widzimy
| 17 marca 2013 ]

Kim Ojciec jest?

Dostałem trzynastego marca wieczorem sms od przyjaciółki, argentyńskiej Żydówki, że nasz nowy papież jeździł po Buenos Aires metrem jak zwykły zjadacz chleba i że w ogóle lubią go tam i szanują wszyscy, w tym „both Catholics and Jews”.

Fot. Marcin Kiedio

Ciekaw, kim jest ten Franciszek, zajrzałem następnego dnia do internetu. Moja ciekawość została od razu zaspokojona. Przeciwnik małżeństw gejowskich, konserwatysta, ale też człowiek skromny i poetycko wrażliwy – brzmiał tytuł jednego z artykułów na stronie „Gazety Wyborczej”. Nie ma to jak zwięzła prezentacja.
– Proszę nam powiedzieć, bo zżera nas ciekawość, ale tak w kilku słowach: kim Ojciec jest?
– Tak w kilku słowach to przeciwnikiem małżeństw gejowskich, ale też człowiekiem poetycko wrażliwym.
Ale już się nie czepiam, bo nawet jeśli tytuł, zapewne pochodzący od redakcji, nieszczególnie udany, to sam artykuł Jarosława Mikołajewskiego wyważony i ciekawy. A w nim taki dialog dziennikarzy z kardynałem Bergoglio, tym razem prawdziwy: – Czy nadzieja może przyjść z Ameryki Łacińskiej? – Nadzieja pochodzi od Pana.

Z innego artykułu na stronie „Wyborczej” dowiedziałem się, że ulubiony obraz papieża Franciszka to „Białe ukrzyżowanie” Marca Chagalla. Nie tak dawno Więź wydała książeczkę Raïssy Maritain, żony wielkiego filozofa tomisty Jacques’a Maritaina, „Chagall, czyli burza zaczarowana”. Padają w niej takie słowa: „Rzadko się zdarza, by malarze wyrażali radość. Nie przyjemność, nie śmiech, ironiczny czy gorzki; lecz czystą radość, radość uroczystą, radość jako istotę życia. Można w związku z tym mówić o Rubensie, mieliśmy Renoira, mamy Chagalla. Jednak Rubens i Renoir wyrażali radość życia, cielesny rozkwit radości, radość silnie zakorzenioną w ziemi, usatysfakcjonowaną, bez żadnego śladu tej «poirytowanej melancholii», o której mówi Baudelaire, radość, która nie domaga się innej ziemi czy innych niebios. Rubens i Renoir są chwalebnymi realistami radości i życia – a Chagall jest jej surrealistą”. Chagall jest surrealistą radości, bo jego radość domaga się innej ziemi i innych niebios. Jest radością chrześcijańską, choć żydowską jednocześnie. Radością franciszkańską. Właśnie taka radość emanuje ze sławnego „Białego ukrzyżowania”.

Jakiś czas temu Fronda wydała inną książkę Raïssy Maritain, „Wielkie przyjaźnie”, piękną opowieść o małej epidemii nawróceń wśród przedwojennych francuskich intelektualistów. Głównym inspiratorem tamtych wydarzeń był ojciec chrzestny Maritainów, Léon Bloy, enfant terrible francuskiej literatury. Jego słowa cytował w swojej pierwszej homilii papież Franciszek: „Kto nie modli się do Pana, modli się do diabła”. „Możemy chodzić, ile chcemy, możemy budować wiele rzeczy, ale jeśli nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, nie jest dobrze – mówił papież w tej samej homilii. – Staniemy się użyteczną organizacją pozarządową, ale nie Kościołem, Oblubienicą Chrystusa”. Gdy zadowolimy się ziemią, gdy zabraknie głodu nieba, Baudelaire’owskiej „poirytowanej melancholii”, nie będzie dobrze. Ale jest nadzieja – nadzieja, która „pochodzi od Pana”.