo­rii kra­ju, w któ­rym był, o pro­ble­mach, z jaki­mi bory­ka­ją się miesz­kań­cy tego miej­sca i o tym, co sam tam zoba­czył. Dla­te­go przed wyjaz­dem, a tak­że kie­dy wró­cił, bar­dzo dużo czy­tał. Miał nawet taką swo­ją dewi­zę:

„Żeby napi­sać jed­ną stro­nę trze­ba prze­czy­tać sto”.

To było auten­tycz­nie przez nie­go sto­so­wa­ne. Dopie­ro zdo­by­ta wie­dza pozwa­la­ła mu na stwier­dze­nie tego, że pisze z sen­sem, że jest to potrzeb­ne i nie będzie się tego wsty­dził.

War­to wspo­mnieć o tym, że Ryszard Kapu­ściń­ski swo­ją twór­czość kie­ro­wał rów­nież do mło­dych ludzi…

To praw­da. Szcze­gól­nie zale­ża­ło mu na tym, żeby mło­dzi repor­te­rzy zdo­by­wa­li jak naj­wię­cej wie­dzy. Chciał im uświa­do­mić to, jak trze­ba pra­co­wać i jak nale­ży pisać tek­sty mają­ce war­tość.

A któ­ra z ksią­żek jest dla pani naj­waż­niej­sza, w jakiś spo­sób szcze­gól­na?

Każ­dą książ­kę zaczy­nał pisać w mękach. Ale naj­bar­dziej pamię­tam, jak pisał „Heban – już tutaj, w swo­jej pra­cow­ni na górze. Gdy zaczy­nał jakąś książ­kę, to cho­dził i myślał. Nie chciał o niczym roz­ma­wiać. Potrze­bo­wał świę­te­go spo­ko­ju. Jak zaczy­nał pisać „Cesa­rza”, to kładł się na pod­ło­dze i myślał, myślał, myślał… Albo cho­dził na spa­ce­ry. Aż nagle wykrzyk­nął:

„Prze­cież cesarz miał pie­ska!”

No i tak się zaczę­ło… „To był mały bia­ły pie­sek rasy japoń­skiej. Nazy­wał się Lulu. Miał pra­wo spać w łóż­ku cesar­skim” itd.

Kie­dy pisał „Cesa­rza”, czę­sto nie było mnie w domu, bo mia­łam dyżu­ry w szpi­ta­lu. Nato­miast „Heban” powsta­wał, kie­dy już nie pra­co­wa­łam. Wte­dy już mu cią­gle poma­ga­łam. Mat­ko­wa­łam mu wręcz. Cho­dził czę­sto na spa­ce­ry na Pola Moko­tow­skie. Cho­dził, wra­cał, cho­dził, aż wresz­cie któ­re­goś dnia przy­szedł na kola­cję i o ile wcze­śniej cały czas był spię­ty, to nagle powie­dział na luzie:

„No, zaczą­łem pisać”.

W tym momen­cie zapar­ło mi dech. Byłam kom­plet­nie zasko­czo­na. Prze­ży­łam pozy­tyw­ny szok! Następ­nie bez sło­wa poszedł na górę do swo­jej pra­cow­ni, wykrę­cił kart­kę i przy­niósł pierw­szą stro­nę. Następ­nie mi prze­czy­tał. Tę pierw­szą stro­nę znam na pamięć:

„Przede wszyst­kim rzu­ca się w oczy świa­tło. Wszę­dzie – świa­tło. Wszę­dzie – jasno. Wszę­dzie – słoń­ce. Jesz­cze wczo­raj, ocie­ka­ją­cy desz­czem, jesien­ny Lon­dyn. Ocie­ka­ją­cy desz­czem samo­lot. Zim­ny wiatr i ciem­ność. A tu, od rana całe lot­ni­sko w słoń­cu, my wszy­scy – w słoń­cu…”

Jak pan widzi, uczest­ni­czy­łam w tym wszyst­ki­mi moż­li­wy­mi siła­mi i emo­cja­mi. Nigdy mu nie prze­szka­dza­łam. O nic nie pyta­łam. Tyl­ko cze­ka­łam. Z tego wysu­wa się wnio­sek, że był mu ktoś taki jak ja potrzeb­ny.

Alicja Kapuścińska, fot. Rafał Wojtas

Ali­cja Kapu­ściń­ska, fot. Rafał Woj­tas

Pozna­li się pań­stwo na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim – pamię­ta Pani tę sytu­ację? 

Oczy­wi­ście, że tak. Łączy się z tym pew­na zabaw­na histo­ria. Przy­je­cha­łam do „Wiel­kiej Sto­li­cy” ze Szcze­ci­na. No i razem z kole­żan­ka­mi – świe­żo upie­czo­ny­mi stu­dent­ka­mi – sie­dzi­my sobie, nóż­ka na nóż­kę, każ­da sobie papie­ro­ska pali, aż tu nagle patrzy się na mnie z prze­ciw­ka taki ład­ny chło­piec. I tyl­ko z dez­apro­ba­tą kiwa gło­wą. Wobec tego uda­ję, że nic nie zauwa­ży­łam, i papie­ro­sa jak gdy­by nigdy nic gaszę. To był ostat­ni papie­ros w moim życiu. Ale jak już zaczę­li­śmy tak na sie­bie spo­glą­dać, to umó­wi­li­śmy się kie­dyś do kina, potem na spa­cer i dalej już poszło.

Na Wydzia­le Histo­rii jest tzw. Sala Kolum­no­wa, w któ­rej spę­dza­ło się wie­czo­ry. Gra­ła muzy­ka i cho­dzi­ło się na tań­ce – tzw. wie­czor­ni­ce. Cho­dzi­li­śmy na te wie­czor­ni­ce i się bawi­li­śmy. Kie­dyś zna­la­złam w jed­nej ze stu­denc­kich gazet opo­wia­da­ją­cej o mło­dzie­ży tego cza­su i aktu­al­nych wyda­rze­niach not­kę o jed­nej z takich wie­czor­nic. Brzmia­ła ona mniej wię­cej tak: „Pod­czas jed­nej z wie­czor­nic wszy­scy tań­czą­cy utwo­rzy­li koło, trzy­ma­jąc się za ręce. Tyl­ko jed­na para w ogó­le tego nie zauwa­ży­ła, bo była w sie­bie tak wpa­trzo­na. To był Rysiek Kapu­ściń­ski z blon­dyn­ką”. No więc tak dale­ce byli­śmy w sie­bie wpa­trze­ni, że po roku byli­śmy już po ślu­bie.

Już w trak­cie dru­gie­go roku popro­si­łam o urlop dzie­kań­ski. Miesz­ka­łam wte­dy w aka­de­mi­ku, a Ryszard miesz­kał z rodzi­ca­mi w dom­ku fiń­skim na Polach Moko­tow­skich. Uzgod­ni­li­śmy, że sko­ro spo­dzie­wa­my się potom­ka, to ja poja­dę do Szcze­ci­na do miesz­ka­nia moich rodzi­ców. Zaczął mnie odwie­dzać w Szcze­ci­nie. Uro­dzi­łam tam naszą cór­kę. Za któ­rymś razem, kie­dy do mnie przy­je­chał, powie­dział: „Chcia­łaś iść na medy­cy­nę, uświa­do­mi­łem sobie, jaka to jest waż­na i pięk­na dzie­dzi­na. Moja mama mia­ła udar mózgu. Kie­dy tra­fi­ła do szpi­ta­la, wró­ci­ła do zdro­wia. Wró­ci­ła do życia. Medy­cy­na ją ura­to­wa­ła”. Ponie­waż oka­za­ło się, że po tym urlo­pie dzie­kań­skim nie muszę wra­cać na histo­rię, to zda­łam egza­min na medy­cy­nę. W mię­dzy­cza­sie Ryszard ukoń­czył stu­dia i otrzy­mał dyplom. Od razu dostał też pra­cę w „Sztan­da­rze Mło­dych” oraz miesz­ka­nie komu­nal­ne – malut­kie, ale jed­nak miesz­ka­nie – i mógł mnie spro­wa­dzić… Dziec­ko było jesz­cze małe, a ja stu­dio­wa­łam. Dla­te­go cór­ka zosta­ła w Szcze­ci­nie, a potem kie­dy była w wie­ku przed­szkol­nym, to przy­wieź­li­śmy ją i całą rodzi­ną miesz­ka­li­śmy w poko­ju z kuch­nią. To był bar­dzo mały poko­ik, a kuch­nia była cał­kiem spo­ra. Cór­ka spa­ła w sypial­ni, a Ryszard pisał w kuch­ni. Gdy skoń­czy­łam stu­dia, dosta­łam pra­cę. Jakoś sobie radzi­li­śmy, cho­ciaż nie było pie­nię­dzy. Tro­chę poma­ga­li nam rodzi­ce. A potem już sama zaczę­łam pra­co­wać. Pamię­tam, jak w tam­tych cza­sach przed Bożym Naro­dze­niem poszłam do punk­tu sku­pu maku­la­tu­ry i sprze­da­łam sta­re gaze­ty. Wra­ca­jąc, kupi­łam szpic na cho­in­kę, bo nie mia­łam za co kupić gwiaz­dy. Więc tak żyli­śmy… W takich warun­kach. Teraz moż­na mieć róż­ne sty­pen­dia, wte­dy nie było o tym mowy. Ale wte­dy wszy­scy tak żyli.

Ale to miesz­ka­nie jest pięk­ne…

No z tego się bar­dzo cie­szę. To pierw­sze miesz­ka­nie było na Nowo­lip­kach, odbu­do­wa­li część daw­ne­go get­ta gdzie były gru­zy. To było 24-metro­we miesz­ka­necz­ko, któ­re mia­ło takie man­ka­men­ty jak win­da tuż przy naszych drzwiach. Wszyst­kie trza­ski i hała­sy do nas docho­dzi­ły. A z dru­giej stro­ny naszych drzwi był zsyp na śmie­ci. Miesz­ka­li­śmy tam dzie­sięć lat, a potem zamiesz­ka­li­śmy w miesz­ka­niu na dale­kiej Woli. To było już 48 mkw. Trzy poko­iki z bal­ko­nem i wszyst­ki­mi potrzeb­ny­mi wygo­da­mi. Ale gdy przy­by­wa­ło ksią­żek, zro­bi­ło się cia­sno. Kie­dy mogli­śmy sobie pozwo­lić finan­so­wo, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się wła­śnie tutaj. Bar­dzo dobrze się tu miesz­ka. Loka­li­za­cja w pobli­żu cen­trum, a rów­no­cze­śnie odsu­nię­ta od głów­nych ulic. Wokół jest zie­lo­no. Domy ład­nie pre­zen­tu­ją się pod wzglę­dem archi­tek­to­nicz­nym. I sąsia­dów wszyst­kich się zna. To miej­sce ma w zasa­dzie same plu­sy.

Jak Pani sądzi, jaką myśl mógł­by zosta­wić dzi­siaj Ryszard Kapu­ściń­ski mło­dym ludziom? Jakiś komen­tarz odno­śnie do dzi­siej­szych cza­sów?

On zawsze opi­sy­wał i ana­li­zo­wał sytu­ację. Mógł­by prze­ka­zać swo­je uwa­gi o tym, jak pisać. Nie sądzę, żeby mówił, co nale­ży robić i jak urzą­dzać świat. Z jego ksią­żek moż­na wycią­gnąć wnio­ski na temat tego, co uwa­ża za słusz­ne. Mąż przede wszyst­kim zaj­mo­wał się tym, jak nale­ży na ten świat patrzeć…

Ryszard był sze­ro­ko myślą­cym czło­wie­kiem. Ogrom­nie oczy­ta­nym. Czy­tał nie dla samej przy­jem­no­ści, lecz rów­nież dla wnio­sków, któ­re wycią­gał. Rów­no­cze­śnie był pro­stym, skrom­nym, uśmiech­nię­tym czło­wie­kiem.

W takim razie czas na ostat­nie, tra­dy­cyj­ne już pyta­nie – jakie ma Pani prze­sła­nie dla czy­tel­ni­ków?

Myślę, że war­to jest się zapo­znać z tym, co Ryszard pisał. Zachę­ca­ła­bym do czy­ta­nia, ponie­waż jest tam ogrom­na ilość infor­ma­cji i wie­dzy na tema­ty, któ­ry­mi się inte­re­so­wał i któ­re zgłę­biał. Jego książ­ki nie mają cha­rak­te­ru tyl­ko opo­wie­ści podróż­ni­czych. Mają w sobie dużo war­to­ścio­wej wie­dzy o świe­cie i o ludziach. Jed­nym sło­wem – czy­taj­cie, czy­taj­cie, czy­taj­cie…


 

Roz­mowa uka­zała się pier­wot­nie na blo­gu Jerze­go Cho­dorka blo​gi​no​tes​.pl.