lokum
| 25 lutego 2013 ]

Kryptonim „Grobisko”

Tym razem będzie coś dla zwo­len­ni­ków eks­tre­mal­nej tury­sty­ki reli­gij­nej. Jeże­li tako­wej jesz­cze ofi­cjal­nie nie ma, na pew­no kie­dyś ktoś ją wymy­śli. „Arian­ka”, „Wzgó­rze Ariań­skie”, „Gro­bi­sko”, „Pira­mi­da”, „Czop” – to kil­ka okre­śleń wiel­ce tajem­ni­cze­go miej­sca na Lubelsz­czyź­nie. Jadąc dro­gą z Kra­sne­go­sta­wu do Cheł­ma, nie­da­le­ko przed Rejow­cem, widać po lewej intry­gu­ją­cy czu­bek wysta­ją­cy ponad lasem pora­sta­ją­cym jed­no z kre­do­wych wznie­sień Pagó­rów Chełm­skich. Nie jest to jakiś eks­tra­wa­ganc­ki, ponad 20-metro­wy szpic gigan­tycz­nej cho­in­ki, przy­stro­jo­nej w powszech­nym sza­le deko­ro­wa­nia wszyst­kie­go i wszę­dzie, a następ­nie hucz­ne­go odsła­nia­nia owych cudów świą­tecz­nej inży­nie­rii w ramach „inau­gu­ra­cji ilu­mi­na­cji” etc. Tutaj spra­wa nabie­ra nader poważ­ne­go, żeby nie rzec fune­ral­ne­go, wydźwię­ku. Aż dziw o pomstę woła, że taki rary­tas nie tra­fił do tej pory na warsz­tat żad­ne­go auto­ra lite­ra­tu­ry gro­zy. Przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­do­mo. A zatem pisa­rze do piór, tury­ści na start!

Samo wzgó­rze i jego naj­bliż­sze oto­cze­nie nie cie­szą się zbyt dobrą sła­wą w oko­li­cy. Miej­sco­wi powia­da­ją, że lepiej tam nie szu­kać wra­żeń same­mu, a już nie daj Boże, wie­czo­ro­wą porą. O pół­no­cy ma się poja­wiać postać szlach­ci­ca w kon­tu­szu (a w czym miał­by się niby poka­zy­wać raso­wy szlach­cic, w podom­ce?), któ­ry jest podob­no tak­że straż­ni­kiem poło­żo­nych nie­opo­dal malow­ni­czych ruin zam­ku w Kru­pem. Na samym, zwień­czo­nym pira­mi­dą, pagór­ku ma się roić od ponadna­tu­ral­nych roz­mia­rów żmij. Trud­no powie­dzieć, na ile ta anty­re­kla­ma odstra­sza, a na ile przy­cią­ga złak­nio­nych moc­nych wra­żeń śmiał­ków z powia­tów i woje­wództw ościen­nych. Jed­no jest pew­ne: jeże­li stoi się, nawet nie w poje­dyn­kę – a co tam, śmia­ło ładuj­my – przy peł­ni księ­ży­ca, wśród drzew i zaro­śli oka­la­ją­cych Arian­kę, robi się łyso. Dodat­ko­wo czy­ni swo­je świa­do­mość, że jest to praw­do­po­dob­nie miej­sce ostat­nie­go spo­czyn­ku pod­ko­mo­rze­go chełm­skie­go Paw­ła Orze­chow­skie­go (ok. 1550 – 1612), któ­ry bra­tem pol­skim będąc (inni poda­ją, że aria­ni­nem), pochów­ku na kato­lic­kim cmen­ta­rzu na począt­ku XVII stu­le­cia spo­dzie­wać się był nie mógł.

Mam zna­jo­me­go arche­olo­ga – na domiar poetę, a więc co wyko­pie, to zaraz prze­czy­ta – któ­ry ostat­nio głę­biej zajął się tema­tem. Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam efek­tów jego poszu­ki­wań, bo tu ład­ne kwiat­ki mogą wyro­snąć na dotych­czas mozol­nie ukle­py­wa­nym grun­cie. Z jego docie­kań wyła­nia się intry­gu­ją­cy obraz, nasu­wa­ją­cy sko­ja­rze­nia z naj­lep­szy­mi stro­na­mi powie­ści sen­sa­cyj­no-histo­rycz­nych. Na przy­kład oka­zu­je się, że tacy aria­nie mie­li swój tajem­ny szyfr, któ­rym posłu­gi­wa­li się nawet po śmier­ci. Nie oso­bi­ście co praw­da, ale za pośred­nic­twem pozo­sta­wio­nych przy docze­snych szcząt­kach przed­mio­tów. Być może podob­nych ariań­skich miejsc pochów­ku było wię­cej, ale do naszych cza­sów dotrwa­ło tyl­ko to w lesie w Kry­ni­cy koło Kra­sne­go­sta­wu i pod Bere­stecz­kiem na Ukra­inie, gdzie pocho­wa­no, mniej wię­cej w tym samym okre­sie, księ­cia Alek­san­dra Fry­de­ry­ko­wi­cza Proń­skie­go. Tro­py archi­tek­to­nicz­ne wio­dą, w usta­le­niach mego docie­kli­we­go kole­gi, do Rzy­mu (pira­mi­da Cestiu­sza), a stam­tąd być może jesz­cze dalej na połu­dnie, do Egip­tu.

 

 

Przy­znaj­my szcze­rze, widok nawet skrom­nej gaba­ry­to­wo w sto­sun­ku do ory­gi­na­łów budow­li w kształ­cie pira­mi­dy w kra­jo­bra­zie nace­cho­wa­nym for­ma­mi o wie­le bar­dziej swoj­ski­mi, wzbu­dza uza­sad­nio­ny nie­po­kój, wręcz rzekł­bym – dyso­nans poznaw­czy. Strze­chy, już co praw­da nawet nie eter­ni­to­we, nie wspo­mi­na­jąc o sło­mia­nych, jeno z bla­chy fali­stej, kra­sna­le w ogród­kach, bocia­nie gniaz­da przy dro­gach, świąt­ki w kapli­cach, masz­ty tele­fo­nii komór­ko­wej, szy­by wiert­ni­cze nijak się mają do wznie­sio­ne­go bun­tow­ni­czo ku nie­bu, sza­re­go szpi­kul­ca rodem znad Nilu. Dwie­ście, trzy­sta i czte­ry­sta lat temu mogło być nader cie­ka­wie. Z bra­ku „Natio­nal Geo­gra­phic” i „Disco­ve­ry Chan­nel” poten­cjal­nym obser­wa­to­rom musia­ły nie­sa­mo­wi­te sko­ja­rze­nia wpa­dać do gło­wy, ale pierw­sze udo­ku­men­to­wa­ne rela­cje, z pyta­nia­mi o gene­zę, rolę i zna­cze­nie budow­li, pocho­dzą z dru­giej poło­wy XIX wie­ku. Przy­naj­mniej te, któ­re są do dzi­siaj zna­ne.

Naj­bar­dziej „atrak­cyj­na” teo­ria pro­wa­dzi do budow­ni­czych egip­skich pira­mid. Współ­cze­śnie spe­ku­lu­je się, że krnąbr­ny inno­wier­ca mógł znać taj­ni­ki mumi­fi­ka­cji zwłok
w spe­cy­ficz­nym mikro­kli­ma­cie wytwa­rza­nym przez te obiek­ty. Wspo­mi­na się ponad­to
o moż­li­wo­ści gene­ro­wa­nia swe­go rodza­ju pola magne­tycz­ne­go przez kry­nic­kie gro­bi­sko. Wizja „aku­mu­la­to­ra” kumu­lu­ją­ce­go ener­gię z gra­wi­ta­cji wyda­je się cał­kiem ponęt­na.

Praw­do­po­dob­nie nigdy nie dowie­my się tak do koń­ca, co przy­świe­ca­ło Paw­ło­wi Orze­chow­skie­mu, kie­dy decy­do­wał się na wysta­wie­nie sobie cha­rak­te­ry­stycz­ne­go monu­men­tu. Dzi­siaj go w nim nie ma. Moż­na to postrze­gać w kate­go­riach prze­stro­gi. Bra­ci pol­skich okre­śla­no mia­nem „naj­lep­szych oby­wa­te­li Rze­czy­po­spo­li­tej”, a jed­nak zde­cy­do­wa­no się na mocy usta­wy sej­mo­wej z 1658 roku zmu­sić ich do zmia­ny wyzna­nia lub opusz­cze­nia kra­ju. Orze­chow­ski nie dożył tych cza­sów. Decy­du­jąc się na bycie „innym”, odsta­ją­cym od ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, akcep­to­wa­nej „nor­my”, zosta­wił po sobie nama­cal­ną pamiąt­kę woła­ją­cą nie­mo do naszych sumień przez oczy i wyobraź­nię. Wbrew pozo­rom jest pira­mi­dal­nie dużo rze­czy do odro­bie­nia i nad­ro­bie­nia.