dzialamy
| 31 października 2013 ]

Nie obawiajmy się Halloween!

„Gość Nie­dziel­ny” świę­ci try­um­fy na Face­bo­oku: nie­mal 25 tysię­cy osób bie­rze udział w wyda­rze­niu mają­cym pomóc w mani­fe­sta­cji wia­ry i – jed­no­cze­śnie – dys­kre­dy­ta­cji przy­wie­zio­ne­go pro­sto ze Sta­nów świę­ta Hal­lo­we­en. Sam wzią­łem udział w tym wyda­rze­niu i zgod­nie z zale­ce­niem zmie­ni­łem pro­fi­lo­we zdję­cie, chwa­ląc się moim nie­co­dzien­nym świę­tym patro­nem. Do czyn­ne­go opo­ru wzy­wa tak­że pió­rem Anny Sosnow­skiej por­tal Deon​.pl.

Też nie jestem zwo­len­ni­kiem świę­to­wa­nia Hal­lo­we­en, ale z zupeł­nie innych pobu­dek. Nie prze­ko­nu­je mnie jed­nak argu­ment o pogań­skich korze­niach świę­ta. Hal­lo­we­en nie musi też być „ducho­wym zagro­że­niem” czy „nie­bez­pie­czeń­stwem”. Wygod­nie jest jed­nak iść za tym, co mówią media; wygod­nie też dzien­ni­ka­rzom powta­rzać nie­spraw­dzo­ne infor­ma­cje i wyko­rzy­sty­wać posłu­szeń­stwo nie­któ­rych kato­li­ków oraz ufność w prze­kaz kościel­nych mediów – to jest obec­nie naj­więk­sze zagro­że­nie, jakie w kon­tek­ście Hal­lo­we­en dostrze­gam.

Bizar­re Hal­lo­we­en Post­card. Publi­shed by Woodruff House in Ohio, 1901

Skąd wzię­ło się Hal­lo­we­en?

Wśród wie­lu ame­ry­kań­skich grup reli­gij­nych (nie tyl­ko chrześcijańskich/katolickich) panu­je prze­ko­na­nie, że jeśli two­je dziec­ko świę­tu­je Hal­lo­we­en („cukie­rek albo psi­kus”), to jed­no­cze­śnie odda­je się w moc demo­nów wywo­dzą­cych się z kul­tów pogań­skich. Bar­dziej oczy­ta­ni przy­wo­łu­ją jako źró­dło dzie­cię­cych zabaw cel­tyc­kie świę­to Sam­ha­in – przy­pa­da­ją­ce na koniec lata, mniej wię­cej na prze­łom paź­dzier­ni­ka i listo­pa­da (ale nie dokład­nie 31.10 – Cel­to­wie nie posia­da­li bowiem aż tak dokład­nych kalen­da­rzy).

Zda­je się jed­nak, wbrew powyż­szym opi­niom, że samo Hal­lo­we­en ma cał­ko­wi­cie inne źró­dła – co cie­ka­we, ści­śle chrze­ści­jań­skie: przy­pa­da ono na 31 paź­dzier­ni­ka, gdyż jest to wigi­lia (ang. eve od eve­ning, wie­czór) dnia Wszyst­kich Świę­tych (ang. All Hal­lows Day – stąd All Hal­lows Eve – Hallowe’en). Aby odkryć źró­dła Hal­lo­we­en wystar­czy prze­śle­dzić histo­rię uro­czy­sto­ści Wszyst­kich Świę­tych, któ­re w dniu 13 maja usta­no­wił w 609 roku papież Boni­fa­cy IV, poświę­ca­jąc Świę­tej Dzie­wi­cy i wszyst­kim męczen­ni­kom bazy­li­kę na Pan­te­onie. Dopie­ro od cza­sów Grze­go­rza III (731-741) lud rzym­ski świę­to­wał dzień Wszyst­kich Świę­tych 1 listo­pa­da, nato­miast to dzię­ki Karo­lo­wi Wiel­kie­mu i papie­żo­wi Grze­go­rzo­wi IV całe impe­rium Fran­ków roz­po­czę­ło świę­to­wa­nie tej uro­czy­sto­ści (rok 835). Okta­wę tej uro­czy­sto­ści zawdzię­cza­my zaś fran­cisz­ka­ni­no­wi, papie­żo­wi Syk­stu­so­wi IV (1471-84). Na mar­gi­ne­sie dodam, że Irlan­dia zosta­ła schry­stia­ni­zo­wa­na w VI wie­ku, a VII-IX wiek to okres, w któ­rym to Irland­czy­cy chry­stia­ni­zo­wa­li pogań­ską Euro­pę. Cel­tyc­cy poga­nie nie mają więc nic wspól­ne­go z usta­no­wie­niem Hal­lo­we­en. Bliż­szy temu jest raczej Dzień Zadusz­ny, zapo­cząt­ko­wa­ny przez św. Odilo­na z Clu­ny jako bez­po­śred­nia prze­ciw­wa­ga dla pogań­skich zwy­cza­jów – dzień ten od 998 roku obcho­dzo­ny jest w Koście­le 2 listo­pa­da.

Dobra, ale skąd te czasz­ki i demo­nicz­ne dynie?

Hal­lo­we­en, jakie zna­my z ame­ry­kań­skich fil­mów i prze­ni­ka­ją­cej na rodzi­my grunt popkul­tu­ry, to nie­sa­mo­wi­ty zle­pek róż­nych oby­cza­jów wyge­ne­ro­wa­nych w 300-let­nim tyglu ame­ry­kań­skiej kul­tu­ry – oby­cza­jów rodem z Irlan­dii, Fran­cji i Anglii. Irland­czy­cy mie­li bowiem w zwy­cza­ju hała­so­wa­nie bęb­na­mi i róż­ny­mi przed­mio­ta­mi w przed­dzień uro­czy­sto­ści Wszyst­kich Świę­tych – mia­ło to na celu prze­ka­za­nie potę­pio­nym duszom, że o nich nie zapo­mnia­no (z zazdro­ści o świę­tych mogły­by bowiem spra­wić kło­po­ty – war­to porów­nać ten zwy­czaj do sło­wiań­skich dzia­dów). Fran­cu­zi nato­miast mie­li śre­dnio­wiecz­ną tra­dy­cję prze­bie­ra­nia się w dzień 1 listo­pa­da i tań­cze­nia po mszach „tań­ca śmier­ci”, mają­ce­go przy­po­mi­nać o mar­no­ści i śmier­tel­no­ści każ­de­go czło­wie­ka. Angli­cy zaś spro­wa­dzi­li do Ame­ry­ki zwy­czaj „cukie­rek albo psi­kus” (ang. trick or tre­at), któ­ry zwią­za­ny jest z dwo­ma tra­dy­cja­mi: pro­sze­nia przez dzie­ci o dary i sma­ko­ły­ki (tzw. soul-cake; dzie­ci prze­bie­ra­ły się w łach­ma­ny, uda­jąc głod­ne duchy ludzi, któ­rzy nie dostą­pi­li zba­wie­nia). Nie­któ­rzy też wią­żą ten zwy­czaj z uda­rem­nie­niem zama­chu na kró­la, któ­ry orga­ni­zo­wał kato­lik, Guy Faw­kes. Po tym zda­rze­niu pro­te­stan­ci zaczę­li upa­mięt­niać powie­sze­nie Guya Faw­ke­sa 5 listo­pa­da, orga­ni­zu­jąc licz­ne zaba­wy – w środ­ku nocy odwie­dza­li pobli­skie domy kato­li­ków krzy­cząc „trick or tre­at”, doma­ga­jąc się przy tym piwa i poży­wie­nia. Pozo­sta­łe ele­men­ty świę­ta Hal­lo­we­en (np. lam­py dynio­we – ang. jack-o’-lantern) pocho­dzą z XVII-wiecz­ne­go angiel­skie­go folk­lo­ru lub zosta­ły doda­ne w XIX wie­ku przez ame­ry­kań­skich orga­ni­za­to­rów zabaw, wyczu­wa­ją­cych w tym intrat­ny inte­res. Jak widać zatem, źró­dła Hal­lo­we­en są kato­lic­kie (Fran­cja, Irlan­dia), pro­te­stanc­kie (Anglia, Ame­ry­ka) lub wyni­ka­ły z chę­ci zysku.

Czy zaka­zy­wać dzie­ciom zabaw w Hal­lo­we­en?

Widać wyraź­nie, że zaba­wy w Hal­lo­we­en nie muszą się wią­zać z magią czy demo­na­mi – wyci­na­nie dyni czy gra w „cukie­rek lub psi­kus” mogą być świet­ną zaba­wą i dobrym pre­tek­stem do bycia z naj­młod­szy­mi. Podob­ne rze­czy dzie­ją się pod­czas zapu­stów, jase­łek, kolę­do­wa­nia czy Lane­go Ponie­dział­ku. Pro­blem i zagro­że­nie zaczy­na się wte­dy, gdy zaczy­na w to wcho­dzić duch kon­sump­cjo­ni­zmu – gdy Hal­lo­we­en jest jedy­nie pre­tek­stem do bez­myśl­ne­go kupo­wa­nia kolej­nych rze­czy, któ­re nie spra­wią, że doro­śli będą bli­żej swo­ich dzie­ci. Oczy­wi­ście, mimo że Hal­lo­we­en nie ma nic wspól­ne­go z cel­tyc­kim bogiem śmier­ci (jak stwier­dził jeden z pol­skich hie­rar­chów kościel­nych), to może pro­mo­wać anty­chrze­ści­jań­ski świa­to­po­gląd − moż­na jed­nak tak samo powie­dzieć o popu­lar­nych „andrzej­kach”, ale też wie­lu innych impre­zach o chrze­ści­jań­skim rodo­wo­dzie. To „zagro­że­nie ducho­we” jest jed­nak o tyle praw­do­po­dob­ne, o ile bez­re­flek­syj­nie przyj­mu­je­my tren­dy zza oce­anu i uzna­je­my całą „popkul­tu­ro­wą” otocz­kę. To jed­nak ta bez­re­flek­syj­ność jest więk­szym zagro­że­niem niż owa otocz­ka demo­nicz­nych wize­run­ków, prze­bie­ra­nia, hor­ro­rów, okul­ty­zmu czy pijac­kich imprez. Docho­dzi do tego rów­nież kwe­stia este­ty­ki, o któ­rej wspo­mniał Bła­żej Strzel­czyk.

Jak zaka­zy­wać?

Narzu­ca się w tym momen­cie pyta­nie – czy nale­ży zaka­zy­wać prak­ty­ko­wa­nia popkul­tu­ro­wych tren­dów? Moim zda­niem stra­te­gia zaka­zy­wa­nia jest sku­tecz­na jedy­nie wów­czas, gdy mamy rów­no­cze­śnie alter­na­ty­wy do zapro­po­no­wa­nia. Podob­nie jak wspo­mnia­na wyżej Anna Sosnow­ska z Deon​.pl wąt­pię, by zarów­no face­bo­oko­we wyda­rze­nie utwo­rzo­ne przez „Gościa Nie­dziel­ne­go”, jak i tek­sty czy raczej ode­zwy pol­skich hie­rar­chów mogły sta­no­wić kon­ku­ren­cję dla Hal­lo­we­en i wią­żą­cych się z nim „zagro­żeń ducho­wych”. Oczy­wi­ście, pierw­szym pozio­mem powin­na być rze­tel­na infor­ma­cja o tym, dla­cze­go nie Hal­lo­we­en. Jest wie­le powo­dów, o wie­lu z nich Kościół nie wspo­mi­na. Dru­gim pozio­mem – w Pol­sce wła­ści­wie nie­obec­nym – jest stwo­rze­nie alter­na­tyw­nych pro­po­zy­cji dla wier­nych, pró­by poło­że­nia naci­sku na kato­lic­ki cha­rak­ter Hal­lo­we­en (All Hallow’s Eve). Sko­ro w dzień zadusz­ny, dzię­ki św. Odilo­no­wi, modli­my się za dusze wszyst­kich wier­nych zmar­łych, to dziś być może war­to pomo­dlić się za tych, któ­rzy są bli­scy śmier­ci – tych, któ­rzy już jutro mogą mieć swo­je świę­to. Do tego jed­nak potrzeb­ne są otwar­te drzwi kościo­łów i pobu­dzo­ne ser­ca wier­nych.

ŹRÓDŁA:

Źró­dło ilu­stra­cji: Wiki­com­mons