widzimy
| 16 kwietnia 2013 ]

Szału nie ma, jest rak

Prezentujemy fragment książki „Szału nie ma, jest rak. Z ks. Janem Kaczkowskim rozmawia Katarzyna Jabłońska”.

ROZDZIAŁ: „PRAWDĄ PROSTO W OCZY”

Two­ja cho­ro­ba nowo­two­ro­wa spra­wi­ła, że sta­łeś się popu­lar­ny. Po repor­ta­żach o Tobie w TVN i roz­mo­wie w „Tygo­dni­ku Powszech­nym” napi­sa­ło do Cie­bie mnó­stwo osób. Co było w tych prze­szło sied­miu­set mailach, któ­re dosta­łeś?

Część z nich była w sty­lu: czło­wie­ku, nie myśl o śmier­ci, bierz się za życie. A głów­nie: podzi­wia­my księ­dza. Zasta­na­wiam się, skąd ten podziw?

Jan, nie kokie­tuj.

Napraw­dę począt­ko­wo nie wie­dzia­łem. W koń­cu jed­nak wymy­śli­łem. Ludzie potrze­bu­ją stwo­rzyć sobie mit. Ist­nie­je rze­czy­wi­stość śmier­ci i cho­ro­by, któ­rej oni nie rozu­mie­ją. I bar­dzo trud­no oso­bi­ście się z tym zmie­rzyć, więc war­to wymy­ślić sobie, że jest oso­ba, któ­ra to zro­zu­mia­ła. I wyda­je mi się, że w czę­ści tych pochwal­nych maili wła­śnie o to cho­dzi­ło. Ich auto­rzy wyobra­zi­li sobie, że oto mają do czy­nie­nia z wybit­nym księ­dzem, któ­ry wszyst­ko zro­zu­miał, więc on im teraz wszyst­kie te trud­ne spra­wy życia, cho­ro­by i śmier­ci ład­nie wyło­ży i będą mie­li poukła­da­ne. Ale to tak nie dzia­ła. To, że ktoś sam zacho­ro­wał, nie zna­czy, że zro­zu­miał cho­ro­bę. Czę­sto sły­szę: ksiądz jest taki sil­ny, jak ksiądz to robi? Wca­le nie jestem taki zno­wu sil­ny. No, ale jasne, że wygod­nie jest wie­rzyć w taki mit.

Załóż­my, że napi­sa­łaś dobrą książ­kę, któ­ra na doda­tek sta­ła się best­sel­le­rem i ludzie przy­sy­ła­ją ci mnó­stwo maili dekla­ru­ją­cych, że jesteś wspa­nia­łą pisar­ką. Zyska­łaś auto­ry­tet i ludzie piszą do cie­bie: Pani Kata­rzy­no, dro­ga pisar­ko, powiedz nam, jak żyć? Mnie się to wła­śnie przy­tra­fi­ło – takie nie­ocze­ki­wa­ne roz­sze­rze­nie auto­ry­te­tu, któ­re spra­wi­ło, że wie­lu pyta: księ­że Janie, jak żyć?

Księ­że Janie, jak żyć?

A weź się nie wygłu­piaj! Abso­lut­nie nie czu­ję się auto­ry­te­tem. Ja jako zło­ty cie­lec? To śmiesz­ne.

ks. Jan Kaczkowski, Szału nie ma, jest rak
No dobrze, to teraz serio. Nie zro­zu­mia­łeś sen­su cho­ro­by, ale spo­sób, w jaki ją prze­ży­wasz, w wie­lu z nas budzi szcze­ry podziw.

A co tu jest do podzi­wia­nia?

Mówisz wprost: 1 czerw­ca 2012 r. po raz dru­gi zdia­gno­zo­wa­no u mnie raka. Dwa lata temu to był rak ner­ki, któ­ry został ope­ra­cyj­nie usu­nię­ty. Tym razem to gle­jak czwar­te­go stop­nia, co zazwy­czaj ozna­cza czter­na­ście mie­się­cy życia. Ten gle­jak rośnie mi w mózgu, dopó­ki jed­nak pozwo­li, chciał­bym żyć peł­nią życia.

I co w tym takie­go szcze­gól­ne­go?

Wyrok, z któ­rym żyjesz od kil­ku mie­się­cy, koniecz­ność pod­da­wa­nia się róż­nym nie­przy­jem­nym pro­ce­du­rom medycz­nym, dwóm ope­ra­cjom, kolej­nym che­miom nie powo­du­ją, że rezy­gnu­jesz ze swo­ich pla­nów. Po ostat­niej ope­ra­cji musia­łeś na nowo uczyć się cho­dzić, dziś cho­dzisz już samo­dziel­nie, ale z dużym wysił­kiem. Pomi­mo wszyst­kich nie­do­god­no­ści żyjesz bar­dzo inten­syw­nie, bar­dziej niż nie­je­den zdro­wy. Nie chcesz wzbu­dzać lito­ści, nie żądasz dla sie­bie żad­nych spe­cjal­nych praw. To budzi podziw.

Litość mnie męczy. Cza­sem sły­szę: o Jezu, taki dobry ksiądz, tyle dobre­go zro­bił… Wku­rza mnie to. Spójrz na więź­niów sumie­nia na Bia­ło­ru­si albo prze­nie­śmy się w lata naj­głęb­sze­go komu­ni­zmu w Pol­sce. Czy ja bym wytrzy­mał tor­tu­ry? Czy bym nie zdra­dził? To był hero­izm. Mój to jest gów­no hero­izm – sie­dze­nie na wygod­nym krze­śle. Zanio­są mnie do łóż­ka, jest mi cie­pło, wszy­scy mi współ­czu­ją. A wyobraź sobie, że sie­dzisz w celi śmier­ci, wycią­ga­ją cię na prze­słu­cha­nie, znę­ca­ją się nad tobą fizycz­nie i psy­chicz­nie. Mole­stu­ją, wyry­wa­ją paznok­cie, gnio­tą ci jaja w szu­fla­dzie. W koń­cu się łamiesz i wyda­jesz naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Oni prze­sta­ją cię tor­tu­ro­wać, a ty masz świa­do­mość, że nie dałeś rady i przez cie­bie kogoś roz­strze­li­wu­ją. A prze­cież byli tacy, któ­rzy nie wyda­li – to był hero­izm. W moim wypad­ku to cho­ro­ba, a nie hero­izm.

Ale bok­su­jesz się z tą cho­ro­bą.

A jakie mam wyj­ście? Mam teraz powie­dzieć: nie chcę z Tobą roz­ma­wiać, wolę pójść do poko­ju, poło­żyć się do lóż­ka i pła­kać? Mógł­bym tak zro­bić, ale nie chcę. Wolę kró­cej, a inten­syw­niej. Nawet gdy­by ktoś mi powie­dział, że gada­nie z Kasią skra­ca moje życie, bo gdy­bym się poło­żył i odpo­czy­wał, to żył­bym tydzień, dwa dłu­żej – to wolę z Tobą poga­dać, wysi­lić się tro­chę inte­lek­tu­al­nie, to mi teraz spra­wia przy­jem­ność. Wolę to, niż w nie­pew­nej per­spek­ty­wie żyć o te kil­ka tygo­dni dłu­żej.

Gdy­bym był zdrow­szy, pew­nie bym teraz sie­dział w swo­im biu­rze w hospi­cjum albo z cho­ry­mi. W tej chwi­li naj­wię­cej, co mogę zro­bić, to gadać z Tobą – no to gada­my.

 

Gdy­byś nie był cho­ry, nie miał­byś cza­su na tę roz­mo­wę?

Miał­bym, ale pew­nie nie wię­cej niż godzi­nę. Teraz nie mam nic inne­go do robo­ty. Sto pro­cent uwa­gi na Cie­bie, a przez Cie­bie sto pro­cent uwa­gi na naszych czy­tel­ni­ków. Widzisz, przez pomysł, byśmy wspól­nie zro­bi­li tę książ­kę, nie­źle się nakrę­ci­łem.

W Two­im życiu zawsze było tak inten­syw­nie?

Nie, to był pro­ces. Zawsze mia­łem się za lenia.

Za lenia?! Leń, któ­ry naj­pierw zało­żył hospi­cjum domo­we, potem hospi­cjum sta­cjo­nar­ne – dodaj­my, że jed­no z naj­lep­szych w Pol­sce – od kil­ku lat orga­ni­zu­je let­nie warsz­ta­ty dla stu­den­tów medy­cy­ny, wykła­da na uni­wer­sy­te­cie, wygła­sza set­ki kazań, kwe­stu­jąc na rzecz hospi­cjum, uczył reli­gii w szko­le, gdzie –deli­kat­nie mówiąc – ucznio­wie go nie oszczę­dza­li (i on ich też nie),jest współ­za­ło­ży­cie­lem szko­ły, a wła­ści­wie zespo­łu szkół (pod­sta­wów­ka, gim­na­zjum i liceum), uczest­ni­czy w przy­go­to­wa­niach do otwar­cia domo­we­go hospi­cjum dla dzie­ci. Wymie­niać dalej?

OK, odkąd tra­fi­łem do Puc­ka, prze­sta­łem być leniem.

A co Puck ma z tym wspól­ne­go?

To począ­tek mojej pra­cy kapłań­skiej, w któ­rej dewi­zą są dla mnie sło­wa z Ewan­ge­lii św. Jana: „Nie utra­ci­łem żad­ne­go z tych, któ­rych Mi dałeś” (J 18,8). To jest zobo­wią­za­nie, żeby obok żad­ne­go czło­wie­ka, któ­ry jest obok, nie przejść obo­jęt­nie.

Jakiś czas temu, jesz­cze zanim zacho­ro­wa­łem, przez cały dzień cho­dzi­ła za mną jed­na dzien­ni­kar­ka, któ­ra jak refren powta­rza­ła: dla­cze­go ksiądz to robi? Byłem moc­no wście­kły i sprze­da­wa­łem jej jakieś bana­ły. W koń­cu rąb­ną­łem pro­sto z mostu: bo ja napraw­dę moc­no wie­rzę, że Pan Jezus NAPRAWDĘ (napisz to wiel­ki­mi lite­ra­mi) zjed­no­czył się z każ­dym czło­wie­kiem. No i jesz­cze te moje ulu­bio­ne sło­wa Jezu­sa: „Cokol­wiek uczy­ni­li­ście jed­ne­mu z tych bra­ci Moich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­ni­li” (Mt 25,40). Według mnie Jezus ma tu na myśli wszyst­ko, co robi­my, w każ­dym wymia­rze nasze­go życia. I tam nie ma gwiazd­ki ani przy­pi­su: w takiej a takiej sytu­acji ta zasa­da nie obo­wią­zu­je. Uwa­żam, że wła­śnie to jest praw­dzi­we chrze­ści­jań­stwo. Do tego wzy­wa Chry­stus, któ­ry wisząc na krzy­żu, wyba­czył łotro­wi. Nie ma wyjąt­ków. No, kur­wa mać, albo się w to wie­rzy, albo to jest mit! Trze­ba wszyst­ko posta­wić na jed­ną kar­tę. A jeśli to zro­bi­my, to już nigdy nie wol­no nam niko­go lek­ce­wa­żyć, nigdy nie wol­no nam nikim pogar­dzać. Moż­na się z dru­gim spie­rać, kłó­cić, nawet wku­rzać na nie­go, ale nie wol­no nim pogar­dzać.

Nigdy? W żad­nych oko­licz­no­ściach?

Pogar­da to naj­gor­sza z postaw w sto­sun­ku do dru­gie­go czło­wie­ka. Bar­dzo mi są bli­skie sło­wa pio­sen­ki śpie­wa­nej przez Kacz­mar­skie­go i Gin­trow­skie­go do słów Modli­twy o wscho­dzie słoń­ca Nata­nie­la Tenen­bau­ma, to słyn­ne: „Co posta­no­wisz, niech się ziści. / Nie­chaj się wola Two­ja sta­nie. / Ale zbaw mnie od nie­na­wi­ści. / Ocal mnie od pogar­dy, Panie”. Pogar­da obu­rza mnie na każ­dym polu.

Dla­te­go, że jako ten słab­szy i nie w peł­ni spraw­ny jej doświad­czy­łeś?

Fakt, jestem śle­pa­wy, bo w jed­nym oku mam -15, a na dru­gie pra­wie w ogó­le nie widzę. I od zawsze tro­chę powłó­czy­łem lewą nogą. Kie­dy byłem dziec­kiem, nie doku­cza­no mi jed­nak spe­cjal­nie z tego powo­du. Będąc nie­peł­no­spraw­nym, łatwo być rosz­cze­nio­wym. Sku­piać się na sobie. Ale z dru­giej stro­ny łatwiej być wraż­li­wym.

Pamię­tam taką sytu­ację w szko­le. Koń­ców­ka komu­ny, apel, sto­imy na bacz­ność. Pamię­tasz te wor­ki na obu­wie, któ­re koniecz­nie trze­ba było zmie­niać? Mama ubra­ła mnie w jakieś czer­wo­ne kap­cie, a w takich nie wol­no było cho­dzić. Wysta­wi­li na śro­dek mnie i jego. On był w takiej nie­wy­ględ­nej kurt­ce, nie miał tecz­ki – książ­ki przy­ci­skał do sie­bie pod tą kurt­ką.

Nasza wycho­waw­czy­ni – okrop­na baba, pra­wie eses­man­ka – mówi z pogar­dą: „Spójrz­cie na nich! Czy tak wyglą­da­ją ucznio­wie?”. Odsło­ni­ła tę jego pod­nisz­czo­ną kurt­kę. Wypa­dły książ­ki i pamię­tam jak dziś – wypa­dło też autko, bez kół­ka. I ono zaczę­ło się krę­cić. Pamię­tam ryk tego całe­go ape­lu, ten obrzy­dli­wy śmiech. Do tłu­mu nie moż­na mieć pre­ten­sji, ale do kre­tyn­ki nauczy­ciel­ki – tak. Pamię­tam, że zro­bi­ło mi się strasz­nie przy­kro. Nawet teraz, opo­wia­da­jąc Ci to, czu­ję ścisk w gar­dle. Ten chło­pak – na imię miał Artur – został bar­dzo poni­żo­ny. Póź­niej przez całą pod­sta­wów­kę był strasz­nym roz­bó­jem.

Tam­to zda­rze­nie wywo­ła­ło we mnie rady­kal­ny sprze­ciw, to był oczy­wi­ście tyl­ko dzie­cię­cy bunt, ale bar­dzo sil­ny. Pierw­szy świa­do­my sprze­ciw wobec zła i poni­ża­nia innych. Oczy­wi­ście, w tam­tym momen­cie miał wymiar jedy­nie wewnętrz­ny, ale nazna­czył mnie na przy­szłość. To była dru­ga kla­sa pod­sta­wów­ki. Przy­pa­dek Artu­ra ma w moim życiu sym­bo­licz­ne zna­cze­nie – to był mój począ­tek bra­ku zgo­dy na zło. Potem czę­sto jako ten sła­by sta­ra­łem się wystę­po­wać w obro­nie naj­słab­szych.

Jak słab­szy może wystę­po­wać prze­ciw sil­nym?

Nigdy się nie tłu­kłem – w tej kwe­stii byłem kom­plet­na dupa. Ale od zawsze mia­łem strasz­nie cię­ty język. To była moja obro­na. Nie tyl­ko wobec kole­gów, ale i nauczy­cie­li. Tak już jest, że walę praw­dą mię­dzy oczy. […]

 

Więcej o książce na stronie wydawnictwa WIĘŹ.