myslimy
| 26 sierpnia 2014 ]

Kościół, Franciszek, świat

Tomasz Ponikło: W adhortacji papieża Franciszka Evangelii gaudium silnie obecny jest wątek społeczny. Wydaje się, że w ostatnich latach kwestia ewangelizacji nie była tak mocno z nim wiązana.

Bp Grzegorz Ryś: W ogóle nie spodziewałem się przejścia w adhortacji od wątku indywidualnej wiary do tak kategorycznie przedstawionego wątku społecznego. I to aż tak mocno postawionego.

Franciszek pisze, że zaangażowanie społeczne katolika jest wpisane w kerygmat. To bardzo ostre stwierdzenie. Zwłaszcza, że Papież wychodzi z diagnozą bardzo krytyczną wobec tego, co dzieje się na świecie. W jego oczach właściwie każdy z nas jest pociągnięty do współodpowiedzialności za zbrodnie dzisiejszego świata w tym czy innym względzie – wystarczy, że o nich wie. Nie spodziewałem się aż tak mocnej nuty społecznej w tym akurat dokumencie, który jednak jest programem ewangelizacyjnym.

Bp Grzegorz Ryś

Ewangelizacja odbywa się w konkretnym kontekście społecznym, więc poświęcenie przez Papieża uwagi temu kontekstowi nie powinno aż tak zaskakiwać.

Czym innym jest wskazanie na kontekst społeczny po to, by nakreślić program ewangelizacji na potrzeby Kościoła, na przykład wskazując określone rodzaje wrażliwości obecnej w Kościele czy przedstawić wartości, chociażby ubóstwa. To byłoby jak najbardziej naturalne. Czym innym jest jednak opis rzeczywistości świata współczesnego jako takiego, bez odniesienia eklezjalnego. Taki opis przedstawia Franciszek w dwóch miejscach w adhortacji.

Muszę przyznać, że akurat te dwa fragmenty pierwotnie nie wzbudziły mojego entuzjazmu. Stanowią one wielką, uogólnioną krytykę świata, jaki stworzyliśmy, o wiele ostrzejszą od tej, jaką przeprowadził Jan Paweł II w Christifidelis laici, która spotkała się z totalnym odrzuceniem ze strony komentatorów. Jak można – pytano wtedy – pisać tak negatywnie o człowieku i jego świecie? Tymczasem krytykę przedstawioną przez Franciszka uważam za o wiele ostrzejszą od tej wyrażonej przez Jana Pawła II. Czytając te oskarżycielskie uwagi, wciąż miałem niepokojące wrażenie, że wobec tego jedynym właściwym pytaniem jest: „co dalej?”, i niestety w tekście nie znalazłem żadnej wskazówki. Narastający dystans do tych stron dokumentu przerwało we mnie dopiero przyswojenie czterech zasad, jakie Franciszek przedstawia w odniesieniu do życia społecznego.

Chodzi o następujące reguły prymatu: czasu nad przestrzenią, rzeczywistości nad ideami, pokoju nad konfliktem i całości nad częścią. Dopiero w tym znalazłem konkret, którego mogłem się chwycić w kontekście zaangażowania społecznego katolików. Sądzę, że jest to podejście właściwe dla poziomu orzekania w Kościele o świecie. Nie mówimy o konkretnych programach społecznych i gospodarczych, ale pokazujemy mechanizmy i wyjaśniamy, jakie możliwości wobec nich posiada człowiek wierzący. Dopiero ten fragment papieskiego tekstu mnie uspokoił i pozwolił poruszać się dalej wśród przedstawionych zagadnień.

Jeżeli mówi się komuś, że jest współwinny występowania nędzy i terroryzmu w jego kraju, i to mówi się z taką pewnością, to nie można potem człowieka zostawić wyłącznie z samą diagnozą. Trzeba mu dać jakieś słowo, które wskaże mu, co w danej sytuacji można zrobić. Mam wrażenie, że tego jednak w adhortacji nie ma, choć widać tam ową perspektywę prymatów jako narzędzie samodzielnych poszukiwań.

A czego innego Ksiądz Biskup by oczekiwał?

Chociażby tego, że skoro nie możesz w pojedynkę zmienić nierównej dystrybucji dóbr w świecie, to tym uważniej rozglądaj się w swoim najbliższym otoczeniu, by zobaczyć, kto czego potrzebuje i jak możesz na tę potrzebę odpowiedzieć. Trzeba koniecznie podkreślać, że zawsze istnieje jakiś możliwy zakres zaangażowania się w sprawy społeczne, niezależnie od okoliczności. Papież uświadomił człowiekowi, jakie ten niesie ciężary na swoim grzbiecie, a teraz musimy też szukać sposobu, jak temu człowiekowi ulżyć, bo inaczej zostanie on przez ten ciężar przygnieciony.

Nie należy robić człowiekowi przykrości, mówiąc, że i on ponosi współodpowiedzialność za kształt świata w jego mniej przyjemnej odsłonie?

Kiedy Kościół głosi prawdę o grzechu, to ukazuje też człowiekowi, jak można go przezwyciężyć. Gdy więc Kościół robi rachunek sumienia światu, również powinien mu wskazać, jak pokonać wskazane zaniedbania. W jakimś sensie Franciszek samą swoją osobą pokazuje, jak z tego wybrnąć. Nie przedstawia recept na przerwanie utrwalonej praktyki nierównomiernej dystrybucji dóbr, ale na Lampedusie oddaje hołd nielegalnym imigrantom z Afryki, którzy zginęli u wybrzeży tej wyspy. Można zapytać: co to zmienia, jeśli w ogóle zmienia cokolwiek? Co zmienia fakt, że Papież, przemieszczając się po placu Świętego Piotra, wyciąga nagle z tłumu człowieka trędowatego, przytula go, całuje w głowę? W ten sposób Papież „wyróżnia” – zwraca uwagę na pewne problemy i wyróżnia ludzi borykających się z rozmaitymi trudnościami. Pokazuje, że tym, co musi znajdować się na pierwszym miejscu, jest relacja miłości.

Czy Papież powinien więc zaproponować jakąś konkretną drogę rozwiązań kwestii społecznych, na które zwraca tak krytycznie uwagę w adhortacji? Zgodnie z tym, co Ksiądz Biskup mówił wcześniej o katolickiej nauce społecznej, wcale nie byłoby to właściwe.

Dlatego mówię tylko, że w adhortacji Franciszek przeprowadził mocną krytykę, ale nie przedstawił pozytywnej wizji, nie sformułował zaproszenia do poradzenia sobie ze zdiagnozowanymi zagrożeniami. Czytam w dokumencie o tym, że świat jest zniekształcony; o tym, że stał się karykaturą niemal wszystkiego, co dobre; o tym, że nawet jeśli sam się do tego nie przyczyniam, ale wiem o tym, to i na mnie spoczywa pewna współodpowiedzialność za ten stan rzeczy. I zostaję sam z tą wiedzą.Pozostaję z ciężarem.

W innych miejscach adhortacji pojawia się jednak przekonanie, że nasza relacja z Bogiem zbudowana jest na fundamencie miłosierdzia, a to z kolei zobowiązuje nas do tego, byśmy byli miłosierni wobec siebie nawzajem.

Są to myśli o charakterze teologicznym, które nie zostały wprowadzone w tekście w kontekst opisanych spraw społecznych, wobec czego niestety trudno odnosić je bezpośrednie do nich. Papież więc zawierzył tu rozeznaniu czytelników, którzy w innych partiach dokumentu muszą znaleźć właściwy klucz do owej krytyki społecznej.

Na początku adhortacji padają także słowa o dobru, którego nie można zachowywać dla siebie, ale trzeba je puszczać w ruch. Są więc dwa porządki: ten globalny…

…za który Papież mnie obciąża i wcale mi nie podpowiada, co mam z tym ciężarem zrobić. Faktycznie, wcześniej w adhortacji znajdują się uwagi dotyczące wymiaru indywidualnego, ale Papież w pewnym momencie ten temat zamyka, otwiera za to zupełnie nową perspektywę i nie ukazuje, że te dwa wątki jakoś się do siebie mają. Mówię tu oczywiście – podkreślam to – o swoim osobistym odbiorze tego fragmentu adhortacji.

Odczytując adhortację w sposób osobisty, mam wrażenie, że odpowiedź człowieka na sprawy, także te globalne, powinna realizować się w mikroskali, czyli w tym, co jest najbliższym otoczeniu człowieka. To wszystko zaś rozgrywa się w sieci relacji, trudno więc podawać na to recepty, skoro każdorazowo zjawiska te mają własną charakterystykę.

„Nie udawajmy, że nic nie wiemy…” – czytam w punkcie dotyczącym handlu ludźmi. Papież jednoznacznie mówi mi, żebym nie udawał, że problem współczesnych niewolników nie jest moją winą. To jest jeszcze ostrzejsze niż to, z czym się zderzyłem po swojej książce Skandal miłosierdzia. Wówczas przyszedł do mnie człowiek, który nie dokończył jej lektury, ponieważ tekst bardzo go oburzył. Zapytałem więc, co konkretnie w tej książce wywołało w nim tak wielkie emocje, że postanowił nie brać jej już więcej do ręki. Odpowiedział mi, że słowa, iż wszyscy jesteśmy mordercami Pana Jezusa. Potwierdziłem, że rzeczywiście tak właśnie napisałem, i powtórzyłem dosłownie sens tego zdania, na co ów mężczyzna kategorycznie odrzekł: „Ale ja nie jestem”. „A ja jestem” – odrzekłem. „Ksiądz może być, ale ja nie”. Co ów człowiek powie, gdy przeczyta fragment adhortacji, o którym rozmawiamy? Powtórzę: to jest bardzo mocne oskarżenie! Mimo wszystko Papież ma rację w tym, co mówi, ale chciałbym otrzymać jakąś wskazówkę, co z tym zrobić. W przeciwnym razie – obawiam się – ten ciężar może złamać każdego wrażliwego człowieka.

Ciekawe, że nie budzą we mnie żadnego oporu słowa Franciszka, iż mamy wrócić do prowadzenia misji. Zajmuję się z ramienia Episkopatu nową ewangelizacją już od czterech lat. Widzę, jak dynamiczna jest to rzeczywistość; zauważam, ile barier my sami jej stawiamy, jak ją hamujemy. Dostrzegam również, jak wiele granic już pokonaliśmy. Diagnozy Franciszka i jego zalecenia w tej mierze stanowią dla mnie bardzo ważny punkt w rachunku sumienia. W przeciwieństwie do opisu stanu świata. Niestety bywa tak, że wchodząc w buty katolickiej nauki społecznej, Kościół gotów jest świat recenzować, włącznie nawet ze wskazaniem odpowiedzialnych, ale nie pomaga w wyjściu z impasu. Bo, owszem, mogę zrobić zakupy chorej sąsiadce – tak działam bezpośrednio w swoim otoczeniu – ale jakie działania mam podjąć wobec zjawisk globalnych? czy mam wstąpić do jakiejś chadeckiej partii?, czy mam zostać europarlamentarzystą, a może powinienem inicjować jakieś konkretne działania w środowisku organizacji pozarządowych? Kiedy więc pozostajemy wyłącznie na poziomie opisu świata, raczej nie ma nadziei, że kolejny będzie lepszy.

Wracam teraz do tego, od czego wyszliśmy, mówiąc o tym wątku, i powtarzam: takie proporcje tematu misji Kościoła i spraw społecznych zaskoczyły mnie w dokumencie dotyczącym ewangelizacji. Papież Paweł VI w Evangelii nuntiandi twierdził wyraźnie, że zaangażowanie społeczne nie jest jeszcze wprost działaniem ewangelizacyjnym. Franciszek w swojej adhortacji wyraźnie poszerza perspektywę.

Znów widać, że teksty tego typu czyta się „przez osobę”. Postawienie takiej diagnozy nie byłoby zaskakujące w dokumencie autorstwa Benedykta XVI i z pewnością wśród komentatorów wywołałoby mocną falę krytyki, która być może przykryłaby inne treści. Natomiast w tekście Franciszka nie zostało to zauważone.

Taki sam mechanizm zadziałałby pewnie też wtedy, gdyby były to słowa napisane przez Jana Pawła II. Papież Franciszek, mówiąc o aspektach społecznych, pyta, na czym polega misja Kościoła. Odpowiada: „Na tym, aby wnieść w świat i społeczeństwo Królestwo Boże”. Papież pisze przecież o zaangażowaniu społecznym ostatecznie w kontekście ewangelizacji. Kerygmat stanowi tu głoszenie Królestwa Bożego tu i teraz jako rzeczywistości bezpośrednio nam dostępnej. Kerygmat zbiega się więc w tym ujęciu z nauką społeczną Kościoła.

I to jest sprawa, na którą wielu komentatorów nie będzie miało ochoty zwrócić uwagi. Wynika to z faktu, że stanowi to znacznie więcej niż tylko tak chętnie podejmowana przez media mowa Papieża o potrzebach ludzi ubogich. Franciszek formułuje mocne stwierdzenie, że jeśli chcesz ostatecznie uleczyć te wszystkie kwestie, to musisz najpierw przyjąć wiarę w Jezusa Chrystusa, bo to On przynosi ludziom Królestwo Boże. Nawet nasze relacje z bliskimi, także kontakty z sąsiadami – wszystko winno być zakorzenione w Jezusie.

Jest to ogłoszenie… misji totalnej. Misji, która powinna objąć wszystkie sfery ludzkiego życia. Wiara katolicka ma się więc przekładać na powszechność, i to bardzo praktycznie, w życiu jednostek, grup, społeczeństw, świata. Rozwiązanie w papieskim dokumencie stanowi właśnie misyjność, a nie na przykład filantropia czy budowanie nowych rozwiązań systemowych. Mediom niełatwo to komentować. O ile można żywić sentyment do Papieża, kiedy głosi i ukazuje zaangażowanie społeczne na rzecz potrzebujących, o tyle trudniej jest przyjąć jego wizję, zgodnie z którą takie działanie wynika z autentycznego przyjęcia wiary w Jezusa. Gdyby Franciszek nie został tak dobrze przyjęty, z łatwością wyobrażam sobie komentarze, które wobec takiej wizji rozsiewałyby strach przed „chrześcijańskim totalitaryzmem”.

Rozmowa stanowi fragment książki „Kościół, Franciszek, świat”


Zdjęcie udostępnione jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0. Autor: Daczor (Praca własna) [CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], undefined