widzimy
| 5 lutego 2014 ]

Kwadransów już nie ma

Nie ma kiedy wyjść na spacer, do modlitwy kolana zginać się nie chcą, dla innych czasu mało, wszystko robione w pośpiechu. I tyle wciąż ciekawych rozmów, tyle rzeczy do zrobienia, do przeczytania, do posłuchania.

Próbuję sobie wyobrazić, jak to było w zamierzchłej przeszłości, gdy raz do roku przyjeżdżał cyrk albo sklep obwoźny, a poza tym największą atrakcję stanowił skrawek gazety przywiany skądś przez wiatr – ale nie potrafię. Syty głodnego nie zrozumie. Świętemu Pawłowi zajmowało całą zimę, żeby odpisać na list, bo nie mieli wtedy globalnego ocieplenia i jak zasypało, to poczta nie szła, jeśli w ogóle była wtedy poczta. A dziś chyba tylko dlatego odpisanie na mail zajmuje mi całą zimę, że tyle tych maili i innych spraw tyle, ze sprawdzaniem Facebooka na czele. Wszędzie nadmiar, co chwilę coś nowego. Co chwilę coś, co już należy koniecznie, czego nie można nie.

Fot. Sebastian Romik

Lepszej trzeba głowy niż moja i silniejszej woli, żeby sobie z tym wszystkim poradzić. Profesor Swieżawski mawiał ponoć, że prawdziwa sztuka życia to dobrze wykorzystane kwadranse. Ale teraz już i kwadransów nie ma, bo w wolne szczeliny między różnymi obowiązkami, niczym zaprawa murarska, wchodzi internet, spajając cały dzień w nieprzerwany strumień bodźców domagających się naszej uwagi. Dobrze, jeśli jest czas choć rzucić okiem za okno, na te ptaki niebieskie, co nie sieją ani nie zbierają do gumien, i te lilie, co nie mozolą się ani nie przędą.

Ale myślę sobie: niech już tak będzie. Może nie zawsze, wszak przydałoby się mimo wszystko więcej chwil spokojnych, każdego dnia przynajmniej parę, choćby te kwadranse na nowo dla siebie i dla Boga zdobyte. A raz na jakiś czas – jakaś dłuższa przerwa, najlepiej gdzieś w górach, z dala od tak zwanej cywilizacji, blisko zaś ptaków niebieskich. Przydałoby się – i trzeba o to, by się znalazł, wciąż walczyć ze sobą samym i „z szatanem, światem i ciałem” – dużo, dużo więcej czasu dla innych. Ale niech już normą będzie ten nadmiar, ten pęd niesamowity, niech już głowę wypełniają, jak muszą, te kłębiące się myśli. Ma to przecież także i plusy: nigdy nie było tak łatwo rozmawiać o wszystkim, dzielić się z innymi tym, co nas spotyka, wymieniać przemyślenia.

Niech już więc tak będzie, byle tylko to wszystko z Tobą było, Panie, przeżywane – i po myśli Twojej. Bo chyba wszystko może być modlitwą – i wszystko może nią nie być. Jeśli, jak pisał święty Jan Chryzostom, modlić można się „nawet na targu czy w czasie samotnej przechadzki, siedząc w swoim sklepiku czy też kupując lub sprzedając, a nawet przy gotowaniu”, to czemu nie w trakcie dzisiejszej pogoni za wiatrem, czemu nie w internecie. Każdy moment – każdy nawet, myślę sobie, post na Facebooku – może być stawaniem w prawdzie, ale każdy może też być kłamstwem; każdą chwilę można Bogu oddać i każdą można próbować zatrzymać tylko dla siebie.

Coraz bardziej przekonuję się – zwykle, niestety, zbyt późno, w rachunku sumienia – że nasze życiowe dylematy, tak dawniej jak i teraz, sprowadzają się do wyboru między postawami dwóch łotrów ukrzyżowanych wraz z Jezusem. Pierwszy – dostrzega niewinność i dobroć Zbawiciela, niczego nie żąda, wszystko oddaje, ufa. „Nie dba o rzeczy wielkie ani o to, co przerasta jego siły, uciszył i uspokoił swoją duszę, jak dziecko na łonie swej matki”. Drugi – obwinia, wątpi, wymaga, do końca pozostaje dumny. Jeśli śmierć jest takim właśnie momentem krytycznym, w którym spadają maski i trzeba wybrać między tymi dwiema postawami, to chrześcijaństwo jest nieustanną śmiercią. „W ranach swoich ukryj mnie” – mówi stara modlitwa, a rany to przecież dziwna kryjówka. Właśnie tam padają śmiertelne ciosy.

Największa jest może, tak przynajmniej ja to czuję, pokusa udawania. Tak łatwo dziś całe swoje życie zakłamać, zrobić z niego wyreżyserowany spektakl, który nie ma odbicia w rzeczywistości. Myślę o scenie z „Dzienniczka”, w której Faustyna otrzymuje możliwość stworzenia własnego, alternatywnego świata. Odmawia. I my musimy uczyć się odmawiać, bo ten świat, który mamy, może nie jest, wbrew Leibnizowi, najlepszym z możliwych – to, co skończone, zawsze teoretycznie może być trochę lepsze lub trochę gorsze – ale został stworzony z wielkiej miłości.

To tyle w ramach raportu z pola zmagań. Jak to pisał Brat Albert, „miewamy położenia bez wyjścia, ale jakoś żyjemy”. W lęku, ale i w poczuciu, że jesteśmy w Bożych rękach. W zachwycie nad tym dziwnym i skomplikowanym światem. W nadziei, że raz na jakiś czas, mimo naszych skłonności, damy się choć przez chwilę, choć przez ułamek sekundy, prowadzić łasce.