myslimy
| 12 sierpnia 2015 ]

Kult własności a natura

Dyskusja o encyklice „Laudato si’” papieża Franciszka - część 2

W czasach panującego wszechobecnie kultu własności nie dziwi, że środowisko naturalne traktowane jest w najlepszym wypadku podejrzliwie i z dystansem. W końcu nie da się całego ogrodzić, postawić tabliczki „moje” i wpuszczać łaskawie tylko znajomych, i to też tylko wtedy, gdy najdzie na to ochota. Nie da się całego zakupić, otoczyć płotem i postraszyć intruzów złym psem. Można co najwyżej tak zrobić z drobnym i najbardziej dostępnym kawałeczkiem, ale przyroda i tak ma te wszystkie zabiegi za nic i przy najbliższej okazji spuści na teren delikwenta hektolitry wody z przemykającej obok chmury, zupełnie o to rzekomego właściciela nie pytając. Wiatr hula po naszych włościach nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzymy, ptaki bezczelnie wlatują, siadają na ławach i zostawiają na nich jakieś białe placki, a gdy przychodzi grudzień nawet stojący w garażu nowiutki SUV miewa problem z wyjazdem naszą własną, starannie wcześniej utwardzoną drogą. W normalnych sytuacjach, gdy ktoś kpi sobie z mojego „świętego prawa własności”, mogę zawsze na niego nakrzyczeć, dać w twarz, ewentualnie zadzwonić po odpowiednie służby, tymczasem na przyrodę mogę się wydzierać ile wlezie, a ona i tak sobie nic z tego robi. Gdy kupię sobie 10-calowy tablet z modemem 4G, to wiem, że jest mój, mam na niego paragon, mogę się nim pochwalić przed znajomym, a nawet przed nieznajomym siedzącym na fotelu obok w niepolskim busie. Tymczasem gdy kąpię się w rzece, nie do końca wiem, czyja ona jest. Niby sobie z niej korzystam do woli, przyjemnie mnie schładza, ale obok kąpią się dziesiątki innych, jakieś rozwydrzone bachory drą się wniebogłosy i nie dają spokojnie człowiekowi poczytać książki na materacu, a jakby tego było mało właśnie nadepnął mnie jakiś grubas i ledwo burknął: „Sorry”. To jak to jest w końcu z tą rzeką? Jest moja czy ich? A jeśli jest nas wszystkich, to która konkretnie część jest moja? Proszę mi sprawiedliwie wydzielić mój kawałeczek, może być nawet maluteńki, tylko żeby mi nikt na niego nie właził, a grubas niech sobie depcze innych na swojej części.

ency2

No i to jest właśnie problem z tą całą naturą. Nie da się precyzyjnie ustalić, do kogo należy, a w czasach kultu własności prywatnej i jej fetyszyzacji jest to ogromna wada. Po zgrzebnych latach PRL rzuciliśmy się budować naszą prywatną własność, która podobno zawsze jest dużo lepsza i bardziej efektywna od własności wspólnej, której sama nazwa przecież wskazuje, że jest niczyja. Odwróciliśmy się więc plecami do naszych klatek schodowych, parków czy podwórek, wolimy nieustannie upiększać własne mieszkanie czy dom. Nieistotne stało się, że do pracy jedziemy drogą wyboistą niczym powierzchnia księżyca – ważne, że w domu mamy telewizor wielki jak pół orlika. Ten sam los spotkał naturę – nie moja, więc niczyja, a skoro niczyja, to nic nie szkodzi wyrzucić niedogaszonego szluga do lasu, okazjonalnie wyszczać się do jeziora czy zostawić butelki po browarach na łące, na której przed chwilą się imprezowało. Najpierw nachapać się do syta, a dopiero potem oddać następnemu w kolejce, gdy sami już i tak nie możemy – to nasza standardowa strategia korzystania z własności wspólnej vel niczyjej. I nieważne, czy to mienie komunalne, czy zasoby naturalne – byłem pierwszy, jestem panem. Gdzie mi się tu ryjesz, babo – zapłaciłem za bilet, to siedzę. Trzeba było wejść dwa przystanki wcześniej, to byś sama siedziała. „[…] zasoby stają się własnością tego, kto przybył pierwszy, albo tego, kto ma więcej władzy: zwycięzca bierze wszystko. Ideał harmonii, sprawiedliwości, braterstwa i pokoju, jaki proponuje Jezus, jest przeciwieństwem tego modelu” (Laudato si’, 82).

Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest traktowana przez wiernych Kościoła katolickiego co najwyżej pobłażliwie, jako jeden z tych licznych nieszkodliwych kościelnych przeżytków, których i tak już nikt nie przestrzega, na które i tak już nikt nie zwraca uwagi. W czasach absolutyzacji własności, wręcz jej sakralizacji (vide „święte prawo własności”) twierdzenie, że „wszelka własność obciążona jest zawsze hipoteką społeczną, aby dobra mogły służyć ogólnemu przeznaczeniu nadanemu przez Boga” (Laudato si’, 93), musi się jawić jako bajanie jakiegoś niepoprawnego idealisty, w gruncie rzeczy niebezpiecznego, bo jeszcze zechce dokwaterować jakiegoś imigranta z Syrii do mojego M4.

Współczesny porządek ekonomiczny jest oparty na podziale na to, co moje, i co nie moje, a poszczególne dobra może i były kiedyś powszechnie przeznaczone, ale tylko do momentu, gdy je nabyłem. To znaczy, de facto każdy mógł wejść w ich posiadanie, ale po transakcji to już jest inna historia. We współczesnej logice zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest więc podporządkowana własności prywatnej – obowiązuje, dopóki dobra nie posiądzie konkretna osoba. Gdy ten kawałek pola jest już Marka czy też Ilony, wtedy pieczę nad nim sprawują zasady prawa cywilnego, a nie Boskiego. Tymczasem Franciszek odwraca tę logikę: „Zasada podporządkowania własności prywatnej powszechnemu przeznaczeniu dóbr jest zatem uniwersalnym prawem jej użytkowania, jest złotą regułą zachowań społecznych oraz pierwszą zasadą całego porządku społeczno-etycznego” (Laudato si’, 93).

Fetyszyzacja własności prywatnej powoduje, że z zupełnym lekceważeniem odnosimy się do własności wspólnej. Przez to właśnie obojętnie patrzymy, jak niszczeje nasza własność publiczna oraz jak bezlitośnie bywa wykorzystywana przez nas natura. Za obie nie czujemy odpowiedzialności, ponieważ nie stoją u nas na biurku i nie zapłaciliśmy za nie naszą kartą bankową. Tymczasem własność prywatna powinna być tylko instrumentem ułatwiającym nam korzystanie z dóbr przeznaczonych przez Boga wszystkim. Instrumentem, który da mi pewność, że gdy rano będę chciał jechać do pracy, to mój samochód będzie stał na parkingu i grzecznie na mnie czekał – nie oznacza to jednak wcale, że mogę sobie z nim robić, co mi się żywnie podoba. Przypomnienie sobie, że wszelkie dobra w Boskim zamierzeniu mają co do zasady służyć wszystkim, może zmienić nasz stosunek do świata – zarówno do tego, co mam w torbie podróżnej, jak i tego, co mijam, jadąc pociągiem. Postawienie zasady powszechnego przeznaczenia dóbr nad własnością prywatną wszystkim wyjdzie na zdrowie. Zaczniemy korzystać bardziej odpowiedzialnie z mienia publicznego oraz dostrzeżemy, że środowisko naturalne to dobro nie tylko moje, nawet nie tylko moich żyjących współcześnie sióstr i braci, ale wszystkich przeszłych i przyszłych pokoleń.

Tekst Piotra Wójcika jest kolejnym głosem w dyskusji o encyklice Laudato si’ papieża Franciszka. Poglądy autora nie repre­zen­tują opi­nii redak­cji.

Dotychczas w dyskusji ukazały się artykuły: