widzimy
| 15 kwietnia 2017 ]

Krzyk ziemi, milczenie nieba

XVII wiek, Japo­nia. Dwóch mło­dych jezu­itów uzy­sku­je zgo­dę swo­ich prze­ło­żo­nych na uda­nie się do Kra­ju Kwit­ną­cej Wiśni. Celem jest odszu­ka­nie ich daw­ne­go men­to­ra, ojca Fer­re­iry, któ­ry, jak mówi pogło­ska, wyrzekł się wia­ry. Na miej­scu misjo­na­rze spo­ty­ka­ją grup­ki chrze­ści­jan, wylęk­nio­ne bez­względ­ny­mi prze­śla­do­wa­nia­mi ze stro­ny pań­stwa.

Opis w pierw­szej kolej­no­ści przy­wo­łu­je sko­ja­rze­nie ze słyn­ną „Misją” (1986). O ile jed­nak dzie­ło Rolan­da Joffé’a moż­na dziś odbie­rać jako obraz „ku pokrze­pie­niu serc”, naj­now­szy pro­jekt twór­cy „Chłop­ców z feraj­ny” pozo­sta­je znacz­nie bar­dziej wie­lo­znacz­ny na grun­cie podej­mo­wa­nej pro­ble­ma­ty­ki.

Kadr z filmu "Milczenie" / Materiały prasowe Gutek Film

Kadr z fil­mu „Mil­cze­nie” / Mate­ria­ły pra­so­we Gutek Film

Już na począt­ku wypa­da uczci­wie powie­dzieć, że choć „Mil­cze­nie” trak­tu­je o histo­rii prze­śla­do­wań kato­li­ków, nie ma za wie­le wspól­ne­go z poboż­ny­mi hagio­gra­fia­mi i pro­te­stanc­ki­mi fil­ma­mi agi­ta­cyj­ny­mi, któ­re od kil­ku lat zale­wa­ją kina. Scor­se­se, według wła­sne­go okre­śla­nia „upa­dły kato­lik”, po pierw­sze jest zbyt wytraw­nym twór­cą, by krę­cić film z tezą. Po dru­gie wresz­cie, wia­ra w jego rozu­mie­niu to dyna­mizm i dra­ma­tycz­ny wybór, coś zgo­ła odmien­ne­go niż rytu­ały i poboż­ność. Reży­ser „Ostat­nie­go kusze­nia Chry­stu­sa” (1988) sta­wia waż­kie pyta­nia, nie takie jed­nak, jakie zwy­kło się przy­wo­ły­wać przy oka­zjo­nal­nej reflek­sji. I tym razem, podob­nie jak 29 lat temu, nie będzie łatwych odpo­wie­dzi, zaś zasy­gna­li­zo­wa­ne kwe­stie pozo­sta­ną bole­sne i trud­ne.

Pro­duk­cja tego fil­mu sta­ła się osob­ną histo­rią w śro­do­wi­sku fil­mo­wym. Pogło­ski o tym, że Mar­tin Scor­se­se marzy o zekra­ni­zo­wa­niu „Mil­cze­nia” Shu­sa­ku Endo poja­wi­ły się już na począt­ku lat 90. Reży­ser o swo­ich pla­nach mówił otwar­cie od daw­na. Do pomy­słu powra­cał m.in. po osca­ro­wym suk­ce­sie „Infil­tra­cji” w 2007 roku. Final­nie „Mil­cze­nie” zosta­ło ukoń­czo­ne po ponad ćwierć­wie­czu sta­rań.

Wła­ści­wie „Mil­cze­nie” to film nie­mal cał­ko­wi­cie róż­ny od naj­bar­dziej zna­nych dzieł Scor­se­se­go, jed­no­cze­śnie jed­nak zawie­ra w sobie roz­wi­nię­cie wąt­ków i obse­sji, któ­re od lat poja­wia­ją się w fil­mach reży­se­ra, takich jak: zdra­da, lojal­ność, kato­lic­kie wycho­wa­nie. Sty­li­stycz­nie chy­ba naj­bli­żej temu obra­zo­wi do wspo­mnia­ne­go już „Ostat­nie­go kusze­nia Chry­stu­sa” i „Kun­du­na”. To Scor­se­se wyci­szo­ny, medy­ta­cyj­ny, nie­spie­szą­cy się z opo­wie­ścią. Nar­ra­cyj­nym narzę­dziem jest głos z offu, uży­ty jed­nak w dia­me­tral­nie odmien­nej niż w poprzed­nich fil­mach funk­cji: zamiast napę­dza­nia akcji, sta­no­wi wyraz wewnętrz­nych prze­żyć i wąt­pli­wo­ści misjo­na­rzy. Samo „Mil­cze­nie” sta­je się bar­dziej trak­ta­tem filo­zo­ficz­nym na wzór Berg­ma­na, Herzo­ga, Malic­ka, Con­ra­dow­skie­go „Jądra ciem­no­ści” niż fil­mem przy­go­do­wym (choć nie spo­sób odmó­wić mu epic­kie­go roz­ma­chu).

Odmien­ność sty­li­stycz­no-for­mal­na może sta­no­wić pro­blem w recep­cji fil­mu. Scor­se­se sły­nął w ostat­nich latach z dyna­micz­nych, świet­nie opo­wie­dzia­nych histo­rii. „Wilk z Wall Stre­et” był dzie­łem tak żywio­ło­wym, że nawet 3 godzi­ny upły­wa­ły pod­czas sean­su nie­zau­wa­że­nie. Tym razem jest ina­czej – twór­ca celo­wo rezy­gnu­je z efek­tow­no­ści i nara­ża się metra­żem. Histo­rię, któ­rą moż­na by stre­ścić w 7 zda­niach opo­wia­da w fil­mie, któ­ry trwa 2 godzi­ny 40 minut. Być może to wła­śnie ten fakt spo­wo­do­wał, że dzie­ło ponio­sło fre­kwen­cyj­ną i arty­stycz­ną klę­skę w kinach.

I ten bodaj naj­istot­niej­szy, meta­fi­zycz­ny wymiar „Mil­cze­nia”. Spo­tka­łem się z róż­ny­mi opi­nia­mi mówią­cy­mi, że film ten sta­no­wi komen­tarz wzglę­dem nowe­go ate­izmu czy post­ko­lo­nia­li­zmu, i nie­wąt­pli­wie tak jest. Naj­bliż­sza mi jest wypo­wiedź jed­ne­go z pol­skich jezu­itów, któ­ry przy­znał, że naj­now­szy film Scor­se­se­go wystar­czy za tego­rocz­ne reko­lek­cje wiel­ko­post­ne. Dodał­bym tyl­ko, że będzie to jed­nak tera­pia wstrzą­so­wa, kathar­sis, któ­re nie­ko­niecz­nie zapew­ni pocie­sze­nie.

Scor­se­se (za Endo, auto­rem książ­ko­we­go pier­wo­wzo­ru) sta­wia pyta­nia: Co jest esen­cją chrze­ści­jań­stwa? Czy misje na tery­to­rium obcej kul­tu­ry fak­tycz­nie są upraw­nio­ne? I dru­ga stro­na meda­lu: Czy rdzen­na kul­tu­ra ma pra­wo bro­nić się przed obcy­mi za pomo­cą siły? Wresz­cie: Cze­mu Bóg mil­czy w obli­czu cier­pie­nia jego wyznaw­ców? I co osta­tecz­nie pozo­sta­je rze­czy­wi­stym naśla­do­wa­niem Jezu­sa? Fil­mo­wa rze­czy­wi­stość bowiem nie jest tak pro­sta, jak zda­wał się ją począt­ko­wo postrze­gać pełen mło­dzień­cze­go zapa­łu ojciec Rodri­gu­ez (wiel­ka rola Adrew Gar­fiel­da). Do pytań o tytu­ło­we mil­cze­nie Stwór­cy z cza­sem docho­dzi oso­bi­ste pyta­nie o wewnętrz­ną moty­wa­cję: Czy nie jest cza­sem tak, że usil­ne upo­dab­nia­nie się mło­de­go jezu­ity do Chry­stu­sa jest wyra­zem pychy, zaś, co suge­ru­je mu daw­ny men­tor Fer­re­ira, japoń­scy wie­śnia­cy umie­ra­ją nie za wia­rę, ale za nie­go?

„Mil­cze­nie” to pod kątem warsz­ta­to­wym dzie­ło speł­nio­ne. Zdję­cia krę­co­ne głów­nie na Taj­wa­nie robią pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie (ich autor, Rodri­go Prie­to, jako jedy­ny z całej eki­py, zdo­był tego­rocz­ną nomi­na­cję do Osca­ra), mon­taż Thel­my Scho­on­ma­ker jest tak dobry, że aż nie­zau­wa­żal­ny. Naj­now­szy film Scor­se­se­go mie­sza w sobie para­dok­sy: zdu­mie­wa połą­cze­nie roz­ma­chu, reali­za­cyj­nej dokład­no­ści (rewe­la­cyj­ne role dru­go i trze­cio­pla­no­we japoń­skich akto­rów) z asce­ty­zmem w uży­ciu środ­ków fil­mo­wych.

„Mil­cze­nie” pozo­sta­je podob­ne do książ­ko­we­go pier­wo­wzo­ru – tre­ścio­wo nie­zwy­kle głę­bo­kie, dru­zgo­cą­ce, nie­wy­god­ne, for­mal­nie zaś celo­wo nie­do­sko­na­łe (wspo­mnia­ny pro­blem metra­żu i nar­ra­cji). Scor­se­se po wie­lu latach speł­nił swo­je marze­nie, nie zado­wo­lił przy tym sze­ro­kiej publicz­no­ści (reży­ser osią­gnął jed­nak w życiu zawo­do­wym tak wie­le, że nie musi się tym przej­mo­wać). Na ekran prze­niósł histo­rię, któ­ra spo­wo­do­wa­ła u nie­go, co przy­zna­wał w wywia­dach, mnó­stwo pytań i wąt­pli­wo­ści. Teraz z wywo­ła­nym przez nie moral­nym nie­po­ko­jem muszą mie­rzyć się widzo­wie…