dzialamy
| 9 października 2012 ]

Kościół do podziału?

„Sztucz­ne Fioł­ki” („maga­zyn komicz­no-tra­gicz­ny” codzien­nie ostro i iro­nicz­nie komen­tu­ją­cy rze­czy­wi­stość za pomo­cą tek­stów dopi­sy­wa­nych do kla­sycz­nych już dzieł malar­skich) wyła­pał istot­ną pra­wi­dło­wość w świat­ku publi­cy­stów i czy­tel­ni­ków pism kato­lic­kich. Zan­ta­go­ni­zo­wa­nie tych grup cel­nie chwy­ta­ją dwa poniż­sze rysun­ki:

 

 

Lek­tu­ra komen­ta­rzy pod arty­ku­ła­mi na ser­wi­sach kato­lic­kich, a co gor­sza cza­sa­mi też lek­tu­ra samych tych arty­ku­łów dostar­cza wra­że­nia tak dale­ko posu­nię­te­go wza­jem­ne­go wyklu­cza­nia się i nie­chę­ci, że w gło­wie rodzi się pyta­nie: czy my aby jeste­śmy w tym samym Koście­le? Czy byli­by­śmy w sta­nie modlić się razem i prze­ka­zać sobie nie­za­kła­ma­ny znak poko­ju? Przy­po­mi­na­ją się też sło­wa z Pierw­sze­go Listu do Koryn­tian: „Sko­ro jeden mówi: Ja jestem Paw­ła, a dru­gi: Ja jestem Apol­lo­sa, to czyż nie postę­pu­je­cie tyl­ko po ludz­ku?” (1 Kor 3,4).

Mam cza­sa­mi wra­że­nie, że w takiej wymia­nie zdań zni­ka nam z oczu dru­gi czło­wiek, nie widzi­my w nim kogoś żywe­go, z całym jego skom­pli­ko­wa­nym świa­tem wewnętrz­nym. Zosta­je nam tyl­ko ava­tar, w któ­ry może­my walić z dowol­nym nasi­le­niem – im moc­niej, im ostrzej, im bar­dziej iro­nicz­nie – tym lepiej.

Kie­dy zda­rzy się nam spo­tkać póź­niej swo­je­go „anta­go­ni­stę” na żywo, sytu­acja przed­sta­wia się zupeł­nie ina­czej. Czło­wiek, żywy czło­wiek, któ­re­go twarz widzi­my przed sobą, nie jest kimś, na kogo wyle­wa się wia­dro pomyj tak łatwo. Mówię to z wła­sne­go doświad­cze­nia, tak­że przy­zna­jąc się do zbyt łatwych osą­dów i słów nie­szu­ka­ją­cych zro­zu­mie­nia.

Z tego typu prze­my­śleń zro­dził się pomysł, aby zro­bić rzecz naj­prost­szą w świe­cie – zacząć modlić się wspól­nie i roz­ma­wiać na żywo – w kame­ral­nych sytu­acjach, za kawiar­nia­nym sto­li­kiem, a nie tyl­ko w inter­ne­to­wych komen­ta­rzach lub pod­czas pane­li dys­ku­syj­nych. Aby nie skoń­czy­ło się na sło­wach i pustych dekla­ra­cjach, razem z przy­ja­ciół­mi z „Wię­zi” i „Dywi­zu” pro­po­nu­je­my udział we mszy świę­tej w war­szaw­skiej archi­ka­te­drze. My uda­my się tam na pew­no, jeśli po mszy spo­tka­my kogoś jesz­cze, chęt­nie utnie­my sobie poga­węd­kę w któ­rejś z oko­licz­nych kawiar­ni. Ponie­waż we wła­snym towa­rzy­stwie prze­by­wa­my na co dzień, mamy nadzie­ję, że nie będzie­my musie­li pozo­stać tyl­ko w tym sta­łym skła­dzie. Myśli­my też o powta­rza­niu takich spo­tkań co mie­siąc w ramach cyklu „Jed­no z dru­gim”.

Nie stoi za tym pra­gnie­nie, aby­śmy wszy­scy nagle zaczę­li myśleć tak samo, takim samym gło­sem mówić o Koście­le i spo­łe­czeń­stwie. Chcia­ła­bym tyl­ko, aby­śmy patrzy­li na sie­bie w inny spo­sób, nie widzie­li w sobie abs­trak­cyj­nych wro­gów. A to toczo­nym póź­niej dys­ku­sjom mogło­by pozwo­lić prze­stać być zbio­rem mono­lo­gów.