widzimy
| 9 czerwca 2014 ]

Kąkolowe pole – o Przystanku Woodstock inaczej

Przystanek Woodstock jaki jest, wie ten, kto był i sprawdził. Inni skazani są na perspektywę mediów, które narzucają własne spojrzenie na imprezę w Kostrzynie nad Odrą, na którą w ubiegłym roku przyjechało pół miliona osób.

Są tacy, którzy Przystankowi Woodstock życzą jak najgorzej. Najlepiej gdyby niespodziewane zdarzenie sprawiło, że się nie odbędzie. Nie musi to być od razu trzęsienie ziemi – szkoda ludzi. Ale gdyby z przyczyn formalnych przystanek nie mógł się odbyć? Gdyby stało się coś, co przeszkodziłoby tej wielkiej popijawie, deprawacji młodego człowieka? Gdyby chociaż zakazano na polu sprzedaży i spożywania alkoholu – byłby to niezaprzeczalny znak błogosławieństwa.

Tymczasem dla przyjeżdżających do Kostrzyna Przystanek Woodstock to doświadczenie wolności – czas karnawału, kiedy świat staje na głowie. Na woodstockowej „ulicy” zawsze znajdzie się ktoś za darmo rozdający uściski (free hugs) – to zagłębie spontanicznych, absurdalnych niekiedy happeningów, kolorowych ludzi, dzieci kwiatów, irokezów, tatuaży. Na Woodstocku zasady normalnego świata zostają zawieszone – ludzie są „na ty”, wszyscy są równi.

Jest i druga strona medalu. Można zostać okradzionym, obmacanym w tłumie, przydeptanym. Czasem trudno o jedną trzeźwą osobę w zasięgu wzroku. Rodzi się pytanie, gdzie są rodzice błąkających się samotnie po polu nastolatków. Nietrudno o twarze zniszczone używkami, już nawet nie smutne, ale zupełnie pozbawione wyrazu. Obraz prawie jak po bitwie: trzeźwiejących w namiotach, krzakach, gdziekolwiek – w cieniu czy na palącym słońcu.

Dwie wymieszane rzeczywistości. A może jednak jedna? Rzeczywistość kąkolowego pola, gdzie chwast i pszenica rosną obok siebie. Mówił o tym w ubiegłym roku na rekolekcjach poprzedzających Przystanek Jezus (PJ – katolicka inicjatywa na woodstockowym polu) biskup Edward Dajczak – o pokusie, by celników, grzeszników odseparować, a kąkol wyrwać: „Tymczasem Jezus mówi: stop. Niech rosną do żniwa”.

„Kościół jest po to, by przynosić ludzi do Boga. Przede wszystkim po to” – powiedział wtedy bp Dajczak.

Pewien chłopak z PJ­-otu, gdy stał na wzniesieniu, z którego rozciągał się widok na pole, zrozumiał, że wszyscy ludzie, tam w dole, w kurzu, w błocie w przeważającej większości są ochrzczeni, są więc Kościołem. Tam w dole jest Kościół, wspólnota zbawionych grzeszników.

W tym czasie po polu krążył ksiądz w sutannie i czerwonym moherowym berecie: rozmawiał, modlił się z tymi, którzy go zaczepiali, spowiadał. Dwóch chłopaków w koszulce Przystanku Jezus oferowało darmowe mycie stóp – usiedli na krawężniku z miską wody i ręcznikami. Gdzieś tam w dole dziewczyna przytulała starego, zniszczonego alkoholem człowieka. Nie ewangelizowała, nie mówiła mu: „Bóg Cię kocha”. Nic z tych rzeczy.

Bycie na Przystanku Woodstock / Przystanku Jezus może stać się ważnym doświadczeniem Kościoła. Może być też doświadczeniem Boga, który chce być blisko człowieka i nie zważa na to, jak bardzo ubrudzony jest on w błocie.

Przystanek Woodstock jest dla niektórych bardzo niewygodny, bo odsłania rzeczywistość, którą najłatwiej byłoby odrzucić, przekląć. Wygodniej wyprzeć ze świadomości istnienie kąkolowego pola (także w samym sobie), z którego nie da się ot tak powyrywać wszystkiego, co psuje ładny widok. Tylko, że rośnie tam także pszenica – dobro, o które może warto się zatroszczyć.